Śmieciówki w czasach zarazy

Śmieciówki w czasach zarazy

Najbardziej poobijani po epidemii koronawirusa będą ludzie zatrudnieni na śmieciówkach. W gastronomii, transporcie, turystyce, rozrywce, kulturze

On – wzięty lektor języków obcych i w nieco ograniczonym zakresie wykładowca akademicki. Ona – dziennikarka pisząca do ogólnopolskich tytułów. Obydwoje na śmieciówkach i tzw. samozatrudnieniu. Ośmioletni syn, kredyt na mieszkanie, kredyt na samochód. Początek epidemii koronawirusa w Polsce, on idzie do firmy, gdzie uczy języka angielskiego, nie zostaje wpuszczony. Nie każdy menedżer, którego uczy, jest w stanie przejść na edukację online. Zostaje garstka uczniów i jedne zajęcia tygodniowo na uczelni. Oczywiście też online. Ona na razie ma zamówienia, wszyscy chcą tekstów o koronawirusie, w różnych mutacjach: edukacja, rynek pracy, gospodarka. Jeszcze trochę zarobi i ma nadzieję, że otrzyma przelew w terminie, bo bank jakoś nie wziął pod uwagę kryzysu i nęka nieprzyjemnymi SMS-ami i mejlami na temat nieudanej próby ściągnięcia kredytu mieszkaniowego, mimo zapewnień prezesów i rządzących, że tak nie będzie. Z działem rozwiązań polubownych nie sposób się skontaktować. Spłacają raty od 16 lat, zostały im cztery. Nie chcą myśleć, się co stanie, gdy kryzys przedłuży się do np. pół roku.

Mają kontakty z tzw. branżą kreatywną: tłumaczami, organizatorami imprez, oświetleniowcami, ludźmi od nagłośnienia, cateringu – wszyscy na śmieciówkach, obecnie bez dochodów. Ich przyjaciółka z Ukrainy wynajmuje pokój w Warszawie, pracuje w kawiarni. Połowa jej skromnych zarobków idzie na opłaty. Pieniądze ma odłożone na jeden czynsz, błaga właścicielkę o obniżkę kwoty wynajmu.

Ich przyjaciel z kolei pracuje dla TVP jako operator kamery. Większość ludzi w tej instytucji jest na śmieciówkach. Albo zatrudnieni u kogoś; niby pracują w TVP, a nie pracują. Około połowy programów na żywo spadło, sportu nie ma w ogóle. Zostały tylko programy informacyjne i tzw. poranki przez Skype’a. Pracownicy mają codziennie mierzoną temperaturę. Gdy jest 37 kresek, ci na śmieciówkach maszerują na dwutygodniową kwarantannę, ci na umowach o pracę mają home office. Spadek zarobków o 1000 zł i więcej, z tyłu głowy duże kredyty mieszkaniowe.

„Uelastycznienie” bez bufora

Ich znajoma stojąca na czele wspólnoty mieszkaniowej odbiera rozpaczliwy telefon od właściciela restauracji na parterze. Człowiek błaga o obniżenie czynszu, od dwóch tygodni ani jednego klienta, w lokalu sam personel. Rada wspólnoty postanawia pomóc. Wynajmują jeszcze jeden lokal, następnego dnia kolejny telefon. Tak, obniżą, tak, rozumieją. Sama wspólnota żyje jednak głównie z wynajmu. Takich historii są tysiące.

Aktorka z teatru w niewielkim mieście błagająca na Fejsie: przyjmę jakąkolwiek pracę. Ale też żebrzący o pomoc celebryci, którzy za jeden odcinek serialu zarabiają 5 tys. zł. Żebrze nawet znana piosenkarka, która za koncert dla banku kasuje 100 tys. zł. Przyjaciółka z Ukrainy nie żebrze, choć nie zarabia nawet 2 tys. zł.

Z danych GUS wynika, że pod koniec 2018 r. na umowach cywilnoprawnych było zatrudnionych 1,3 mln osób. Drugie tyle na samozatrudnieniu. W sumie armia ludzi, 2,6 mln osób. Ta grupa obecnie nie ma zleceń. Trzeba też wziąć pod uwagę inną niemałą grupę – bez ubezpieczenia zdrowotnego. 4,7 mln Polaków jest poza systemem, z czego połowa to emigranci ubezpieczeni w krajach, w których przebywają. Czyli mamy ok. 2-2,5 mln nieubezpieczonych plus 500 tys. obcokrajowców, najwięcej Ukraińców. Dobrze chociaż, że 3 marca rząd zapewnił, że pacjenci z koronawirusem będą leczeni ze środków publicznych.

