Hamas na celowniku

Hamas na celowniku

Izrael likwiduje palestyńskich liderów. Nie można jednak negocjować z martwymi

Czy Jasir Arafat zostanie wygnany? A może zabity? Rząd izraelski podjął decyzję o „usunięciu” palestyńskiego przywódcy. Minister Avigdor Lieberman zażądał zbombardowania kwatery szefa Autonomii Palestyńskiej w Ramallah.
Szef służb specjalnych Szin Bet, Avi Dichter, publicznie wyraził opinię, że lepiej zabić szefa Autonomii, gdyż spowoduje to tylko krótkotrwałą erupcję przemocy, zaś na wygnaniu palestyński przywódca będzie mógł przez długi czas uprawiać wrogą agitację.
Rząd premiera Szarona zdecydował o „usunięciu” Arafata „metodami i w czasie, które sam wybierze”, po dwóch samobójczych zamachach w Jerozolimie przeprowadzonych 9 września, w których zginęło 15 ludzi. Arafat jednak pozostanie w Ramallah, przynajmniej przez pewien czas. Plany pozbycia się go wywołały

protesty na całym świecie –

od Pekinu po Londyn, Moskwę i Brukselę. Specjalny wysłannik ONZ na Bliski Wschód, Terje Roed-Larsen, nazwał 74-letniego Arafata prawowitym liderem Palestyńczyków, który bynajmniej nie stał się nieistotny, jak twierdzą władze izraelskie. Co najważniejsze, usunięciu przewodniczącego Autonomii Palestyńskiej sprzeciwiły się Stany Zjednoczone – jedyne państwo, z którego opinią premier Szaron naprawdę się liczy. Politycy w Waszyngtonie zdają sobie sprawę, że wygnanie, uwięzienie lub zgładzenie palestyńskiego lidera może spowodować rozpad Autonomii i przerażającą erupcję przemocy na Bliskim Wschodzie, niemalże zapowiadaną przez politologów wojnę cywilizacji, i to w czasie, gdy USA mają ogromne trudności z opanowaniem sytuacji w Iraku. Lewicowy izraelski dziennik „Haarec” napisał więc, że władze państwa żydowskiego przez własną głupotę doprowadziły do sytuacji, w której Arafat znów znalazł się centrum uwagi. A przecież rząd Szarona od początku usilnie dążył do odsunięcia lidera Palestyńczyków na boczny tor. „Haarec” przypuszcza, że Szaron świadomie rozpętał burzę, zapowiadając „usunięcie” Arafata, aby w ten sposób wzmocnić pozycję swego prawicowego rządu – stało się to jednak z ogromną szkodą dla państwa.
Na razie lider Palestyńczyków pozostaje więc bezpieczny w na wpół zburzonej, otoczonej przez izraelskie siły bezpieczeństwa siedzibie w Ramallah, której nie opuszcza od 20 miesięcy. Jeśli jednak ekstremiści palestyńscy dokonają kolejnego niszczycielskiego zamachu, w którym zginie 20 lub 30 Izraelczyków, rząd Szarona zapewne spełni swą zapowiedź. Nie obejdzie się przy tym bez przelewu krwi – wierni ochroniarze będą bronić przewodniczącego Autonomii Palestyńskiej do upadłego. Jeśli Arafat zginie, następstwa okażą się nieobliczalne.

Armia i służby specjalne

państwa żydowskiego od wielu miesięcy prowadzą natomiast polowanie na przywódców radykalnych organizacji palestyńskich, takich jak Hamas i Islamski Dżihad, zabijając ich lub biorąc do niewoli. Od początku drugiej intifady we wrześniu 2000 r. ofiarą takich „precyzyjnych zabójstw” padło około 150 Palestyńczyków.
W czerwcu br. organizacje palestyńskie ogłosiły jednostronny kruchy rozejm, aby ułatwić realizację popieranego przez USA planu pokojowego, zwanego „mapą drogową”. Zawieszenie broni z trudem przetrwało siedem tygodni. 19 sierpnia terrorysta samobójca zdetonował bombę w autobusie wiozącym ortodoksyjnych Żydów w Jerozolimie. Zginęło 20 osób, w tym sześcioro dzieci. Dwa dni później nastąpił izraelski odwet. Wystrzelone z helikoptera Apache rakiety zamieniły w stos płonącego złomu samochód Ismaila Abu Szanaba, „Inżyniera”, trzeciego w hierarchii Hamasu, ojca 11 dzieci. W ataku zginęli Szanab i dwóch ochroniarzy.
Gdy biały volkswagen Szanaba zatrzymał się przed jego domem w Gazie, w pojazd uderzył pierwszy pocisk. Jeden ze świadków, imieniem Talat al-Rajes, relacjonował: „Trzech ludzi usiłowało jeszcze uciec z auta. Zdążyli otworzyć drzwi, kiedy trafiły następne rakiety”. Ciała lidera Hamasu i jego towarzyszy dosłownie zmieniły się w popiół. Szanab uchodził za jednego z „gołębi” swej organizacji. Oficjalnie ugrupowanie głosi, że państwo palestyńskie może powstać tylko na gruzach Izraela. „Inżynier” uważał jednak inaczej. W wywiadzie dla „Jerusalem Post” powiedział: „Bądźmy szczerzy. Nie możemy zniszczyć Izraela. Praktycznym rozwiązaniem dla nas jest zbudowanie państwa obok Izraela. Jeśli stworzymy państwo palestyńskie, niepotrzebne staną się nasze milicje. Ustaną wszelkie przyczyny ataków. Wszystko zmieni się w cywilnym życiu”.
Rząd w Jerozolimie uznał jednak, że Szanab musi zginąć. A przecież Szaron nie mógł nie wiedzieć, że atak na umiarkowanego przywódcę Hamasu doprowadzi do zerwania rozejmu. Rzeczywiście, organizacje palestyńskie Hamas, Dżihad i Brygady Al Aksa (militarne skrzydło Fatahu Jasira Arafata) zapowiedziały wznowienie walki, w której popłyną rzeki krwi. Rząd Izraela postanowił

unicestwić wszystkich przywódców Hamasu.

Poprzez „precyzyjne zabójstwa” zlikwidowano ich w ostatnich pięciu tygodniach co najmniej 12.
Najczęściej dokonywano ataków z powietrza, niektórzy palestyńscy radykałowie padli ofiarą nocnych akcji armii izraelskiej. Hamas zabronił swoim aktywistom korzystania z samochodów i telefonów komórkowych. Miało to utrudnić izraelskie akcje (w telefonie komórkowym zawsze może eksplodować bomba, umieszczona tam przez izraelskich agentów). Te środki ostrożności niewiele pomogły. Czołowi liderzy Hamasu mają swe domy, każdy zna ich adres. Innych tropią izraelskie samoloty bezzałogowe, agenci Szin Bet, często przebrani za Arabów, oraz współpracujący z władzami okupacyjnymi Palestyńczycy. Ale próby „precyzyjnych zabójstw” często kończą się fiaskiem, giną w nich natomiast niewinni ludzie. 5 września myśliwiec F-16 zrzucił 227-kilogramową, kierowaną laserem bombę na dom w Gazie, w którym niewidomy i przykuty do wózka inwalidzkiego szejk Ahmed Jassin, duchowy przywódca Hamasu, odbywał naradę z dwoma innymi działaczami. Szejk został tylko lekko ranny. Premier Szaron stwierdził następnego dnia, że przywódcy Hamasu są naznaczeni śmiercią i będą bezlitośnie ścigani.
Nie udała się wszakże próba zgładzenia Mahmuda Zahara, lekarza i lidera Hamasu z Gazy. Nad jego piętrowym domem pojawił się automatyczny samolot rozpoznawczy. Kilkanaście minut później nadleciał myśliwiec F-16, który zrzucił celną bombę prosto na dach budynku. Zahar stał akurat w drzwiach, impet eksplozji wyrzucił go do ogrodu. W ataku zginęli syn Zahara i jego ochroniarz, a żona i córka przywódcy Hamasu zostały ranne.
Początkowo izraelscy wojskowi byli pewni, że taktyka precyzyjnego zabijania skutkuje. Przez kilkanaście dni nie dochodziło do zamachów. Ale była to radość przedwczesna. 9 września bomby terrorystów samobójców eksplodowały w Jerozolimie. Zamachu dokonali dwaj młodzi ludzie z wioski Ramsi, niemający kontaktu z władzami Hamasu w Strefie Gazy. Potwierdziło to opinię ekspertów, twierdzących, że mimo likwidowania przywódców terror będzie trwał. Hamas jest organizacją zdecentralizowaną – terroryści nie dostają rozkazów od szejka Jassina, lecz działają na własną rękę. Sprzęt zamachowca samobójcy – pas i materiał wybuchowy – kosztuje tylko kilkadziesiąt dolarów, a celów nie brakuje. Ami Ajalon, który w latach 90. walczył z palestyńskimi ekstremistami jako szef służb specjalnych Szin Bet, uważa, że pod względem militarnym nie można wygrać wojny z Hamasem: „Hamas nie jest bowiem organizacją, lecz ruchem ideologicznym, wypływającym z aspiracji wielu Palestyńczyków, którzy stracili nadzieję na proces negocjacyjny, a więc próbują pozbyć się okupantów i znaleźć lepsze życie”.
Magnus Ranstorp, ekspert od spraw bliskowschodniego terroryzmu ze szkockiego St. Andrews University, zwraca uwagę, że Hamas czerpie korzyści z niezwykłej asymetryczności konfliktu, w którym obie strony żyją niejako w równoległych światach: „Dla Izraela pokój oznacza bezpieczeństwo, dla Palestyńczyków – sprawiedliwość. Kiedy władze palestyńskie są zmuszane do służenia interesom bezpieczeństwa Izraela (lecz w zamian nie są wynagradzane państwowością), Hamas zbija na tym kapitał”.
Unia Europejska po ostatnich samobójczych zamachach uznała Hamas za organizację terrorystyczną. Sprawa nie jest jednak taka prosta. Ugrupowanie to ma skrzydło militarne, jest wszakże również organizacją prowadzącą kliniki, meczety, szkoły i uczelnie. Łagodzi trudności życia codziennego Palestyńczyków gnębionych przez władze okupacyjne, trudności, z którymi nie potrafią sobie poradzić nieudolne i skorumpowane władze Autonomii. Hamas cieszy się poparciem 20-30% ludności palestyńskiej. Trudno wyjąć spod prawa tak masową organizację.
Brytyjski dziennik „The Guardian” zwraca uwagę na inny aspekt problemu – Izrael likwiduje przywódców Hamasu, nawet umiarkowanego Szanaba, nie można jednak negocjować z martwymi. Wielka Brytania miała wcześniej podobny problem – terroryzm w Irlandii Północnej. Brytyjskie siły bezpieczeństwa mogły zlikwidować całe kierownictwo Irlandzkiej Armii Republikańskiej w przeciągu jednego popołudnia. Jednak Martin McGuinness, lider IRA, przez 30 lat żył sobie spokojnie w Derry na odległość strzału od brytyjskich koszar. Rząd w Londynie wiedział, że zgładzenie McGuinnessa nie rozwiąże problemów politycznych Ulsteru, że potrzebne są rokowania. Za pośrednictwem służb specjalnych MI6 prowadzono więc potajemnie rozmowy z IRA, których nie przerwano, nawet gdy Republikanie próbowali wysadzić w powietrze cały rząd Zjednoczonego Królestwa. Wysiłki te zakończyły się sukcesem. W Wielki Piątek 1998 r. zawarto z IRA porozumienie. Do Irlandii Północnej wrócił spokój. Starzejący się wojownik

Szaron nie ma żadnych wizji na przyszłość,

stawia tylko na przemoc, powtarza swe działania z lat 70., kiedy w stylu kolonialnym pacyfikował Gazę. Krew będzie lała się nadal, czy to na palestyńskich ulicach, czy w autobusach w Jerozolimie, dopóki obie strony nie zrozumieją, że nie ma militarnego rozwiązania konfliktu – pisze „The Guardian”.


Bomba demograficzna
Izrael pilnie potrzebuje politycznego rozwiązania konfliktu, które powinno obejmować ustanowienie państwa palestyńskiego i odseparowanie się od niego. Dynamikę sporu na Bliskim Wschodzie zmieni bowiem demografia, która zagrozi narodowemu charakterowi państwa żydowskiego. W 2020 roku na terenie historycznej Palestyny między Jordanem a Morzem Śródziemnym, obejmującym Izrael i terytoria okupowane, będzie żyć 6,6 milionów Żydów i 8 milionów Arabów. W samym Izraelu ludność żydowska będzie stanowić tylko 64% (obecnie – 81%). „Dobrze, niech Izrael sprowadza nowych osadników, niech wszystkim rządzi. Za 20 lat i tak wygramy walkowerem. Obowiązywać będzie zasada: jeden człowiek, jeden głos. Tak jak w Ameryce”, cieszy się już palestyński analityk polityczny, Ali Dżirbawi.

 

Wydanie: 39/2003

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy