Rząd pokazał, jak fatalnie traktuje dane

Rząd pokazał, jak fatalnie traktuje dane

19-latek za dobrze opisywał pandemię

Michał Rogalski – twórca bazy danych „COVID-19 w Polsce”

Napisał pan kilka dni temu na Twitterze: „Czuję, jakby ktoś mi dał w pysk”.
– Stworzyłem, pracując jako wolontariusz, wielką bazę danych o pandemii COVID-19, społeczny projekt, który miał służyć ludziom. Jedni szyli maseczki, a ja z sześciorgiem pomocników (których wcześniej nie znałem, a zwerbowałem ich w 15 minut na Twitterze) codziennie uzupełnialiśmy dane w tabelkach. Baza świetnie służyła naukowcom, studentom, dziennikarzom, rządowym agendom i każdemu, kto chciał się przyjrzeć pandemii w liczbach. Korzystały z naszych arkuszy dziesiątki tysięcy ludzi dziennie. I jedną decyzją głównego inspektora sanitarnego, odcinającą nas od danych z wojewódzkich i powiatowych stacji sanitarno-epidemiologicznych, uniemożliwiono nam dalszą pracę. Od kilku dni wszystkie dane w bardzo okrojonej formie podaje wyłącznie Ministerstwo Zdrowia. I nie można tych liczb w żaden sposób zweryfikować.

A właśnie pan udowadniał, jak niezbędna jest weryfikacja danych z ministerstwa.
– Najdobitniejszym dowodem na potrzebę weryfikacji jest to, że zagubili ok. 22,5 tys. przypadków zakażeń. A potem dopisali zgubę jak gdyby nigdy nic do ogólnej liczby przypadków. Takie działanie jest niedopuszczalne. Mnie, Rogalskiemu, dokładny przyrost zakażeń dzień po dniu może nie jest potrzebny. Ale już naukowcom tak. Jeśli dane mają być wiarygodne, nie można sobie ot tak czegoś dopisywać. Po prostu rząd pokazał, jak fatalnie traktuje dane.

Dopisali, bo pan im wytknął nieścisłości.
– I teraz nikt im żadnych błędów nie wytknie. Bo nie ma możliwości. W zamian otrzymaliśmy bazę danych Ministerstwa Zdrowia, która wygląda jak nieśmieszny żart. Rozpoczyna się dziewięć miesięcy po wybuchu pandemii. I zawiera najprostsze informacje: dane z jednego dnia o zarażeniach oraz zgonach. I koniec. Żadnych danych historycznych czy archiwum. A przez to brakuje porównań, odniesień. Mówienie, że taka baza ma coś ułatwić, brzmi fałszywie. Dobrze, że ktoś w końcu zrozumiał, że należy ją stworzyć, ale powinna ona istnieć i być rozwijana od początku pandemii.

Gdy nagłaśniałem, że dane, które podaje strona rządowa, są nieścisłe, a skala błędu olbrzymia – i, jak się okazało, miałem rację – oczekiwałem poprawy polityki informacyjnej. Niestety, Ministerstwo Zdrowia i główny inspektor sanitarny zamiast zwiększyć liczbę przekazywanych danych, poprawić ich transparentność i dostępność, przyjęli strategię odwrotną: odcinamy ludzi od danych i likwidujemy w ten sposób problem nieścisłości.

Ministerstwo twierdzi, że ta baza jest w budowie, będzie rozwijana.
– To niech budują, rozwijają, ale dlaczego odcinają nas od innych źródeł danych? Dlaczego blokują naszą, dużo pełniejszą informację?

Nie chcą, żeby 19-latek wytykał im błędy. Jak wykryliście te nieścisłości?
– Na ślad różnych nieścisłości wpadaliśmy wcześniej, ale dopiero gdy w listopadzie zaczęliśmy liczyć dokładnie dane z powiatowych stacji sanitarno-epidemiologicznych województw mazowieckiego i śląskiego i porównywać je z ministerialnymi, zorientowaliśmy się, że różnice zrobiły się naprawdę spore – kilkaset brakujących przypadków dziennie. 4 listopada liczba zagubionych zarażeń dochodziła już do 3 tys. Najpierw zaczęliśmy weryfikować nasze dane i obliczenia. Sprawdzaliśmy, czy to nie my popełniliśmy błąd. A gdy się okazało, że nie, a różnica 11 listopada urosła do ponad 14 tys. przypadków, sprawę nagłośniliśmy. Zaznaczając, że sprawdziliśmy tylko dwa województwa (z reszty niestety mieliśmy jedynie dane z wojewódzkich stacji sanitarno-epidemiologicznych), więc najprawdopodobniej skala problemu jest znacznie większa. Media wszystko opisały. W rezultacie minister zdrowia zarządził kontrolę. My nadal liczyliśmy i doszliśmy do prawie 18 tys. różnicy; gdy ministerstwo zakończyło kontrolę 24 listopada, dopisało ok. 22,5 tys. zagubionych przypadków zakażeń. Bo – najwidoczniej – nieścisłości wykryto także w innych województwach. Rzetelności ministerialnych wyliczeń nie ma jak sprawdzić, bo nie wiadomo, w jakim dniu i miejscu powstały nieścisłości.

Ostatnio doliczyliście się, że przekroczyliśmy próg kwarantanny narodowej ustalony przez premiera Morawieckiego na 70 zarażeń na 100 tys. mieszkańców.
– Powiedziałem: sprawdzam. I zaczęliśmy liczyć jeszcze raz, uwzględniając te zaginione zarażenia. Wyszło nam, że próg kwarantanny przekroczyliśmy najprawdopodobniej już 11 listopada, gdy wykryto 71,5 zarażeń na 100 tys. mieszkańców. GIS z naszymi wyliczeniami się nie zgadza. Zaproponowałem więc: podajcie dokładne dane, policzymy jeszcze raz i przekonamy się, kto ma rację.

Jest nadzieja, że podadzą? W końcu to informacja publiczna, do której prawo dostępu ma każdy Polak.
– W sprawę zaangażowały się media, jak również rzecznik praw obywatelskich, Sieć Obywatelska Watchdog Polska i parlamentarzyści, więc presja na rząd się zwiększa. Jest nadzieja.

Czy oprócz zaniżania liczby wykrytych przypadków COVID-19 zauważyliście inne nieprawidłowości?
– Tak. Ministerstwo Zdrowia w ogóle nie weryfikuje otrzymywanych i podawanych dalej liczb. Ostatnio w Lubuskiem, według wykazu tamtejszego urzędu wojewódzkiego, z dnia na dzień przybyło 114 respiratorów (wcześniej mieli 68). W kolejnym zestawieniu znów mieli 68. Ktoś się pomylił, ale takich pomyłek jest niemało. I te fałszywe liczby przepisywane do raportów ministerstwa mącą obraz pandemii.

Kto panu pomagał naukowo przy tworzeniu bazy danych? Jest ona bardzo obszerna, przejrzysta i profesjonalna.
– Jestem samoukiem. I to była pierwsza baza danych, jaką stworzyłem. Uwielbiam liczby i opis świata ujęty liczbowo. Bo tylko liczby pozwalają na racjonalne podejście i przemyślane decyzje. Nie chciałem bazować na krzykliwych nagłówkach w mediach. Postanowiłem przyjrzeć się pandemii bez emocji, na zimno. Dlatego zacząłem gromadzić i upubliczniać czyste dane. Praca zajmowała kilka godzin dziennie. Plus praca współpracowników. To było na pewno kilkanaście godzin roboczych każdego dnia.

Wiosną był pan jeszcze w klasie maturalnej. Jak pan godził naukę z tworzeniem bazy?
– Bez problemu.

Ale to nie przez bazę nie poszedł pan na studia?
– Nie, potrzebowałem czasu, żeby dobrze wybrać. Nie chciałem wybierać studiów pochopnie, dlatego robię sobie rok przerwy. Pracuję teraz w Łodzi jako grafik komputerowy. Prowadzę bazę danych. I zastanawiam się nad dalszą drogą. Chcę zdobyć konkretną wiedzę z zakresu marketingu, PR i socjologii.

Zapełnialiście arkusze Excela przez 225 dni. Jeśli mimo nacisku rząd się nie ugnie i będzie łamał ustawę o dostępie do informacji publicznej, zawiesi pan pracę?
– Nie, nadal pracuję i będę pracował. Pewnie już sam. Na podstawie danych z Ministerstwa Zdrowia. Ale wiarygodność, jakość tej bazy będzie – nie mam co do tego wątpliwości – dużo gorsza. To już będzie inny projekt, inna baza.

m.piszcz@tygodnikprzeglad.pl

Fot. archiwum prywatne

Wydanie: 49/2020

Kategorie: Wywiady