Wysyp samozatrudnienia i zatrudnienia na śmieciówkach przypadł na lata 2013-2014. „Uelastycznialiśmy” rynek pracy. Jest fajnie, pracownik bez urlopu, łatwo go zwolnić, bez odprawy. Idzie w świat bez zabezpieczenia od bezrobocia, bez bufora w wersji duńskiej – tam również „uelastyczniono”, ale z głową. Duński system flexicurity (połączenie słów flexibility – elastyczność i security – bezpieczeństwo) cechuje właśnie elastyczność. Pracodawcy mogą szybko zatrudniać i zwalniać pracowników, gdyż pozwala na to prawo, ochrona etatów jest słaba. Ale pracownicy są bezpieczni, zasiłki krótko- i długoterminowe należą do najwyższych wśród państw OECD. To przykład pogodzenia podejścia liberalnego i socjalnego. Firmom łatwiej utrzymać się na rynku, bo mogą się pozbyć pracowników w danym momencie niepotrzebnych lub nieefektywnych. Jednocześnie to państwo pokrywa koszty ich bezpieczeństwa socjalnego, wykształcenia, szkoleń itp. Z kolei sami pracownicy łatwiej przechodzą z branż, gdzie są zbędni, do branż, gdzie są potrzebni. W Polsce brzmi to jak science fiction. Na byle jakich, nieoskładkowanych umowach o dzieło funkcjonują prace sezonowe, ale także całe branże, np. pracownicy ochrony. Jak pokazuje model duński, elastyczność może służyć i zleceniodawcy, i zleceniobiorcy, ale w razie kryzysu muszą być narzędzia wspomagające tę armię ludzi. Tymczasem w dobie koronawirusa polscy śmieciówkowicze zostali sami. Bo wcześniej nikt nie pomyślał, co się z nimi stanie w razie kryzysu. To, co zaoferowało państwo w pakiecie „Tarcza antykryzysowa”, nie napawa optymizmem: osoby na umowach cywilnoprawnych i te na samozatrudnieniu mogą liczyć na wypłatę do 80% minimalnego wynagrodzenia. Oznacza to jednorazowy zastrzyk do 2080 zł.

Rozwiązania

Jan Rutkowski z Instytutu Badań Strukturalnych, w latach 1994-2016 pracownik Banku Światowego, podkreśla, że nie sama forma umów cywilnoprawnych jest problemem, ale ich nadużywanie. – W obecnej sytuacji potrzebna jest specjalna regulacja prawna. Trzeba zadziałać szybko i elastycznie, bo osobom na umowach cywilnoprawnych rzeczywiście trzeba pomóc. Sądzę, że najprościej byłoby rozciągnąć te same zasady i zastosować te same kryteria, które obowiązują w przypadku umowy o pracę odnośnie do zasiłku dla bezrobotnych. Nie mógłby skorzystać z takiego zasiłku ktoś, kto pracował krótko, np. trzy miesiące przy projekcie europejskim albo roznosząc przez trzy tygodnie ulotki.

Marcin Budzewski z Instytutu Analiz Rynku Pracy zastanawia się jednak, co by było, gdyby nagle wszyscy zatrudnieni na umowach cywilnoprawnych stali się krótkotrwale bezrobotni. Jak ich zarejestrować? W urzędzie pracy można to co prawda zrobić za pośrednictwem serwisu praca.gov.pl, ale z takiej opcji mogą skorzystać tylko osoby posiadające bezpieczny podpis elektroniczny albo profil zaufany ePUAP. – To trudna sytuacja, na którą trzeba patrzeć z perspektywy pracodawcy i pracownika. Pracownicy biur podróży, barów, restauracji, transportu, ochrony – wszyscy są na śmieciówkach. Pracodawca przestaje świadczyć usługi, oni przestają zarabiać. Jeśli zwolni ich w nieetyczny sposób, za miesiąc czy dwa może się okazać, że nie ma kto dla niego pracować. A jeśli pracownik nadal będzie chciał otrzymywać świadczenia na dotychczasowym poziomie, doprowadzi do likwidacji bądź zawieszenia działalności. Dobrym wyjściem byłoby płacenie postojowego, pół na pół z państwem. Teraz rząd firmom w kłopotach zaproponował obcięcie pensji pracowników o 20% i dopłaty na poziomie 40% wynagrodzenia, a także pożyczkę w wysokości 5 tys. – bezzwrotną, jeśli nie zwolnią pracowników. Należy więc przekonywać pracodawców, żeby nie zwalniali, a pracowników, żeby nie starali się wyciągnąć z firmy wszystkich pieniędzy, bo ta upadnie.

Obietnice już były

Czy obecna sytuacja coś zmieni na stałe? Wątpliwe, jako społeczeństwo szybko zapomnimy, przez co ludzie na śmieciówkach musieli przejść. Były już niezrealizowane obietnice, że wszystkie umowy zostaną oskładkowane. Pracodawcy, którzy wcześniej chcieli jedynie uwalniać rynek od ręki państwa, teraz sami do państwa wyciągają rękę. Lobbowali ostro i głośno, otrzymali największe wsparcie, choć w czasach zarazy i tak wydaje się ono niewystarczające. Ludzie na śmieciówkach, zarabiający 2 tys. zł miesięcznie, dostali za dużo, by umrzeć, ale za mało, by żyć.

– Umowy cywilnoprawne nie są problemem głównie dla tych, którzy nie są na nich zatrudnieni – mówi dr Łukasz Polowczyk, etyk, filozof. – Co wspaniałego jest w tym, że nie można mieć nigdy urlopu, bo kiedy się nie pracuje, to się nie zarabia? Co, kiedy kończą się zamówienia i odbiera się mejle od windykatorów, a z powodu braku ubezpieczenia zdrowotnego drży się na myśl o byle chorobie? Koronawirus nie jest wielkim wyrównywaczem – ten nowy celebryta różne klasy społeczne traktuje odmiennie. Ludzie z etatami dostaną swoje pensje, mogą też wziąć urlop zdrowotny. Najbogatsi, jeśli tylko chcą, mogą zgromadzić ogromne zapasy, wykupić najnowsze leki, także eksperymentalne, i pochować się w swoich „zamkach”, natomiast żyjący w niepewności jutra prekariusze na śmieciówkach nie mają żadnego z tych luksusów. Zredukowani do obywateli drugiej kategorii, nawet z dyplomem najlepszej uczelni, z dnia na dzień mogą być zrujnowani lub zasilić rosnącą rzeszę bezdomnych.

Fot. Anna Gołaszewska/East News

Wydanie: 13/2020

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy