Ruch spółdzielczy – byleby nikt nie przeszkadzał

W Polsce mało kto dziś pamięta, że do różnych spółdzielni należy około ośmiu milionów rodaków

Choć w czasie kryzysu ekonomicznego  spółdzielczość może być ostoją rozwoju i zaufania, to w ostatnich latach nasi politycy podjęli wiele prób ograniczenia możliwości rozwoju tego ruchu. Na początku lat 90., u zarania transformacji ustrojowej, rozpoczęto demontaż tego systemu. Spółdzielnie przedstawiano jako przeżytek minionego ustroju. Jeśli zaś pojawiały się w mediach, to tylko jako przykłady patologii.
Można było odnieść wrażenie, że dla ustawodawców od względów praktycznych ważniejsze były względy ideologiczne. Nie rozumiano, ani nie starano się zrozumieć, różnic między systemem spółdzielczym a komercyjnym. Nie interesowano się osiągnięciami, rolą i znaczeniem tego ruchu w rozwiniętych demokracjach zachodnich. Podjęto za to liczne próby uczynienia ze spółdzielni przedsiębiorstw komercyjnych, co nie mogło się powieść. W efekcie zniechęcono wielu Polaków do uczestnictwa w ruchu spółdzielczym.
Elity odwołujące się do tradycji międzywojnia zdają się nie zauważać, że w 1920 r., dwa lata po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, Sejm przyjął jedną z najlepszych i najnowocześniejszych w ówczesnej Europie ustaw spółdzielczych. W okresie międzywojennym zaowocowało to dynamicznym rozwojem spółdzielczości mieszkaniowej i finansowej.

Zamach na niezależność kas
Od czterech lat posłowie Platformy Obywatelskiej próbują stworzyć nowe prawo spółdzielcze, które de facto poddałoby kontroli państwa całe obszary spółdzielczości. I tak, według projektów przygotowanych w Sejmie, spółdzielnie mleczarskie znalazłyby się pod nadzorem ministra rolnictwa, który miałby np. prawo kontrolować ich finanse i decydowałby o składach zarządów. W przypadku SKOK-ów kontrolę miałaby przejąć Komisja Nadzoru Finansowego.
Na ironię zakrawa tu fakt, że spółdzielcą był np. premier Donald Tusk, jednym z założycieli zaś trójmiejskiej spółdzielni „Świetlik” w czerwcu 1983 r. – marszałek Maciej Płażyński, który za wkład w rozwój spółdzielczości finansowej został wyróżniony nagrodą Feniksa – najwyższym odznaczeniem Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych. W latach 80. „Świetlik” zatrudniał m.in. studentów Uniwersytetu Gdańskiego, którzy mieli problemy ze znalezieniem pracy.
W 2009 r. posłowie PO przygotowali i przeprowadzili w Sejmie projekt ustawy o spółdzielczych kasach oszczędnościowo-kredytowych. Prezydent Lech Kaczyński nie podpisał jej, lecz wystąpił do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie zgodności z konstytucją.
Zgodnie z przyjętymi przez Sejm regulacjami, środki zgromadzone w SKOK-ach miały podlegać publicznemu nadzorowi państwowemu. Uzasadniono to dbałością o bezpieczeństwo depozytów, choć w ciągu 20 lat działalności SKOK-ów żadna z kas nie ogłosiła upadłości. Kompetencje nadzorcze miały też zostać przesunięte z Kasy Krajowej do KNF.
O zawetowanie ustawy zaapelowały Krajowa Rada Spółdzielcza oraz XXIII Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ „Solidarność”. Organizacje zarzuciły nowemu prawu, że zbyt ingeruje w niezależność Kas i dyskryminuje je względem banków komercyjnych. Prośbę o weto do prezydenta wystosowała także organizacja Cooperatives Europe, zrzeszająca 250 tys. przedsiębiorstw spółdzielczych. Z podobnym apelem wystąpił ówczesny wiceprzewodniczący Światowej Rady Unii Kredytowych, Dave Grace. Wniosek prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Trybunału Konstytucyjnego zawierał 72 zarzuty sprzeczności wspomnianego dokumentu z konstytucją.
W uzasadnieniu prezydent pisał, że ustawa w całości powinna być uznana za niezgodną z ustawą zasadniczą, bo narusza fundamentalne zasady konstytucyjne – przede wszystkim zasadę wolności zrzeszania, zaufania obywateli i ich organizacji do państwa, przyzwoitej legislacji, wolności gospodarowania, ochrony własności oraz równości wobec prawa.

Wątpliwości wycofane z Trybunału
W marcu br., wbrew niepisanej zasadzie, która mówi, że urzędujący prezydent nie ingeruje w decyzje poprzednika, Bronisław Komorowski wycofał z Trybunału większość zarzutów, jakie miał wobec nowego prawa Lech Kaczyński. Z 72 zarzutów zostały zaledwie dwa o marginalnym charakterze.
Urzędnicy Kancelarii Prezydenta przekonywali, że prezydent Komorowski kierował się opiniami ekspertów. Jednak ich opublikowania kancelaria odmówiła.
Ostatnio Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie orzekł, że „ekspertyzy zamawiane przez organa władzy są informacją publiczną”. To efekt sporu o udostępnienie opinii, na podstawie których prezydent podpisał nowelizację ustawy o otwartych funduszach emerytalnych. Prezydent opinii tych pokazać nie chciał. Tę decyzję zaskarżyły dwie fundacje (m.in. Fundacja Obywatelskiego Rozwoju Leszka Balcerowicza). Należy oczekiwać, że jeśli wyrok sądu się uprawomocni, będzie możliwość zapoznania się także z treścią ekspertyz, które skłoniły prezydenta Komorowskiego do wycofania z Trybunału Konstytucyjnego wniosku poprzednika. Jednak wiele przesłanek wskazuje, że ekspertyz, o których wspomnieli przedstawiciele Kancelarii Prezydenta, po prostu nie ma.
W kwietniu br. Andrzej Dorsz, dyrektor Biura Prawa i Ustroju Kancelarii Prezydenta RP, w piśmie do prezesa SKOK-u Grzegorza Biereckiego napisał: „Odwołanie się do opinii, o których mowa w powołanym komunikacie prasowym, objęło zbiorczo wszystkie docierające do Kancelarii oceny i stanowiska, w tym te, które zostały wyrażone w ramach przeprowadzonych rozmów i konsultacji. Przebieg spotkań, a zatem wyrażane na nich opinie, nie był utrwalany. Kancelaria nie dysponuje zatem substratem materialnym-nośnikiem wyrażającym przedstawione podczas konsultacji stanowiska, który mógłby być udostępniony”.

Spółdzielczość potrzebna gospodarce
Nic dziwnego, że 18 czerwca br., w trakcie zorganizowanego przez Krajową Radę Spółdzielczą Ogólnopolskiego Forum Spółdzielczego zebrani w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, uczestnicy zaczęli mówić o potrzebie stworzenia obywatelskiego projektu ustawy o spółdzielczości. Uznali, że to sprawa zbyt poważna, by zostawić ją w rękach polityków.
Postulowane prawo w założeniach miałoby umożliwić rozwój wszystkim spółdzielniom branżowym. Warto podjąć tę inicjatywę. Bo cóż oznaczają silne ekonomicznie spółdzielnie? To dobre miejsca pracy, niższe czynsze, korzystniejsze oprocentowanie depozytów, niższe odsetki od kredytów. To także tańsze mieszkania spółdzielcze i możliwość rozwoju zawodowego. Zwłaszcza że, jak powiedział wicepremier Waldemar Pawlak w trakcie czerwcowego Ogólnopolskiego Forum Spółdzielczego: – To nie spółdzielczość wywołała kryzys. Kryzys wywołały firmy tak wielkie, że za duże, żeby upaść. Tak duże, że nie ponoszą żadnej odpowiedzialności. Natomiast płacą za to społeczeństwa. Skończyło się na tym, że te ogromne długi zostały uspołecznione. A zyski zostały sprywatyzowane. Dlatego spółdzielczość jest potrzebna współczesnej gospodarce, bo nawet ludziom niezamożnym daje  szansę.
Rolnicy zrzeszeni w spółdzielniach mleczarskich już dziś odczuwają dobrodziejstwa płynące z uczestnictwa w ruchu spółdzielczym. Spółdzielnia Mleczarska Mlekpol z Grajewa należy do największych w Europie Środkowo-Wschodniej. Podobnie istniejąca od 1930 r. Okręgowa Spółdzielnia Mleczarska w Kole. Ich roczne obroty liczone są w setkach milionów euro. I nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Francuskie, włoskie czy skandynawskie spółdzielnie rolnicze są znaczącymi pracodawcami i mimo kryzysu osiągają zyski.
Bezrobocie w Polsce wynosi ponad 10% i ma, jak się wydaje, charakter strukturalny. Każdy sposób, który pozwoli je ograniczyć, jest godny uwagi. Nie musimy zabiegać wyłącznie o inwestorów zagranicznych. Sami możemy tworzyć miejsca pracy. Byleby nikt nie przeszkadzał.

Wydanie:

Kategorie: Raport o spółdzielczości

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy