Wojna w Pradze

Wojna w Pradze

Przeciwnicy globalizacjisą agresywni i, jak dotąd, skuteczni

Gwałtowne zamieszki wstrząsnęły czeską stolicą. Przeciwnicy globalizacji starli się z siłami bezpieczeństwa. Posypały się kamienie i koktajle Mołotowa. Kilku policjantów dosłownie stanęło w płomieniach. Ugasili ich koledzy za pomocą armatek wodnych.
Praga, która taki paroksyzm przemocy po raz ostatni widziała podczas radzieckiej inwazji w 1968 roku, nie może otrząsnąć się z szoku. Przestraszeni atmosferą wrogości bankierzy, politycy i urzędnicy Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz Banku Światowego postanowili o dzień wcześniej zakończyć swoje spotkanie. Bilans zamieszek to 65 rannych manifestantów, 80 stróżów prawa i delegat z Japonii, ugodzony brukowcem w głowę. Straty materialne oceniono na wiele milionów koron. Prawie 800 przeciwników globalizacji trafiło za kraty. Jest wśród nich 330 cudzoziemców, w tym dwóch Polaków, których już oskarżono o czynną napaść na policjantów i wybijanie witryn sklepowych.
Politycy znad Wełtawy zgłosili wniosek o urządzenie kongresu najważniejszych instytucji finansowych świata już w 1993 roku. Pragnęli udowodnić, że Czechy są wzorem stabilnej gospodarki rynkowej. Im bardziej jednak zbliżała się data spotkania, tym bardziej w Pradze obawiano się burzliwych protestów ze strony przeciwników globalizacji, skupionych w “organizacjach pozarządowych” (NGO) i nieformalnych grupach.
Oponenci globalizacji, uważający się za szermierzy sprawiedliwości, walczących z mroczną korporacją żądnych zysku bankierów, urządzili już w listopadzie 1999 roku burzliwe rozruchy podczas konferencji Organizacji Handlu Światowego w Seattle. W kwietniu br. manifestowali w Waszyngtonie podczas wiosennego spotkania Banku Światowego i MFW w Waszyngtonie, we wrześniu trwożyli uczestników Międzynarodowego Forum Ekonomicznego w Melbourne. Nie ukrywali przy tym, że przygotowują się do kolejnej “generalnej bitwy”, której celem jest zakłócenie obrad “rekinów międzynarodowego kapitału” w czeskiej stolicy.
Praskie władze od miesięcy czyniły starania, by zapewnić bezpieczeństwo w mieście. Czescy policjanci nawiązali współpracę z FBI oraz ze swymi kolegami z Unii Europejskiej. Dzięki międzynarodowej pomocy sporządzili “czarną listę” potencjalnych awanturników i osób niepożądanych. Na jej podstawie od 8 września ponad 600 cudzoziemców pod różnymi pretekstami nie wpuszczono do Czech. Kłopoty z przekroczeniem granicy mieli nawet kucharze holenderskiej kongregacji wegetarian Rampenpaln, którzy ozdobili swoje auto czarnymi flagami anarchistów. W Pradze skoncentrowano ponad 11 tysięcy policjantów, głównie z jednostek specjalnych oraz 1600 żołnierzy, dysponujących sześcioma uzbrojonymi transporterami opancerzonymi, dwoma wozami strażackimi i czterema śmigłowcami. Piękna średniowieczna Praga, pełna ciężkiego sprzętu policyjnego, przypominała

oblężone miasto.

Zamknięto szkoły, kluby i teatry. Władze wezwały tych prażan, którzy nie muszą zostać w domu, by podczas konferencji urządzili sobie urlop za miastem. Wstrząśnięty prezydent, Vaclav Havel, wezwał rząd do umiarkowania: “Czy to aby nie przesada? Nie zamierzamy przecież prowadzić wojny domowej?”. Okazało się jednak, że nie była to zbędna przezorność.
Nad Wełtawę ściągnęły z różnych krajów kolorowe hufce obrońców środowiska, feministek, “rewolucjonistów”, punków z czerwonymi czuprynami, anarchistów, komunistów i wszelkiej maści radykałów, których połączyła wrogość do “międzynarodowego kapitału”. Specjalnym pociągiem z Italii zjechało ponad 500 aktywistów organizacji “Ya Basta”, sympatyzującej z meksykańskim ruchem zapatystów. W Pradze pojawili się “ekologiczni rolnicy” i obrońcy ginących wielorybów. Swe protesty zapowiedzieli także miejscowi szowiniści, niekiedy podejrzani o neonazistowskie sympatie, dla których globalizacja oznacza “zagrożenie tożsamości narodowej Czech”.
Pierwszy tydzień manifestacji przebiegał niemrawo. We wtorek, 26 września premier, Milos Zeman, przedwcześnie ogłosił zwycięstwo: “Jak dotąd protesty nie są warte wzmianki. Zagraniczni aktywiści pewnie utknęli w praskich knajpach i teraz odsypiają swe pijaństwo”. Kiedy Zeman wypowiadał te słowa, trwała już gorąca bitwa rozjuszonych demonstrantów z policją. Około 15 tysięcy przeciwników globalizacji zebrało się na Placu Pokoju. Pojawiły się transparenty z hasłami:

“Kochajcie się,
zamiast handlować”,

“Znieść długi krajów Trzeciego Świata!” czy “Anarchizm komunistyczny alternatywą dla świata”.
Trzema kolumnami protestujący wyruszyli ku Praskiemu Centrum Kongresowemu, mieszczącemu się w Pałacu Kultury. Pochód, prowadzony przez włoskich radykałów z “Ya Basta”, usiłował przedrzeć się przez kordon policji na moście. Doszło do ostrych starć z broniącymi przejścia stróżami prawa. Manifestanci z pewnością nie przyjechali nad Wełtawę, by wręczać policjantom kwiaty. Wielu miało maski przeciwgazowe, okulary pływackie, prowizoryczne tarcze, kamienie, pałki i kije. Dymy ostrego gazu łzawiącego wypełniły wąskie uliczki Pragi. Polacy uwijali się żwawo w samym ogniu walki, zwracając uwagę swą “bojowością”. Mokre bicze z armatek wodnych kosiły szeregi szturmujących, ci jednak powstali i zmusili funkcjonariuszy do cofnięcia się. Manifestantów dzieliło zaledwie 100 metrów od strzeżonego przez snajperów Centrum Kongresowego. Finansiści i politycy, zamiast uczestniczyć w obradach, obserwowali walkę uliczną. Sympatia delegatów z ubogich krajów była wyraźnie po stronie protestujących. Vele Iamo, przedstawiciel Papui-Nowej Gwinei, powiedział, patrząc na chmury gazu łzawiącego: “Demonstranci zwracają uwagę świata na problemy ubogich. Mamy nadzieję, że państwa rozwinięte usłyszą ich głos”.
W “akcie sprawiedliwości społecznej” anarchiści zdemolowali jeszcze salon Mercedesa i restaurację McDonalda – symbole kapitalizmu. Czeskie dzienniki umieściły nazajutrz wielkie nagłówki: “Wojna w Pradze”.
Jak pisze daleki przecież od lewicowości niemiecki dziennik “Frankfurter Rundschau”, przeciwnicy globalizacji mają na swoją obronę poważne argumenty. Cóż znaczy kilka wybitych szyb na Placu Wacława wobec niszczycielskich skutków polityki MFI i Banku Światowego? Obie te instytucje od lat aplikują krajom rozwijającym się te same lekarstwa – kredyty w zamian za obcięcie wydatków na cele socjalne i zrównoważenie budżetu, jednak skutki tej terapii są opłakane. Afryka pogrążona jest w nędzy, lata 80. stały się dla Czarnego Kontynentu “straconą dekadą”. W Ameryce Łacińskiej większość ludności żyje w takich samych warunkach jak przed 25 laty. W Chile, kraju uważanym za “wzorowego ucznia” MFW, ubodzy wieśniacy uważają za “złote czasy” lata 60., gdy mieli zapewnioną opiekę zdrowotną. Także w Europie Środkowej transformacja gospodarcza na warunkach zalecanych przez międzynarodowych finansistów sprawiła, że wielu ludziom powodzi się gorzej niż przed 10 laty, gdy rządziły komunistyczne dyktatury.
Brytyjski magazyn “Economist” podkreśla, że przeciwnicy globalizacji są agresywni i skuteczni. Ich zorganizowane przez Internet protesty doprowadziły w 1998 roku do fiaska Wielostronnej Umowy w Sprawie Inwestycji.

Rozruchy w Seattle

sprawiły, że dalsza liberalizacja światowego handlu nie doszła do skutku – nie ustalono nawet następnej rundy rozmów na ten temat. Wreszcie w Pradze Bank Światowy i MFW uzgodniły złagodzenie warunków, po spełnieniu których kraje Trzeciego Świata mogą liczyć na zmniejszenie długów. “Organizacje pozarządowe” wywierają coraz większy wpływ na przedsiębiorstwa w USA. I tak firma Starbucks przyrzekła, że w swoich kawiarniach będzie oferować wyłącznie kawę, której ziarna kupione zostały od drobnych plantatorów po “uczciwych cenach”.
Z drugiej strony, oponenci globalizacji nie mają przekonywającego programu pozytywnego, a ich niektóre postulaty są utopijne. Jak się wydaje, kraje bogate nie dysponują dostatecznymi rezerwami finansowymi, by całkowicie umorzyć długi państwom ubogim. Jeśli pracownicy w krajach Trzeciego Świata uzyskają pensje chociażby zbliżone do zachodnich, inwestorzy, przerażeni wysokimi kosztami siły roboczej, przeniosą się gdzie indziej – a miejscowi zostaną bez źródła utrzymania. Jeśli w trosce o dobro np. ptaków czy żółwi nie powstaną elektrownie wodne – kraje biedne nie będą mogły rozwijać swej gospodarki.
Zwrócić wypada też uwagę, że rządy, kontrolujące instytucje finansowe, wybrane zostały w sposób demokratyczny i ostatecznie odpowiadają przed wyborcami, czego o ugrupowaniach przeciwników globalizacji powiedzieć nie można. W ich programach brzmią zresztą antydemokratyczne nuty. Chelsea Mozen z konfederacji różnych organizacji antyglobalizacyjnych INPEG powiedziała wprost, że bankierzy nie mają prawa się gromadzić. Kto jednak będzie przyznawał prawo do zgromadzeń?
Na razie kolorowa koalicja przeciwników globalizacji może zapisać na swoim koncie znaczne sukcesy. Sprawiła ona, że obecnie politycy nie mogą ograniczyć się do sławienia zalet wolnego handlu.

 

Wydanie: 40/2000

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy