Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

MSZ dumnie poinformowało, że Henryk Litwin został z dniem 31 maja ambasadorem RP na Ukrainie. Piszemy słowo „dumnie” z pewnym przekąsem, bo, po pierwsze, do tej pory nie anonsowano zagranicznych wyjazdów komunikatami prasowymi. A po drugie, byli w MSZ ludzie, którzy nie wierzyli, że Litwin wyjedzie do Kijowa przed jesienią.
Jednak wyjechał, w ostatniej chwili, więc w czasie prezydencji będziemy mieli w Kijowie pełnego ambasadora. Dobre i to.
Przez ostatni rok, od 7 maja 2010 r., Litwin był podsekretarzem stanu w MSZ. Ściągnięto go do kraju z Mińska, gdzie był ambasadorem, żeby przejął obowiązki po Andrzeju Kremerze, który zginął w katastrofie smoleńskiej. Początkowo zresztą sprawy wschodnie nadzorowała Grażyna Bernatowicz, ale rychło wszystko się spełniło zgodnie z zapowiedziami.
I teraz pojawił się kłopot. Otóż są dwa powody, dla których zostaje się w MSZ wiceministrem. Pierwszy to powód klasyczny – ktoś nim zostaje, by nadzorować ważne obszary i zadania, by kształtować politykę zagraniczną. Taki wiceminister pracuje na swym stanowisku kilka lat i odciska na ministerstwie swoje piętno. Przykłady podobnych karier można mnożyć. Inny powód to kwestie związane z, nazwijmy to, etykietą. Otóż są kraje, do których nie wypada wysyłać na ambasadora osoby ze skromnym CV, gdzie zwraca się uwagę, czy ambasadorem jest były minister, czy przynajmniej wiceminister. Wielokrotnie więc to się zdarzało – człowiek na parę miesięcy przed wyjazdem zostawał podsekretarzem stanu i tak wzmocniony wyjeżdżał na placówkę.
I teraz proszę odpowiedzieć – do której kategorii powinniśmy zaliczyć Henryka Litwina?
Do drugiej? Raczej nie. Na potwierdzenie tej opinii niech wystarczy, że ambasadora do Kijowa szukano dość długo i różne kandydatury były w grze. Więc do pierwszej? A jeżeli tak, to dlaczego de facto po paru miesiącach przeniesiono go w ambasadory? Nie sprawdził się jako wiceminister?
A może po prostu zadziałał tu inny mechanizm? Nikogo dobrego nie mieliśmy, kogo moglibyśmy wysłać do Kijowa. Padło więc na Litwina. A że fatalnie to świadczy o podstawowym planowaniu pracy w MSZ? No cóż… Tak właśnie tu jest…
Ten chaos potwierdzają wizytówki wiceministrów, które opisują ich kompetencje i zakres odpowiedzialności. A w MSZ – warto to zapamiętać – pracuje ich siedmiu!
Tak więc sprawami europejskimi zajmują się i minister Mikołaj Dowgielewicz, i minister Grażyna Bernatowicz. Niby wiadomo, że w pierwszym przypadku chodzi o Unię, a w drugim o sprawy bilateralne. Ale czy mimo wszystko jest sens rozdzielać to na dwóch wiceministrów? To zresztą małe piwo w porównaniu z sytuacją Jana Borkowskiego i Beaty Stelmach. Borkowski odpowiada za kontakty z parlamentem, za sprawy Polonii oraz informacji i kultury. A Beata Stelmach jest od spraw „globalnej polityki ekonomicznej, promocji i kultury”. Już parę osób w MSZ się założyło, że ta „kultura” wpisana została i Borkowskiemu, i pani Stelmach z rozpędu, bo i tak nikt na to nie zwraca uwagi… Może i tak jest?
Szkoda jedynie, że sprawami kultury w MSZ zajmuje się dwoje wiceministrów, za to żaden – sprawami stosunków z USA, sprawami Azji, Afryki. A teraz, po wyjeździe Litwina, dochodzą do tego sprawy wschodnie i konsularne.
To chyba zresztą widać.
Attaché

Wydanie: 23/2011

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy