Sny o łupkowej potędze

Sny o łupkowej potędze

Jeszcze długo nie zdołamy ustalić, ile naprawdę mamy gazu łupkowego. Wiadomo jednak, że jego wydobycie będzie trudniejsze i droższe, niż przypuszczaliśmy

Zaczęło się we wsi Łebień pod Lęborkiem. Tam właśnie z odwiertu dokonanego przez firmę związaną z amerykańskim koncernem Conoco popłynął stałym strumieniem pierwszy polski gaz łupkowy. Najpierw powoli, jak żółw ociężale – ale z czasem zaczęło go przybywać. To na razie najobfitsze, wciąż jednak poddawane testom produkcyjnym i słabo zbadane, źródło gazu łupkowego w Polsce. Jak ostatnio obliczono, dzienne wydobycie wynosi teraz od 16 do 22 tys. m sześc.
Do amerykańskich złóż trochę brakuje – w USA dzienne wydobycie gazu łupkowego z jednego odwiertu wynosiło w pierwszych miesiącach eksploatacji od 19 do 41 tys. m sześc., osiągając docelowo poziom od 32 do 72 tys. m sześc. W Australii zaś jeszcze więcej – od 70 do 74 tys. m sześc. Firma wiercąca w okolicach Łebienia (trwają właśnie prace przy piątym już otworze) oświadczyła jednak: „Na tym etapie jesteśmy zadowoleni, bo uzyskujemy wyniki o wiele lepsze niż w 2011 r. Zamierzamy nadal monitorować badania”.
Dziesięć razy mniej

To pierwsza w miarę optymistyczna informacja z łupkowego frontu. Ubiegły rok przyniósł bowiem parę dotkliwych ciosów wymierzonych w gazowe marzenia Polaków.
Najboleśniejszym była ekspertyza Państwowego Instytut Geologicznego, który w marcu 2012 r. przedstawił ocenę wielkości zasobów tego surowca, precyzyjniejszą niż wcześniejsze szacunki. Okazało się, że różnica jest prawie dziesięciokrotna – wstępne, nadzwyczaj optymistyczne oceny agencji informacyjnej Departamentu Energii USA (EIA) z 2010 r. zapowiadały 5,3 bln m sześc. gazu łupkowego w Polsce. Ekspertyza PIG mówi o zasobach wynoszących najprawdopodobniej od ok. 350 do 770 mld m sześc. – choć w wersji najbardziej optymistycznej, acz mało realnej, maksymalne zasoby gazu łupkowego mogą sięgnąć nawet 1,9 bln m sześc.
W rezultacie były premier, senator Włodzimierz Cimoszewicz, oświadczył, powołując się na geologa prof. Krzysztofa Szamałka, że wszelkie informacje na temat ilości gazu w polskich łupkach są oparte na jednym badaniu sprzed kilkudziesięciu lat, w którym mógł zostać popełniony prosty błąd – źle postawiono przecinek, co sprawiło, że wszystkie dane zostały dziesięciokrotnie zawyżone.
– Rozmawiałem z senatorem Cimoszewiczem o różnicy między szacunkami. W tym sensie mamy do czynienia ze wspomnianym przez niego później „błędem w postawieniu przecinka”, że w Polsce chodzi o zasoby gazu łupkowego mniejsze o jeden rząd wielkości, czyli mniej więcej właśnie dziesięciokrotnie – wyjaśnia prof. Szamałek, pracownik naukowy Wydziału Geologii Uniwersytetu Warszawskiego, zastępca przewodniczącego Komitetu Zrównoważonej Gospodarki Surowcami Mineralnymi Polskiej Akademii Nauk.
Wcześniejsze, zawyżone szacunki EIA zostały oparte wyłącznie na polskich danych pochodzących z badań ok. 30 otworów wywierconych w trakcie poszukiwań ropy i gazu w latach 60. i 70. Analizy próbek rdzenia z górotworu wykazały tam od 0,1 do prawie 6% TOC (łącznej zawartości węgla). To ważny wskaźnik pokazujący potencjał występowania metanu. W warunkach amerykańskich złóż gazu łupkowego TOC na poziomie 4% i więcej oznaczać może zasoby nadające się do eksploatacji. W wierceniach wykonywanych w Polsce w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat wskaźnik ten wynosił od 0,8% do 2,4%. Tylko w przypadku dwóch dawniejszych odwiertów osiągnięto niemal 6%. Na razie graniczna wartość 4% nie została osiągnięta w żadnym odwiercie wykonywanym ostatnio w ramach koncesji poszukiwawczych.
– Wskaźnik TOC w polskich próbkach wynosił średnio 0,6%. Tymczasem szacunki agencji EIA mówiły o zawartości TOC od 4% do 6%. Nie wiadomo, z jakiego powodu strona amerykańska wzięła pod uwagę najwyższe wielkości stwierdzone w naszych próbkach. Pomnożono je przez powierzchnię obszaru występowania łupków sylurskich w Polsce oraz przez miąższość, także ustalaną według najbardziej obiecujących, najgrubszych pokładów – i wyszło 5,3 bln m sześc. – twierdzi prof. Szamałek.
Natomiast PIG, sporządzając ekspertyzę, wykluczył tereny nienadające się do eksploatacji (np. pod obszarami zabudowanymi czy chronionymi) oraz uwzględnił średnie, a nie najkorzystniejsze wskaźniki TOC i miąższości pokładów. Korzystano też z wyników pierwszych kilkunastu odwiertów, wykonanych podczas poszukiwań gazu łupkowego w latach 2010-2011. Wszystko to sprawiło, że korekta w dół okazała się miażdżąca – choć i te wyniki są tylko wstępnymi szacunkami, które będzie można uściślić po zbadaniu próbek z ok. 100 odwiertów, czyli prawdopodobnie najwcześniej za pięć-sześć lat. Z kolejnym przybliżeniem, jeszcze bardziej precyzyjnym, będziemy zaś mieć do czynienia dopiero po 300 odwiertach.

Polityka dobrze widziana

Ekspertyza Państwowego Instytutu Geologicznego oznacza, że z pozycji przyszłego łupkowego lidera Europy spadliśmy do grona średniaków. Pod względem przewidywanych zasobów wyprzedzają nas: Francja (5 bln m sześc.), Norwegia (2,1 bln m sześc.), Ukraina (1,2 bln m sześc.), Holandia (1,17 bln m sześc.) i Szwecja (1,15 bln m sześc.), o takich potentatach z innych kontynentów jak Chiny (36 bln m sześc.), USA (24 bln m sześc.), Argentyna (22 bln m sześc.) czy Australia (11 bln m sześc.) nie mówiąc. W sumie nie ma to większego znaczenia, bo liczy się to, ile dany kraj zdoła takiego gazu wydobyć – a poza USA jeszcze nikt na dobre nie zaczął eksploatacji.
– Dziś możemy mówić wyłącznie o tym, że istnieją przesłanki występowania gazu łupkowego w Polsce. O tym, czy będą możliwości wydobycia go, przekonamy się w przyszłości. Do tego, by dobrze rozpoznać strukturę złóż, trzeba bowiem ponad 1000, a nie 300 otworów – podkreśla prof. Szamałek. Opinia Komitetu Zrównoważonej Gospodarki Surowcami Mineralnymi PAN stwierdza zaś jasno: „Oczekiwania dużych korzyści z eksploatacji złóż gazu łupkowego są na razie bezpodstawne i przedwczesne”.
Amerykański koncern Exxon, biorąc pod uwagę te oceny oraz słabe wyniki z dwóch pierwszych wykonanych odwiertów, zrezygnował z dalszych poszukiwań gazu łupkowego w Polsce. Pewien wpływ na to miało również podpisanie przez Amerykanów umowy o wspólnej eksploatacji ropy i gazu na Syberii oraz w Kanadzie i USA z rosyjskim gigantem Rosnieft. Poszukiwania prowadzone przez Exxon w naszym kraju były przecież konkurencyjne wobec przedsięwzięć podjętych z Rosnieftem. Niewykluczone, że nie będzie to jedyna duża firma zachodnia, która wycofa się z wierceń w Polsce, zakłócając w ten sposób nasze sny o łupkowej potędze.
Dwa z sześciu obszarów poszukiwań należących do amerykańskiego koncernu odkupi Orlen, powiększając swój stan posiadania do 10 koncesji. Ten zakup, tak jak sprzedaż przez Exxon, jest motywowany względami pozabiznesowymi. Rząd traktuje bowiem wydobycie gazu łupkowego nie tylko jako sposób zwiększenia niezależności energetycznej kraju, lecz także jako narzędzie prowadzenia polityki dobrze widzianej przez obywateli, mogącej zapewnić kolejny sukces wyborczy. W sondażu TNS OBOB z czerwca 2011 r. ogromna większość pytanych uznała, że państwo powinno sprawować kontrolę nad złożami gazu łupkowego (85% respondentów) i inwestować w jego wydobycie (82%). Podobne wyniki przynoszą inne sondaże. Trudno oczywiście się spodziewać odmiennych odpowiedzi.
Aby zapewnić tę kontrolę i inwestowanie, rząd planuje powołać państwową spółkę Narodowy Operator Kopalin Energetycznych, która miałaby udziały we wszystkich koncesjach na wydobycie gazu łupkowego. Zainwestują w nią firmy z udziałem skarbu państwa – PGNiG, Orlen, KGHM i Lotos, łącznie przeznaczając na działalność NOKE ponad 5 mld zł.
W założeniu przedsiębiorstwo to ma przypominać norweski koncern państwowy Statoil, z tym, że w Polsce jego utworzenie będzie trudniejsze niż w Norwegii, bo u nas obowiązują unijne ograniczenia w dostępie do pomocy publicznej.

Propaganda gazowego sukcesu

Rząd ogłosił już, że „wydobycie gazu łupkowego stanie się najważniejszym od dziesięcioleci impulsem pobudzenia gospodarczego”. Premier Tusk uznał zaś gaz łupkowy za „nasze narodowe źródło energii” oraz za „otwarcie nowej epoki energetycznej” – i zapowiedział budowę trzech jego kopalń do 2016 r. Stwierdził też: – Moje pokolenie dożyje tego, że będziemy samodzielni, jeśli chodzi o gaz, i to my będziemy mogli dyktować warunki. Pokolenie premiera – może tak, ale już jego wnuków – na pewno nie. Piotr Woźniak, wiceminister środowiska i główny geolog kraju, twierdzi, że krajowy gaz łupkowy i konwencjonalny całkowicie zaspokoi zapotrzebowanie Polski na 35-60 lat. To niemało, ale trudno uznać, że mamy samonapełniający się róg obfitości. Nawet przy maksymalnym wykorzystaniu tutejszych złóż nasi potomkowie mogą stanąć w obliczu braków gazu.
Na razie realne tempo prac poszukiwawczych jest u nas niewielkie. W ciągu prawie sześciu lat udzielono ponad 120 koncesji na poszukiwanie gazu. Wywiercono 40 otworów, a w trzech prace są na tyle zaawansowane, że rozpoczęto już próbne szczelinowanie. Najaktywniej działają polskie firmy z dużymi udziałami skarbu państwa, które muszą realizować politykę pokazywania obywatelom, jak sprawnie rząd Donalda Tuska zabiega o niezależność gazową Polski. – Będę wymagał od spółek skarbu państwa przeprowadzenia jak największej liczby odwiertów – zapowiedział minister skarbu Mikołaj Budzanowski. O determinacji ministra skarbu świadczy to, że podczas debaty w TVP Info napił się płynu używanego do szczelinowania hydraulicznego – choć obecni podczas debaty ekolodzy słusznie zauważyli, że nikt oprócz ministra nie wie, co naprawdę wypił.
– Dziwią mnie działania na pokaz prowadzone w tej sprawie. Ja to określam ironicznie jako polski łupek – podsumował łupkowy entuzjazm Leszek Balcerowicz.
Fakty nie dotrzymują kroku propagandzie łupkowego sukcesu. Ponad jedna trzecia firm mających koncesje nie wykonała jeszcze żadnych odwiertów. Część być może dlatego, że jest kontrolowana przez Gazprom, który nie ma interesu w rozwijaniu eksploatacji gazu łupkowego w Polsce. Jednak zagraniczni posiadacze koncesji nie śpieszą się z inwestowaniem w wiercenia przede wszystkim z powodu braku informacji o tym, jak będzie opodatkowana eksploatacja gazu łupkowego.
Według oceny Biura Bezpieczeństwa Narodowego, ustawowe uregulowanie eksploatacji będzie jednym z najważniejszych zadań państwa polskiego w bieżącym roku. Prace nad projektem tego aktu prawnego jeszcze trwają. Proponowana przez rząd wysokość opłat, znacznie przewyższająca stawki za wydobycie innych kopalin, jest już krytykowana przez reprezentantów zachodnich firm poszukiwawczych.
Obecna opłata eksploatacyjna na rzecz państwa za wydobycie 1000 m sześc. gazu ziemnego wynosi 5,89 zł (w przypadku gazu wysokometanowego) i 4,90 zł. To więcej niż np. za tonę (mniej więcej odpowiednik 1000 m sześc.) węgla kamiennego – 2,13 zł, brunatnego – 1,66 zł czy rudy miedzi – 3,10 gr. Te opłaty nie są jedynymi obciążeniami przedsiębiorstw wydobywczych. Firmy muszą też płacić podatki lokalne, podatki od nieruchomości, opłaty za dzierżawę gruntów, za korzystanie z wody, odprowadzanie ścieków, emitowanie pyłów, no i podatek dochodowy.
Wiadomo już, że opłata eksploatacyjna za wydobycie gazu łupkowego zostanie podniesiona przeszło czterokrotnie, do 24 i 20 zł za 1000 m sześc. Projekt „ustawy łupkowej” zakłada także, niezbyt konkretnie, że podatek od zysków z wydobycia wyniesie generalnie 40%, a jeśli byłby jednak wyższy, to ma być w jakiś sposób rekompensowany firmom wydobywczym.
Zagranicznym poszukiwaczom gazu nie podoba się również pomysł – korzystny dla naszego kraju, lecz umniejszający ich przyszłe dochody – powołania NOKE. Wielkość udziałów NOKE w konsorcjach wydobywczych określana ma być za każdym razem przez ministra środowiska w ogłoszeniu o przetargu na koncesję. Trudno więc mówić o niezmiennych i równych dla wszystkich warunkach prowadzenia eksploatacji gazu łupkowego, co może odstręczać inwestorów zagranicznych.
– Obligatoryjny udział NOKE pogorszy rentowność projektów poszukiwawczych i wydobywczych oraz obniży atrakcyjność inwestowania w polskie złoża w porównaniu z innymi regionami świata – mówi Marcin Zięba, dyrektor Organizacji Polskiego Przemysłu Poszukiwawczo-Wydobywczego.
Poszukiwacze gazu nie mają jednak na co narzekać. Wszelkie obciążenia i świadczenia na rzecz budżetu naszego państwa i tak będą mniejsze niż przy wydobyciu ropy i gazu w takich krajach jak Dania, Norwegia czy Wielka Brytania. Niedobrze tylko, że ciągle nie wiadomo, kiedy ustawa zostanie przyjęta przez parlament.
Na pewno natomiast konieczne jest zadbanie o rzetelne przydzielanie koncesji. Od 2012 r. koncesje są przyznawane w wyniku przetargów, co teoretycznie zwiększa gwarancje uczciwych decyzji. Przetargów zażądała Komisja Europejska, domagając się równych szans dla wszystkich podmiotów. Wcześniej najatrakcyjniejsze koncesje zostały rozdzielone przez Ministerstwo Środowiska, teoretycznie wedle zasady kto pierwszy, ten lepszy, a w praktyce po uważaniu. W związku z prokuratorskimi zarzutami przyjmowania korzyści majątkowych w trakcie wydawania koncesji zatrzymano na razie siedem osób, w tym dyrektorkę Departamentu Geologii i Koncesji Geologicznych Ministerstwa Środowiska.
Dzięki wcześniejszemu systemowi stosowanemu przez resort środowiska koncesje mogła otrzymać np. rodzina Podniesińskich, która z wielkim zyskiem odsprzedała je włoskiemu koncernowi paliwowemu ENI. Ciekawe, czym Podniesińscy przekonali do siebie byłego głównego geologa kraju Henryka Jezierskiego i byłego ministra środowiska Macieja Nowickiego.
Pamiętajmy o tym, co mamy

Cena samej koncesji, wynosząca zależnie od obszaru objętego przyszłymi wierceniami od ok. 100 tys. do 1 mln zł, to tylko kropla w morzu wydatków związanych z eksploatacją polskiego gazu łupkowego. Koszt stworzenia łupkowej bazy energetycznej w naszym kraju to kilkadziesiąt miliardów złotych. Budowa samych gazociągów do transportu gazu łupkowego pochłonie ponad 8 mld zł.
Dotychczasowe doświadczenia potwierdzają to, co wcześniej zakładano – że budowa geologiczna łupków w Polsce jest inna niż w Ameryce, złoża są mniej obfite i nastręczają większych trudności w eksploatacji. Koszt jednego odwiertu łupkowego w USA i Kanadzie wynosił średnio ok. 6 mln dol., w Polsce – ok. 10 mln dol., z tym, że gdy wierceń będzie więcej, powinien spaść do ok. 8 mln dol.
Nasze wydobycie gazu łupkowego będzie także droższe niż eksploatacja rodzimego gazu konwencjonalnego. Obecnie koszt wydobycia 1000 m sześc. krajowego gazu sięga 100 dol. Koszt wydobycia 1000 m sześc. gazu z łupków, jeśli będzie ono prowadzone na szeroką skalę, powinien się ustabilizować na poziomie 300 dol. Dużo drożej – ale skoro za gaz rosyjski Polska płaciła niedawno ok. 550 dol. za 1000 m sześc., to gra jest warta świeczki. Dlatego minister skarbu zapewnia: – Wydobycie gazu łupkowego na skalę przemysłową przyczyni się do obniżenia cen gazu dla gospodarki oraz dla 6,5 mln Polaków.
Niewykluczone, że ta zapowiedź się sprawdzi. Tyle że zamiast na gaz łupkowy należałoby stawiać na zwiększenie wydobycia z krajowych zasobów gazu konwencjonalnego. Nie brzmi to tak porywająco jak pionierska wizja eksploracji nowych źródeł surowca, będzie jednak wyraźnie tańsze niż łupki.
Na razie obniżkę cen zapowiedziała prezes PGNiG Grażyna Piotrowska-Oliwa: – Wszyscy polscy odbiorcy gazu pozytywnie odczują efekty negocjacji, jakie przez wiele miesięcy PGNiG prowadziło z Gazpromem. Od 1 stycznia 2013 r. rachunki za gaz będą niższe. W dobie kryzysu i rosnących rachunków za niemal wszystko to bardzo dobra wiadomość dla konsumentów. Zwłaszcza że cena gazu zawiera się w cenach wielu towarów, które kupujemy na co dzień. Rachunki klientów indywidualnych obniżą się średnio o 10%. To fakt nie do podważenia i łatwy do weryfikacji. Obniżkę, choć niższą niż klienci indywidualni, otrzymają również odbiorcy przemysłowi. Co istotne, dzięki wynegocjowanym warunkom, jeśli gaz na giełdach europejskich będzie taniał, również jego ceny w Polsce będą spadać.
10% mniej to o ponad 50 dol. taniej za 1000 m sześc. gazu z Rosji. Każda obniżka cieszy, Polacy powinni dokładnie więc patrzeć na liczniki, by sprawdzić obietnice pani prezes. Nie zmienia to faktu, że importowany przez nas gaz wciąż jest drogi – np. Niemcy płacą Rosji tylko 450 dol. za 1000 m sześc. (a jeszcze kilka lat temu płaciły więcej niż my). Warto zatem inwestować w krajowe wydobycie – ale przede wszystkim w zasoby konwencjonalne, lepiej zbadane i tańsze niż łupki.
– Chcemy wydawać coraz więcej na poszukiwania gazu łupkowego, a jednocześnie zaniedbujemy rozpoznawanie węglowodorów konwencjonalnych. Tymczasem możliwości szybszego wzrostu zasobów gazu w złożach konwencjonalnych i ich wydobycia są ciągle znacznie wyższe niż w pokładach łupkowych. Przez ostatnie lata, dzięki ciągłemu zagospodarowywaniu kolejnych złóż, nie uszczuplaliśmy znacznie rozpoznanych zasobów gazu, mimo utrzymywania niemal stałego poziomu wydobycia. W zachodniej Polsce regularnie włączano do eksploatacji nowe źródła gazu ziemnego, choć nie dochodziło do wielkich, spektakularnych odkryć. Cechą złóż konwencjonalnych jest koncentracja kopaliny, można więc uzyskiwać znaczny wzrost wydobycia, a technologia jest znacznie prostsza i tańsza niż w przypadku gazu łupkowego (kopaliny o charakterze rozproszonym w skale łupkowej). Nie wolno zatem na rzecz łupków rezygnować z badań złóż gazu konwencjonalnego – twierdzi prof. Szamałek.
Zwłaszcza że w porównaniu z takimi krajami jak Niemcy czy Dania, które wydobywają rocznie ok. 15% potwierdzonych zasobów konwencjonalnego gazu ziemnego, Polska wydobywa dwa razy mniej. A skoro wydobycie krajowego gazu łupkowego będzie trzy razy droższe niż konwencjonalnego, to jeśli nasze firmy skoncentrują się tylko na eksploatacji łupków, nieunikniony okaże się wzrost detalicznych cen gazu, z wszystkimi tego konsekwencjami.

Fatalne zauroczenie

Pierwsze negatywne skutki łupkowego zauroczenia są już widoczne. Najnowszy bilans zasobów kopalin w Polsce, sporządzany przez resort środowiska, mówi, że technicznie możliwe do eksploatacji zasoby konwencjonalnego gazu ziemnego według stanu na koniec 2010 r. wynoszą ponad 147 mld m sześc. – zaledwie o 1,6 mld m sześc. mniej niż w 2009 r. Krajowe wydobycie w 2010 r. wyniosło zaś 5,4 mld m sześc. Różnicę (3,8 mld m sześc.) wyrównały właśnie odkrycia nowych złóż.
Niestety, rok później, gdy nasza administracja i firmy z udziałem skarbu państwa zaczęły poświęcać coraz więcej uwagi poszukiwaniom gazu łupkowego, wydobycie gazu konwencjonalnego zmniejszyło się do 4,3 mld m sześc. Jeśli badania złóż konwencjonalnych zostaną zaniedbane, wydobycie krajowe nadal będzie spadać, a do gazu łupkowego jeszcze się nie dowiercimy, to w rezultacie wzrośnie import, na czym skorzystają Gazprom oraz firmy z Czech i Niemiec, skąd także sprowadzamy dziś gaz ziemny (również głównie rosyjski). Wiceminister gospodarki Tomasz Tomczykiewicz w marcu zeszłego roku zapowiadał wprawdzie w Sejmie wydobycie jeszcze w 2012 r. 200 mln m sześc. gazu przez PGNiG, w ramach koncesji na norweskim szelfie kontynentalnym, ale PGNiG rozpoczęło tam eksploatację dopiero w ostatnim dniu minionego roku, co dobrze pokazuje realność planów polskich władz.
Perspektywiczne, a więc prawdopodobne, ale jeszcze nieudokumentowane zasoby gazu konwencjonalnego – czyli takie jak w przypadku obecnych szacunków PIG dotyczących gazu łupkowego – wynoszą w Polsce, jak ocenia prof. Wojciech Górecki z krakowskiej Akademii Górniczo Hutniczej, ponad 307 mld m sześc. W sumie możemy więc liczyć na ponad 450 mld m sześc. gazu konwencjonalnego. Jest to potencjał niemal równy przewidywaniom dotyczącym gazu łupkowego. I na pewno trzeba go wykorzystać, bo dopiero wydobycie obu rodzajów gazu ziemnego może nam pozwolić na uniezależnienie się od importu.
*

Konwencjonalny a łupkowy

Gaz konwencjonalny występuje w naturalnych zbiornikach, które powstały w głębi ziemi – jego wypompowywanie jest możliwe za pomocą klasycznych, pionowych odwiertów. Gaz łupkowy jest zamknięty w skałach. Po wykonaniu otworu pionowego trzeba się w nie wwiercać poziomo i wypłukiwać gaz, wstrzykując pod dużym ciśnieniem substancję, która robi szczeliny w skałach (szczelinowanie hydrauliczne), złożoną z wody, piasku oraz niewielkich ilości (do paru procent łącznie) gumy guar, alkoholi, detergentów, glikolu, soli boranowych, kwasu cytrynowego, polimerów syntetycznych, chlorku i węglanu potasu. Dlatego właśnie wydobycie gazu łupkowego jest droższe i ze względu na wykorzystywanie dużych ilości wody z chemikaliami może być bardziej szkodliwe dla środowiska.

Ile nam trzeba

Nasz kraj zużywa rocznie ok. 14,5 mld m sześc. gazu ziemnego. Krajowe wydobycie to ok. 4,3 mld m sześc. Resztę stanowi import, przede wszystkim z Rosji. Na prośbę Polski, w wyniku podpisanej w październiku 2010 r. długoterminowej umowy gazowej z Rosją, obowiązującej do 2022 r., import rosyjskiego gazu wzrósł z 7,5 do 10 mld m sześc. rocznie, ale od 2013 r., w związku z kryzysem w naszej gospodarce, spadnie do 8,5 mld m sześc. rocznie. Być może w 2015 r. zacznie funkcjonować gazoport w Świnoujściu o docelowej przepustowości do 5 mld m sześc., do którego statkami dostarczany będzie gaz z krajów arabskich.

Co zrobi Europa?

Zdaniem ośrodka badawczego Komisji Europejskiej, nadające się do eksploatacji złoża gazu łupkowego w krajach Unii można szacować na ok. 16 bln m sześc. Państwa europejskie rozmaicie podchodzą do wydobycia gazu łupkowego. We Francji i Bułgarii czasowo zakazano prowadzenia poszukiwań i eksploatacji. Rząd brytyjski wprowadza natomiast ulgi i ułatwienia dla firm szukających gazu łupkowego. Na rozwój jego eksploatacji stawia też Holandia.
Niemcy nie rezygnują z łupków. Pod koniec ubiegłego roku Federalny Ośrodek Geologii i Surowców Naturalnych uznał, że wydobycie metodą szczelinowania nie zagraża środowisku, co podważyło wcześniejszą o trzy miesiące ekspertyzę Federalnego Urzędu ds. Środowiska, która wskazywała, iż zagrożenie dla środowiska istnieje (różnica w ocenach wynika stąd, że pierwsza instytucja podlega resortowi gospodarki, a druga środowiska). W grudniu parlament niemiecki odrzucił projekty zaostrzenia norm ochrony środowiska i czasowego zakazu wydobycia gazu łupkowego, forsowane przez Zielonych. Zasoby gazu łupkowego w RFN pozwolą na pełne zaspokojenie niemieckich potrzeb przez co najmniej 20 lat. Nasi zachodni sąsiedzi nie śpieszą się jednak z eksploatacją, bo na razie nie chcą robić konkurencji niemiecko-rosyjskiemu gazociągowi Nord Stream, który omija Polskę, blokując przy okazji dużym gazowcom dostęp do naszego gazoportu w Świnoujściu. Nord Stream (Gazociąg Północny) został pociągnięty po dnie Bałtyku, gdy Rosja zrezygnowała z tranzytu gazu przez nasz kraj drugą nitką gazociągu Jamał i wstrzymała jego budowę. W Rosji zasoby gazu łupkowego wynoszą co najmniej 5 bln m sześc. Rosyjski resort energetyki uważa jednak, tak jak niemieccy partnerzy, że na razie nie ma potrzeby wydobywania gazu łupkowego. Szefowie Gazpromu podkreślają, że sięganie po paliwo łupkowe w Rosji jest niecelowe, gdy są wystarczające zasoby gazu konwencjonalnego (ok. 250 bln m sześc.), znacznie tańszego w eksploatacji.

*
Wielka niewiadoma dla środowiska
Dopiero czas pokaże, jakie będą konsekwencje eksploatacji gazu łupkowego

Podobno, jak wskazują zwolennicy wydobycia gazu łupkowego, zabiegi szczelinowania hydraulicznego stosujemy w Polsce już od półwiecza przy wydobywaniu gazu konwencjonalnego i nikt dotychczas nie mówił, że są one szkodliwe dla środowiska.
To oczywiście nieprawda, bo lokalne wypłukiwania gazu w zwykłych złożach, nawiercanych pionowo, nie mają nic wspólnego ze skomplikowaną technologią stosowaną przy dalekich, poziomych wierceniach, wykonywanych 4 km pod ziemią, przy ogromnym ciśnieniu. Najlepszym dowodem jest to, że jak zwykle Amerykanie pierwsi zaczęli wydobywać gaz łupkowy tą metodą, a nie my – dopóki ich osiągnięcia nie stały się znane, nikt w Polsce nawet nie zająknął się, że coś wie o stosowaniu u nas szczelinowania hydraulicznego. Dopiero więc czas pokaże, jakie będą w Polsce rzeczywiste konsekwencje eksploatacji gazu łupkowego dla środowiska.

Unia NIE ZAKAŻE

Ubiegłoroczny raport przygotowany na zlecenie Komisji Europejskiej wskazuje, że z wydobyciem gazu łupkowego może się wiązać zanieczyszczenie wód oraz powietrza, groźniejsze niż w przypadku eksploatacji gazu konwencjonalnego. Większy będzie bowiem wypływ rozmaitych substancji wykorzystywanych w instalacjach wydobywczych (nie tylko używanej do szczelinowania wody z chemikaliami) i emisja gazu do atmosfery. Większe są też zagrożenia w transporcie, związane z wykorzystywaniem ciężkiego sprzętu i zużyciem paliwa. Wiadomo jednak, że wbrew nadziejom ekologów Komisja Europejska nie wprowadzi zakazu eksploatacji gazu z łupków (nie ma zresztą takiej możliwości), szczególnie że nie rekomendują tego twórcy raportu, sugerując jedynie Komisji dokładne monitorowanie miejsc wydobycia pod kątem wpływu na środowisko.
Dlatego unijny komisarz ds. energii, Niemiec Günther Oettinger, uznał, że Europa nie powinna rezygnować z gazu łupkowego, gdyż może on w przyszłości zastąpić konwencjonalny gaz ziemny i zapobiec uzależnieniu UE od importu. Dzięki temu średnia cena gazu w krajach Unii spadnie o ok. 15%, niższe będą też koszty energii elektrycznej, a więc i produkcji.

Ufać i kontrolować

Również Parlament Europejski nie przejawia antyłupkowych fobii. W rezolucji dotyczącej wpływu eksploatacji gazu łupkowego na środowisko, którą pilotował europoseł Bogusław Sonik (PO), zaapelował jedynie do państw Unii o „ostrożność przy kontynuowaniu działań dotyczących gazu łupkowego, a także o skuteczne wdrażanie wszystkich obowiązujących przepisów, co stanowi istotny sposób na zmniejszenie zagrożeń w operacjach wydobycia gazu”.
– Europa pozostanie zakładniczką rosyjskiego gazu, co przełoży się na spadek konkurencyjności europejskiego przemysłu. Groźne dla Rosjan może się okazać wydobycie gazu łupkowego w Polsce i w innych krajach. Ekologiczny kaftan bezpieczeństwa, jaki Europa nakłada na swoją gospodarkę, nie powinien nadmiernie krępować jej rozwoju – uważa prof. Andrzej Koźmiński, który ocenia, że za osiem lat dzięki wydobyciu gazu łupkowego energia elektryczna w USA będzie dwa razy tańsza niż w Niemczech, co spowoduje przenoszenie z Europy do Ameryki wielu dziedzin gospodarki.

Wydanie: 4/2013

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy