Rezydent

Rezydent

Piotr Matyja był najdłużej głodującym uczestnikiem protestu młodych lekarzy. Dwa miesiące później rozpoczyna rezydenturę na psychiatrii

Lekarka protestu rezydentów zdyskwalifikowała go w piątek, 13 października. Musiał zakończyć głodówkę, choć twierdził, że czuje się świetnie i nadal może protestować. Dwa miesiące później, 13 grudnia, Piotr Matyja jest w domu. Trzeci dzień nie poszedł do pracy, ma zwolnienie. W sobotę zaraził się rotawirusem. Przypuszcza, że obniżenie odporności to skutek październikowego protestu. Organizm takich rzeczy jak 12-dniowa głodówka nie zapomina i nie wybacza.

Pokłosie

Piotr był najdłużej głodującym uczestnikiem protestu rezydentów. W ciągu 12 dni schudł 7 kg. Teraz wrócił do normalnej wagi. Znów się uśmiecha. Nawet wtedy, gdy czuje się tak paskudnie, jak może się czuć osoba zarażona rotawirusem.

– W sobotę mój dwuletni siostrzeniec miał arytmię. Siostra poprosiła, bym pojechał z jej mężem i synem do szpitala pediatrycznego – wspomina Piotr. – Rysio został przyjęty na oddział na obserwację. Na szczęście wypisano go w niedzielę. A właśnie w niedzielę zaczęła się moja choroba. Pewnie złapałem rotawirusa w szpitalu.

Przez dwa dni Piotr ledwo mógł się ruszyć. Nie był w stanie się nawodnić, bo cokolwiek wypił, od razu zwracał. Nic nie jadł. Starał się z nikim nie kontaktować, bo wirus jest bardzo zakaźny. – Myślę, że infekcja ma związek z głodówką – twierdzi. – Nie chorowałem od lat, ale od zakończenia głodówki, kiedy adrenalina i kortyzol opadły, czuję się coraz gorzej. Przy przyjęciu do pracy zrobiono mi podstawowe badania i tak słabych wyników u siebie nie pamiętam. Niedobory wychodzą dopiero teraz.

Od 1 grudnia Piotr jest rezydentem w psychiatrycznym Szpitalu Nowowiejskim w Warszawie. Mówi, że już mu brakuje szpitala, choć to dopiero trzeci dzień choroby. Bo on po prostu lubi pomagać ludziom.

– Nie chcę narażać pacjentów i innych lekarzy na zarażenie, dlatego zdecydowałem się zostać w domu zgodnie ze zwolnieniem – tłumaczy. – Na moim oddziale jest wiele bardzo obciążonych osób, dla których wirus mógłby się okazać ogromnie niebezpieczny. Na szczęście dopiero zacząłem specjalizację i mogę sobie pozwolić na to, żeby nie przyjść do pracy, gdy lekarz wystawił mi zwolnienie. Wielu moich przyjaciół niestety słyszy: „Nie obchodzi mnie, czy będziesz chory, czy umierający. Masz przyjść!”. No i co ma wtedy zrobić lekarz około trzydziestki? Oczywiście leczy się objawowo i pracuje.

Znajoma lekarka opowiadała mu o lekarzu, który z grypą przyszedł na ciężki dyżur. Pomimo młodego wieku mężczyzna dziś nie jest w stanie przejść kilku kroków bez zadyszki. – Teraz czeka na przeszczep serca – wyjaśnia Piotr. – Dylemat czysto etyczny: jeżeli lekarz nie przyjdzie z powodu choroby, jego współpracownicy, mimo przeciążenia pracą, będą musieli zająć się także jego pacjentami. A jeżeli jednak przyjdzie, może być źródłem zakażenia dla ciężko chorych pacjentów. Co zrobić w takim przypadku?

Ósma przeprowadzka

Przedwojenny budynek na starym Żoliborzu tonie w słońcu. Piotr mieszka tu od półtora miesiąca. – Przez cały okres studiów i na stażu wynajmowałem pokoje za 500-600 zł. Przeprowadzałem się osiem razy. Ostatnio w Brwinowie właścicielka mieszkania oszczędzała i słabo ogrzewała pokoje, a łazienki w ogóle nie – mówi Piotr.

Teraz wynajmuje piękny pokój: przestronny, z parkietem w jodełkę i szafą o eleganckim fornirze. Wyposażenie staroświeckie, bo mieszkała tu kiedyś wiekowa pani. Jedynie kuchnia zabudowana jest nowoczesnymi szafkami i urządzeniami. Urszula i jej siostra Helena wynajęły to mieszkanie kilka lat temu. Obie, podobnie jak Piotr, studiowały medycynę na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Urszula i Piotr byli nawet w jednej grupie, Helena rozpoczęła studia dwa lata wcześniej. Zawsze się kolegowali. Urszula wiele razy organizowała domówki dla studentów z roku, więc Piotr znał już to mieszkanie.

Kiedy 13 października musiał przerwać głodówkę, Piotr postanowił wspomagać głodujących. Miał urlop, mógł go rozdysponować, jak chciał. Nie wrócił do wynajętego pokoiku w Brwinowie, spał u znajomych, czasem u siostry na Służewcu. A rano zjawiał się w szpitalu, w którym trwał protest. 30 października Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy zdecydował, że głodówki w całym kraju zostaną zakończone. Tego dnia kończył się także staż Piotra w szpitalu w Grodzisku Mazowieckim. I co dalej? – pomyślał. Zadzwonił do Urszuli i zapytał, czy mógłby wynająć pokój. Siostry się zgodziły, przyjęły go bardzo serdecznie. – Siedzieliśmy razem i rozmawialiśmy o tym, co się wydarzyło, jakie są dalsze perspektywy po proteście rezydentów – wspomina Piotr. – Byliśmy dumni z tego, co osiągnęliśmy, w końcu udało się przebić do opinii publicznej z informacją, że ten system jest chory nie z powodu lekarzy, tylko z powodu kosmicznych zaniedbań od wielu lat. Pokazaliśmy, co trzeba zmienić, gdzie są słabe punkty i że zmiany muszą zajść szybko, inaczej czeka nas katastrofa. Byliśmy źli na ministra Radziwiłła, który jest lekarzem, a który próbował nas skłócić zarówno z rządem, jak i ze społeczeństwem. Pozostał straszny niesmak. Niemniej jednak dalej będziemy walczyć o polskiego pacjenta i polską ochronę zdrowia. Wierzyliśmy i wierzymy, że możemy leczyć na światowym poziomie, a nawet te poziomy wyznaczać.

Jeden garnek

Nie prowadzą wspólnej kuchni. Czasami się zdarza, że razem usiądą do posiłku, ale zwykle to się nie udaje. Najważniejszym urządzeniem dla sióstr jest zamrażarka. W plastikowych pudełkach zamrożone na kość zupy i drugie dania czekają na swoją kolej. Praca lekarza pochłania tyle czasu, że nie ma go już na gotowanie. Piotr też dorzuca co nieco do zamrażarki, zwykle kiedy wraca od rodziców z Częstochowy. Mówi, że dla niego najważniejszym sprzętem w kuchni jest ekspres, bo nie wyobraża sobie początku dnia bez kawy w wielkim kubku. Nie ma zamiłowania do kucharzenia, robi to bez większej frajdy. – Najbardziej lubię przygotowywać dania jednogarnkowe – twierdzi. – Na przykład ostatnio kupiłem 3 kilo łopatki wieprzowej w promocji. Po 9 zł kilogram. Kawałek posypałem przyprawami, podsmażyłem, do garnka dorzuciłem warzywa, gotowałem tak długo, aż mięso zaczęło się rozpadać. Miałem jedzenia na dwa dni. Ale moje popisowe danie to chili con carne.

Piotr lubi usiąść z Urszulą i Heleną przy kuchennym stole i wypić wieczorną herbatę, a przy okazji porozmawiać o życiu, o radościach, ale też o problemach lekarzy i pacjentów, o Porozumieniu Rezydentów, zakończonym proteście, dzisiejszych i przyszłych planach batalii o lepszą sytuację ochrony zdrowia. Kiedy Porozumienie Rezydentów zostało reaktywowane, Piotr i Urszula zaangażowali się w jego działalność. Gdy zrodził się pomysł protestu głodowego, oboje postanowili wziąć w nim udział. Wspierali się. Urszula skończyła głodówkę po kilku dniach. Była jedną z osób, które w czasie manifestacji lekarzy pod Kancelarią Prezesa Rady Ministrów przemawiały ze sceny do zebranych. Popłakała się.

Informatyka a życie

Piotr kontaktuje się z pozostałymi uczestnikami głodówki na Facebooku. Dzięki temu wie, co się u nich dzieje. Najbardziej zżyta jest 20-osobowa grupa, która rozpoczęła protest. Czasem się spotykają. Piotr nie słyszał, żeby któryś z protestujących miał jakieś trwałe zmiany zdrowotne. Choć podczas protestu bywały dramatyczne chwile, kiedy okazywało się, że ktoś ma niebezpiecznie podwyższone ciśnienie albo objawy żółtaczki.

– W zasadzie wszyscy, którzy brali udział w proteście od początku, aktywnie działają w Porozumieniu Rezydentów – opowiada Piotr. – Niektórym po powrocie z protestu sugerowano w szpitalu, że nie powinni brać udziału w czymś takim. Ale nie słyszałem, by kogoś zwolniono z pracy. Wiem jedynie, że jednemu koledze szpital wypowiedział dyżury kontraktowe.

Początek listopada był czasem oczekiwania. Do 31 października stażyści, którzy chcieli odbywać specjalizację, musieli się zgłosić na rezydenturę. Każdy mógł podać pięć wybranych szpitali, w kolejności od najbardziej pożądanego do najmniej. Cztery spośród tych, które podał Piotr, to placówki w Warszawie. Było więc bardzo prawdopodobne, że ten pokój u Urszuli i Heleny nadal mu się przyda. Ale nie miał pewności, czy w ogóle zostanie gdzieś zatrudniony jako rezydent. Nawet nie był pewien, czy prawidłowo wysłał zgłoszenie.

– W tym roku po raz pierwszy zgłoszenia na rezydenturę należało wysłać przez internet. Moim zdaniem system informatyczny jest fatalnie zrobiony, nieprzejrzysty, zawieszał się – wspomina Piotr. – Nikt właściwie nie miał pojęcia, jak to funkcjonuje. W urzędach wojewódzkich mówiono jedno, w Ministerstwie Zdrowia drugie, a w serwisie podawano jeszcze co innego. Był taki bałagan, że nikt nie wiedział, czy ktokolwiek dostanie rezydenturę. Ja się tak zestresowałem tą nową procedurą, że trzy razy wysyłałem zgłoszenie, a potem je kasowałem, bo bałem się, że popełniłem jakiś błąd. Na szczęście się udało. Niestety, nie powiodło się Ulce. Wypełniła wprawdzie zgłoszenie, ale go nie wysłała, a jedynie zapisała. Dlatego jej wniosek nie był brany pod uwagę. Słyszałem, że takich przypadków jest więcej.

Nie ma żadnej procedury odwoławczej. Jeśli ktoś nie wysłał zgłoszenia, musi czekać do wiosny na następny nabór. Urszula bardzo przeżyła ten swój błąd. Będzie musiała podjąć jakąś pracę, żeby mieć z czego się utrzymać. Może uda się jej znaleźć pracę jako lekarz? Zaczęła też się zastanawiać nad wyjazdem do Niemiec.

– Jedna z moich koleżanek z protestu dostała propozycję odbycia rezydentury w dobrej niemieckiej klinice – mówi Piotr. – Byłem ostatnio na targach pracy. Z wielu krajów przyjechały na nie firmy, które szukają lekarzy chętnych pracować jako rezydenci. Były propozycje właściwie dla wszystkich specjalizacji. Z Wielkiej Brytanii, Danii, Niemiec, Skandynawii. Ja nie planuję wyjazdu za granicę, ale na wszelki wypadek uczę się niemieckiego. Właściwie przypominam sobie ten język, bo kiedyś znałem go perfekcyjnie. Poza tym znam dobrze angielski i hiszpański. W ramach programu Erasmus rok studiów spędziłem na uczelni w Hiszpanii.

Pierwszy własny pacjent

Zwykle lista rezydentów była publikowana 15 listopada. W tym roku – z racji informatycznej rewolucji – w województwie mazowieckim opublikowano ją 24 listopada. Niektóre województwa zrobiły to jeszcze później. Piotr dostał pracę jako rezydent w Szpitalu Nowowiejskim. Gmach robi przygnębiające wrażenie z powodu surowych murów z czerwonej cegły. Ale nie na Piotrze. Dla niego to miejsce, do którego idzie z radością i pasją. Przez najbliższe pięć lat będzie tu leczył pacjentów pod okiem starszych kolegów, by w końcu zostać psychiatrą. Wybrał oddział ogólnopsychiatryczny, na którym jest ok. 40 pacjentów. – Przy podpisywaniu umowy o pracę poprosiłem o skierowanie mnie właśnie na ten oddział, bo wiedziałem, kto tam pracuje. I udało się! – cieszy się Piotr. – Zostałem przyjęty bardzo ciepło. Pracuje tam moja koleżanka, która robi już trzeci rok rezydentury – bardzo mi pomaga i wprowadza w tajniki psychiatrii. Ale nie tylko ona, wszyscy są bardzo mili i pomocni. To niezwykle ważne, bo rozpoczęcie specjalizacji oznacza dużą zmianę w życiu, do tego psychiatria jest bardzo specyficzną i obciążającą dziedziną.

Od 2 października, kiedy rozpoczął się protest rezydentów, aż do 30 listopada Piotr nie musiał żyć pod presją czasu. Teraz musi. Wstaje ok. 6.45, wypija kawę, do pracy wychodzi o 7.20. Do stacji metra ma rzut beretem. Wysiada na przystanku Politechnika. Przychodzi do szpitala, podpisuje listę obecności, wiesza kurtkę w pokoju lekarskim. O 8.00 zaczyna pracę. Na początku zawsze jest odprawa lekarska. O 15.35 kończy pracę.

– Ustawowy wymiar pracy rezydenta to siedem godzin i 35 minut – wyjaśnia. – Może się zdarzyć, jeśli będzie taka potrzeba, że będę pełnił dyżur. Na razie jednak nie dyżuruję, bo muszę nabrać doświadczenia. W końcu na dyżurze wszystko może się zdarzyć, od agresji na oddziale, przez ciężkie zatrucia, do specyficznych dla psychiatrii zespołów zagrażających życiu. Na razie też nie mam swoich pacjentów. Zajmuję się pacjentami innych lekarzy, kiedy oni są nieobecni, np. z powodu stażu czy kursu. Mam nadzieję, że już w grudniu dostanę swojego pierwszego pacjenta. Czy się denerwuję? Oczywiście, czuję lekki niepokój, bo po raz pierwszy będę lekarzem prowadzącym. Z drugiej strony jestem bardzo podekscytowany, bo jak najszybciej chciałbym zacząć leczyć ludzi. W szpitalach psychiatrycznych to nie są proste przypadki. Nikt z powodu byle głupstwa tu się nie znajduje. Jestem przekonany, że mogę liczyć na pomoc starszych kolegów.

Na razie Piotr żyje za pożyczone pieniądze, bo w listopadzie nic nie zarobił, a z 1,2 tys. zł ostatniej pensji stażysty musiał zapłacić 500 zł za pokój. Kiedy więc pytam go, czy bywa w żoliborskich knajpkach, uśmiecha się. Trochę głupio się przyznać, że musiałby wybierać między kawą a kilogramem łopatki na obiad. Jako rezydent w grudniu dostanie ok. 3,2 tys. zł na rękę – tyle zarobią rezydenci szkolący się w 20 priorytetowych specjalizacjach, pozostali – znacznie mniej. Czy wtedy zaszaleje? Nie.

– Zostałem tak nauczony w domu, że muszę myśleć o przyszłości, planować kilka kroków do przodu – wyjaśnia. – Dlatego postanowiłem z każdej pensji odkładać pieniądze na sfinansowanie kursów. Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego określa dokładnie, jakie kursy i szkolenia powinien odbyć rezydent każdej specjalizacji. Bez nich rezydentura nie zostanie zaliczona. Jeśli szkolenie jest poza Warszawą, trzeba jeszcze opłacić hostel albo hotel, wyżywienie w barze. Rezydent sam musi te koszty pokryć.

W pewnym sensie dzięki protestowi rezydentów Piotr został pracownikiem naukowo-dydaktycznym na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Z tego tytułu – bo dostał pół etatu – też będzie otrzymywał wynagrodzenie. Ale to raczej splendor oraz możliwość sprawdzenia się jako wykładowca i autor prac naukowych niż źródło zarobkowania. A co tu ma do rzeczy głodówka? Na początku października głodujących odwiedziła psychiatra dr Maja Polikowska-Herman z WUM, która współpracuje ze słynnym psychiatrą prof. Bartoszem Łozą. Kiedy dowiedziała się od Piotra, że zgłosił się na rezydenturę z psychiatrii, długo z nim rozmawiała o jego pasjach, o neuronaukach, fizjologii mózgu, ośrodkowym układzie nerwowym… Po jakimś czasie przyszła ponownie i spytała, czy chciałby być asystentem prof. Łozy. Piotr był wniebowzięty. Czeka teraz na moment, kiedy studenci, z którymi ma prowadzić zajęcia, będą mieli blok poświęcony psychiatrii.

Lekarz czy niewolnik?

– Znów będzie głośno o lekarzach – mówi z przekonaniem Piotr. To przeświadczenie płynie stąd, że trwa akcja wypowiadania przez lekarzy specjalistów i rezydentów klauzuli opt-out. Wprowadzono ją w 2008 r. na okres przejściowy, po którym nasza służba zdrowia miała dorównać standardom europejskim. A ponieważ wskaźniki dotyczące liczby lekarzy na 1 tys. mieszkańców były u nas najniższe w Unii Europejskiej, zdecydowano, że lekarze będą znacznie intensywniej eksploatowani.

Lekarz w krajach rozwiniętych pracuje na jeden etat, zarabia na godne czy nawet zamożne życie, ma czas na dokształcanie, wypoczynek, życie rodzinne. Jego odpowiednik w Polsce zgodnie z umową o pracę w publicznej służbie zdrowia ma pracować tygodniowo 37 godzin i 55 minut, czyli pięć dni w tygodniu po siedem godzin 35 minut. Tygodniowa norma pracy może być zwiększona do 48 godzin, czyli lekarz może mieć co tydzień dodatkowo 10 godzin i pięć minut dyżuru. Jeśli podpisze klauzulę opt-out, może dyżurować częściej. Podpisując ją, zrzeka się ograniczenia czasu pracy wprowadzonego przez kodeks. Ochroniarz nie może pracować 400 godzin miesięcznie, ale lekarz, którego praca jest nieporównanie bardziej wyczerpująca i odpowiedzialna, może.

Rezydenci, których alarmy o tym, że ochrona zdrowia niebawem będzie w zapaści, okazały się głosem wołającego na puszczy, postanowili wykorzystać do walki o wyższe nakłady właśnie wypowiadanie klauzuli opt-out. – Poprzez tę akcję chcemy uświadomić, że są poważne braki kadrowe w ochronie zdrowia – mówi Piotr. – Mam wrażenie, że rządzący ciągle udają, że tego problemu nie ma.

Minister Radziwiłł na wieść o wypowiadaniu klauzuli opt-out zagrzmiał: – Wezwania do de facto redukcji pracy w stosunku do pracowników służby zdrowia, zwłaszcza lekarzy, uważam za skandaliczne i haniebne. Odbieram zapowiedzi, że lekarze będą pracować mniej, jako uderzenie w podstawy etyki lekarskiej.

Piotr uważa, że haniebne jest mówienie tak o lekarzach. – Mój kolega powiedział, że chcielibyśmy dostać od pana ministra wytyczne, do ilu godzin pracy to jest haniebne, a od ilu chwalebne. Nie rozumiem: jeśli ma się etat i pracuje tyle, ile przewiduje Kodeks pracy, to jest haniebne?

W szpitalu dziecięcym na Banacha z dodatkowych dyżurów zrezygnowała jedna trzecia personelu, w szpitalu w Grodzisku Mazowieckim na klauzulę opt-out nie zgodził się żaden lekarz. Kolejni lekarze w całym kraju wypowiadają klauzulę. Dokładnie nie wiadomo, ile osób to zrobiło. Na pewno ponad 3 tys. rezydentów, do tego lekarze specjaliści. Ci, którzy zgłosili to w listopadzie, już od 1 stycznia 2018 r. będą pracować najwyżej 48 godzin tygodniowo. To spowoduje znaczne perturbacje w szpitalach.

– Ja nie podpisałem klauzuli opt-out – zaznacza Piotr. – Ale są osoby, które nie mogą jej wypowiedzieć ze względu na sytuację materialną, bo mają np. kredyty mieszkaniowe albo samotnie wychowują dzieci.

Środowisko lekarskie będzie wspomagać osoby, które wypowiedziały klauzulę opt-out. Jeśli z tego powodu znajdą się w trudnej sytuacji życiowej, mogą wystąpić o zapomogę do komisji socjalno-bytowej w okręgowych izbach lekarskich, członkowie OZZL – do swojego oddziału terenowego. Wspierać ich będzie także Fundacja Lekarze Lekarzom.

Miłość

Piotr nie ma dziewczyny. Jego ostatni związek rozpadł się, bo związki lekarzy jego zdaniem bardzo trudno utrzymać. Za to nie ma problemu, gdzie spędzić Wigilię – wiadomo, że u rodziców. I nie ma planów na sylwestra.

– Nie pasowaliśmy do siebie – mówi krótko o minionym związku. – Z jednej strony dobrze mieć obok siebie osobę, która zna specyfikę pracy lekarza, łatwiej się z nią porozumieć. Jednocześnie każda z tych osób jest całkowicie pochłonięta pracą. Zdarza się, że lekarze pracują po 300, a nawet 400 godzin w miesiącu. Znam takie pary, które wzięły ślub i przestały się widywać. Spotykają się w domu raz w tygodniu. Ludzie czują się samotni i bardzo chcą mieć kogoś przy sobie. Na poszukiwanie pracy potrafią poświęcić miesiąc albo dwa, tymczasem osobę bliską często wybierają pochopnie, bo tak bardzo jej potrzebują. Tak naprawdę znalezienie tej drugiej osoby to najważniejsza sprawa w życiu.

Wydanie: 51/2017

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy