Seks za kawałek mydła

Seks za kawałek mydła

Pracownicy ONZ w Afryce oskarżeni o erotyczne wykorzystywanie dzieci

„Duży mężczyzna może uprawiać miłość z małą dziewczynką. Może zawołać dziewczynkę. Wtedy idą do jego domu i zamykają drzwi. Kiedy duży mężczyzna skończy, daje dziewczynce pieniążek lub prezent”. Oto zeznania tylko jednego z 1,5 tys. świadków przesłuchanych przez pracowników agencji ONZ ds. uchodźców (UNHCR) oraz brytyjskiej organizacji humanitarnej Save the Children. Z przygotowanego przez ONZ raportu wynika, że dzieci w obozach dla uchodźców w Sierra Leone, Liberii i Gwinei przez lata

były wykorzystywane seksualnie.

W proceder ten zamieszani byli lokalni pracownicy UNHCR, Save the Children oraz niemal 40 innych organizacji, jak również żołnierze sił pokojowych ONZ w Sierra Leone. Tych ostatnich uważano za najlepszych klientów. Za seks czy możliwość wykonania pornograficznych fotografii płacili dolarami ze swego żołdu. Niektórzy strażnicy pokoju w błękitnych hełmach domagali się jednak usług erotycznych, oferując ciastko, kawałek mydła czy równowartość amerykańskiego centa. Pewna dziewczynka opowiada: „Mama prosiła mnie, abym poszła do źródła umyć naczynia. Tam czekał już żołnierz ONZ i kazał mi się rozebrać. Kiedy zrobił mi zdjęcie, poprosiłam go o pieniądze. Odpowiedział: „Dla dzieci nie ma pieniędzy, tylko herbatniki”.
Jeśli wierzyć informacjom podanym w raporcie, podobnie postępowali pracownicy organizacji humanitarnych. Dzieci wiedziały, że są krzywdzone, okazywały jednak uległość, aby przeżyć w piekle obozu, którego mieszkańcy zdani są niemal wyłącznie na pomoc z zewnątrz. „Obiecywano żywność, lekarstwa, nadziały gruntu w zamian za usługi seksualne”, mówi Jane Gibril z organizacji Save the Children.
„Sekretarz naszego obozu powiedział mi, że jeśli nie będę się z nim kochać lub nie dam mu którejś z moich siedmiu córek w wieku od 7 miesięcy do 22 lat, to

nie dostaniemy żywności”,

mówi 40-letnia Helen Kamara z obozu w Sierra Leone pod Freetown. Dzieciom, które się nie zgadzały, mówiono podczas wydawania jedzenia: „Twojego nazwiska nie ma na liście”.
26-letnia Mamai Sesay, która w 1991 r. uciekła wraz z rodziną z ogarniętego wojną domową Sierra Leone i odtąd żyje w obozie dla uchodźców w Gwinei, uważa, że takie praktyki od lat nie są żadną tajemnicą. „Wiadomo, że nic nie jest za darmo. Wiele dziewcząt uważa, że lepiej uprawiać miłość i przeżyć, niż zachować dumę i umrzeć z głodu”. Jak stwierdził Paul Nolan, dyrektor odpowiedzialny za ochronę dzieci w Save the Children, w obozach wykształciła się swoista kultura eksploatacji seksualnej, w której uczestniczyły osoby dysponujące autorytetem i władzą oraz przywódcy miejscowych społeczności. W niektórych obozach dzieci nawet nie wiedziały, iż mają prawo otrzymywać żywność i lekarstwa. Były pewne, że muszą za te „przywileje” płacić własnym ciałem.
Raport stwierdza, że co najmniej 67 osób mających nieść pomoc uczestniczyło w wykorzystywaniu seksualnym. Save the Children zwolniła już swych trzech najbardziej obciążonych przez świadków pracowników. Sekretarz generalny ONZ Kofi Annan wyraził oburzenie z powodu skandalu, nakazał przeprowadzić szybkie śledztwo i zażądał surowego ukarania sprawców. Narody Zjednoczone wysłały do Afryki Zachodniej specjalną ekipę dochodzeniową, zaś Annan zapowiedział, że na przyszłość ONZ stosować będzie politykę „zerowej tolerancji” wobec tego rodzaju przestępstw seksualnych.
Władze norweskie wystąpiły z inicjatywą, aby w czasie przyszłych misji pokojowych tworzyć kanały informacyjne, przez które poszkodowani mogliby zgłaszać przypadki napastowania seksualnego ze strony pracowników ONZ. W obozach afrykańskich takich metod nie było. Urzędnicy UNHCR opracowali 15-punktowy plan przewidujący zmniejszenie zależności uchodźców od personelu organizacji humanitarnych. Zgodnie z tym planem, wśród pracowników ma być więcej kobiet i w ogóle osób z zagranicy. Tylko że ONZ i inne organizacje niosące pomoc nie mogą obejść się bez znacznie tańszego personelu rekrutowanego na miejscu.
Zdaniem komentatorów, skandal był nieunikniony. Sierra Leone, Liberia i Gwinea to jeden z najbiedniejszych regionów świata. Dwa pierwsze kraje zostały spustoszone przez długoletnie konflikty zbrojne. W Sierra Leone zbrojne bandy Zjednoczonego Frontu Rewolucyjnego paliły całe wioski, mordowały i gwałciły. Dzieci przymusowo wcielano w szeregi. W Liberii wojna domowa niemal doszczętnie unicestwiła struktury państwowe. W ogniu wojny przestały się liczyć normy moralne. Rezultat tego koszmaru to 1,3 mln uchodźców w obozach, utrzymujących się przy życiu głównie dzięki pomocy międzynarodowej. Państwo nie sprawowało nad nimi właściwie żadnej kontroli. W tej sytuacji

musiało dojść do nadużyć,

zwłaszcza że społeczeństwa afrykańskie są patriarchalne – liczy tylko się mężczyzna i jego potrzeby. W Liberii czy Sierra Leone nie brak głosów, że skandal rozniecono sztucznie i może posłużyć za pretekst do zwolnienia wielu rodzimych pracowników agencji humanitarnych. Wydaje się, że zamożny świat zachodni zamiast zamykać oczy na problemy Czarnego Lądu – uznanego przez wielu za stracony kontynent – powinien wreszcie podjąć poważne działania, by złagodzić afrykańską nędzę. Nie wystarczy wysyłanie transportów z żywnością i lekarstwami – to tylko półśrodki mogące najwyżej uspokoić sumienie sponsorów. Potrzebny jest program integracji uchodźców ze społeczeństwem, by mogli wrócić do domu i sami zarabiać na utrzymanie. W przeciwnym razie w zatłoczonych obozach wciąż obowiązywać będzie prawo dżungli.

 

Wydanie: 10/2002

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy