Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało!

Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało!

Duży handel musi być ulicą dwukierunkową. Dzisiaj Polska zbyt mało sprzedaje na rynku rosyjskim, by pokryć ogromne zakupy energetyczne

To znane francuskie, acz spolszczone powiedzonko pasuje jak ulał do naszych 20-letnich już bojów o niezależność energetyczną Polski. Chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zwykle – może powiedzieć polska elita polityczna, jeśli przeczytała ciekawy artykuł prof. Pawła Bożyka „Widzieć w Rosji partnera” („P” nr 43).
Przypomnijmy, Rosja dostarcza Polsce ponad połowę zużywanego gazu, a także ok. 90% ropy naftowej. Profesor, onegdaj guru polskiej gospodarki, chyba przez skromność nie dodał, że byłoby prawie 100% ropy, gdyby Gierek nie zbudował Portu Północnego i Rafinerii Gdańskiej, które stały się naszym realnym, a nie wirtualnym oknem na świat, jeśli idzie o ropę naftową i produkty ropopochodne. Podobną rolę może odegrać planowany na 2014 r. Gazoport w Świnoujściu, który będzie przyjmował statki ze skroplonym gazem. Ma on pokrywać od 25% do 30% krajowego zapotrzebowania, ale skroplony gaz będzie średnio o 40% droższy od rosyjskiego. Oczywiście jest to kalkulacja na dzisiaj, bo cena gazu z Rosji ustalana jest na podstawie średniej ceny ropy i produktów ropopochodnych z ostatnich dziewięciu miesięcy, a to determinuje zmienność cen.
Chwała negocjatorom z PGNiG, że nie zważając na niechętny cichy warkot niektórych mediów i polityków, wstępnie zapewnili już Polsce stabilne dostawy z Gazpromu do 2037 r. na ponad 10 mld m sześc. gazu rocznie. Jeśli dobrze się przyjrzeć tej dacie, to oznacza ona kolejne ponad 20 lat dużego importu energetycznego z Rosji. To są miliardy dolarów czy euro i wielomiliardowy ujemny bilans handlowy z tym krajem, który – jak tego doświadcza Ukraina –

potrafi być bezwzględny

w egzekwowaniu swoich finansowych należności. Polska jest świetnym, wypłacalnym odbiorcą, płaci za paliwo i będzie płacić również w przyszłości. Duży handel ma jednak to do siebie, że musi być ulicą dwukierunkową. Dzisiaj Polska zbyt mało sprzedaje na rynku rosyjskim towarów i usług, by pokryć te ogromne zakupy energetyczne. Rocznik Statystyczny RP 2008 podaje, że ostatnim rokiem dodatniego salda bilansu handlowego całego polskiego handlu zagranicznego był rok 1990, kiedy to plusowe saldo wyniosło ok. 4,8 mld dol., a w obrotach z Rosją ok. 1,5 mld dol. in plus. Później było tylko gorzej, informuje GUS, bo poczynając od ujemnego już salda w 1992 r. w wysokości prawie 3 mld dol., osiągnęliśmy w 2007 r. rekordowy niedobór ponad 25 mld dol., w tym tylko z samą Rosją prawie 9 mld dol. in minus.
Jak to się stało? Otóż w atmosferze niemal entuzjazmu prawicowych elit zlikwidowaliśmy we własnym domu i na własne życzenie polski przemysł eksportowy, począwszy od precyzyjnych mikroskopów (PZO), komputerów i peryferii (Elwro, Mera), a skończywszy na statkach (wiadomo…), maszynach budowlanych czy przemyśle lekkim, produkując w zamian miliony wczesnych emerytów, którzy teraz uwierają. To niemal

gospodarcze sepuku

oznacza, że dzisiaj Rosja zajmuje w polskim handlu zagranicznym drugie miejsce jako dostawca, ale tylko szóste jako odbiorca. Ujemne saldo obrotów z Rosją wyniosło w 2008 r. prawie 12 mld dol. (dokładnie według GUS minus 7827,6 mln euro). Niestety, sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało. Polski przemysł eksportujący na Wschód nie mieścił się w strategii politycznej ideologów, którzy widzieli się i widzą w czasach międzywojnia, kiedy obroty polsko-rosyjskie stanowiły zaledwie 1% polskiego handlu zagranicznego, a obie strony trzymały się od siebie z daleka. Wystarczy i teraz posłuchać niektórych wysoko postawionych polskich polityków. Dla nich czas się zatrzymał kilkadziesiąt lat wstecz.
Dzisiaj jest inna sytuacja. Reguły gry na najbliższe 20-lecie zostały już określone, zdeterminowane. Nowe otwarcie USA-Rosja, UE-Rosja, Gazociąg Północny, a wreszcie porozumienie Gazprom-PGNiG – to wszystko dyktuje konieczność jak najlepszych stosunków gospodarczych z Rosją, a co za tym idzie, stopniową odbudowę naszej pozycji na rynku rosyjskim. Pojęli to już dawno Słowacy i Czesi. Przykładem jest chociażby niedawna wizyta prezydenta Klausa w Moskwie i daleko idące uzgodnienia dotyczące atomistyki. Przypomnę, że premier Władimir Putin podczas wrześniowej wizyty sformułował ciekawe propozycje współpracy gospodarczej, korzystne dla naszego eksportu. Czy zostały podjęte? A jeśli tak, to przez kogo, skoro nasz dzisiejszy przemysł to według danych Konfederacji Pracodawców Polskich w 98,8% – rozproszone, drobne i średnie przedsiębiorstwa, niedysponujące

żadną siłą marketingową

i logistyką do kompleksowego przygotowania ofert, kontraktów, zaplecza serwisowego i rozwojowego, tak jak to robiły w swoim czasie w Rosji wielkie polskie centrale handlowo-przemysłowe, a dzisiaj robi to niemiecki Siemens czy holenderski Philips.
Z całym uznaniem dla poznańskiego Powogazu montującego w Mytiszcze polskie wodomierze, Atlasu w Dubnej czy Zelmera i producentów żywności oraz kosmetyków nie może to zastąpić zwartej, całościowej proeksportowej polityki gospodarczej, nacelowanej na rosyjskie potrzeby modernizacji fabryk i wypełnienia rynku wyrobami nowoczesnymi i zaawansowanymi technologicznie. Można założyć, że Federacja Rosyjska będzie takiej polityce sprzyjać, bo nasz wynoszący już blisko 20 mld euro roczny import z Rosji czyni i z nas poważnego partnera, którego trzeba uszanować i wyjść na spotkanie jego oczekiwaniom.

Wydanie: 47/2009

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy