Rządy PiS to czas hibernacji

Rządy PiS to czas hibernacji

Za pasem święta, a tu zamiast przedświątecznej gorączki zakupów mamy polską odmianę gorączki tropikalnej. Istny wysyp afer. Tak jakby Polskę oblazły jakieś wirusy atakujące i głowy, i bardziej skryte części ciała. Od paru dni nic nie jest ważniejsze od seksafery z politykami Samoobrony w rolach głównych. Choć oni sami mówią, że zostali obsadzeni w rolach czarnych charakterów na zamówienie skrytego w cieniu reżysera. A gra ma się toczyć o wcześniejsze wybory parlamentarne.
Po 15 miesiącach rządów w atmosferze nieustannych spisków i walk z układami okazało się, że wirusem zainfekowana jest również koalicja. Najpierw kolejna afera o podłożu faszystowskim z udziałem Ligi Polskich Rodzin. Tym razem z płonącą swastyką na pikniku Młodzieży Wszechpolskiej. Afera, która nie daje premierowi Kaczyńskiemu wyboru. Maszerując dalej we wspólnym rządzie z LPR, bierze na siebie odium tych haniebnych praktyk i współodpowiedzialność za następne wybryki, które wygoleni młodzieńcy sprokurują.
Od wybuchu seksafery Kaczyński jest wzywany przez media do zerwania koalicji także z Samoobroną. Prawo i Sprawiedliwość od początku z trudem ukrywało niechęć do koalicjantów. Znoszono obecność Samoobrony i LPR w strukturach władzy tylko po to, by ich głosami przeprowadzać zmiany ustawowe. By obsadzać swoimi kandydatami kolejne urzędy i instytucje.
PiS zachowuje się przy tym tak, jakby w ogóle nie brało pod uwagę możliwości utraty władzy. Politycy tej partii są mentalnie odlegli od aprobowania mechanizmu demokratycznych wyborów i uznania innych racji niż własne. Zrobią więc wszystko, co tylko mogą, a może jeszcze coś ekstra, by zabezpieczyć się przed utratą władzy. Po przegranych w wielu miejscach wyborach samorządowych widzą, jak szybko kurczy się zaufanie społeczne do ich programu. Jak rośnie niechęć do PiS wszędzie, gdzie ludzie zobaczyli, jak ta partia traktuje obietnice wyborcze. Nie te lustracyjne, o których słyszymy codziennie, ale socjalne, podatkowe, zmniejszające biurokrację, ułatwiające ludziom życie. Łatwo przyszło PiS skrojenie pod autorytarne potrzeby partii nowych urzędów. Działacze mają już nowe, ważne stanowiska i tytuły, urządzili sobie gabinety, zatrudnili kolegów i zajęli wrogami. Plany mają nie tylko na najbliższe trzy lata, ale nawet na drugą kadencję. Wreszcie sobie porządzą. A tu klops. Wielki kłopot. Koalicja trzeszczy i prawdopodobnie się zawali. I co wtedy? Ktoś przejmie te wypieszczone zabawki i zajmie się ich konstruktorami. A gdy pojawią się nowi szefowie, urzędnicy pobiegną do tych nowych z kwitami na starych. Tak się dzieje w Warszawie i innych miastach, gdzie PiS straciło władzę. Tego od nich wymagano po wygranych przez PiS wyborach, tylko że wówczas dotyczyło to SLD. Okazuje się, że dużo łatwiej przychodzi PiS mówienie o moralności i czystości intencji, a znacznie trudniej powstrzymywanie własnych kadr przed korupcją i nepotyzmem. Rewolucyjnie nastawiona mniejszość może na jakiś czas zdobyć władzę. Może nawet mieć poparcie 25% wyborców, ale żadnego ważnego polskiego problemu nie jest w stanie rozwiązać. I mamy, nawiązując do seksafery, taką sytuację jak w „Seksmisji”. Rządy PiS to czas hibernacji. Problemy, jakie były, takie zostały. By coś się zmieniło, muszą przyjść politycy o talencie do budowania i mediacji.

Wydanie: 50/2006

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy