Niespełnione „remontady” polskich klubów w Europie
Ekipy Lecha i Rakowa skutecznie odrabiały straty w meczach rewanżowych Ligi Konferencji – do czasu. W obu przypadkach zabrakło happy endu: Szachtarowi pomogło szczęście, Fiorentina w krytycznym momencie po prostu przestała się oszczędzać. Wybrałem się do Sosnowca na mecz częstochowsko-florencki; nowoczesny stadion ArcelorMittal Park jest areną poważnych wydarzeń piłkarskich od wielkiego dzwonu, albowiem tutejsze Zagłębie gra tragicznie i lada moment może się osunąć poza centralny poziom rozgrywek. Taksówkarze nie przywykli do wokółstadionowych korków, klęli zatem na czym świat stoi, przyjmując kursy, bo stadion tym razem wypełnił się po brzegi.
Fiorentina przyjechała do Sosnowca opromieniona wyjazdowym zwycięstwem nad Cremonese, bezpośrednim rywalem w walce o utrzymanie w Serie A – jest wreszcie kilka punktów nad kreską. Trener Paolo Vanoli przybył do Florencji w listopadzie w roli „strażaka” – miał ugasić pożar i wyprowadzić Fiorentinę ze strefy spadkowej po katastrofalnym początku rozgrywek. Najpewniej mu się uda. To coach o cholerycznym usposobieniu, wcielenie włoskiego temperamentu: obserwowałem z rozbawieniem, jak wrzeszczy przez cały mecz na swoich podopiecznych, teatralnie gestykuluje, po każdym nieudanym zagraniu Florentczyków rwie włosy z głowy przy akompaniamencie mammamii, santamadonn i porkamizerii, ale też sprawiedliwie bije brawo po akcjach fortunnych.
Najgorętsze oklaski Fioletowi otrzymali za reakcję na utratę bramki tuż po przerwie (plasowany strzał Karola Struskiego w krótki róg). Po prostu włączyli czwarty bieg, całkowicie przejęli inicjatywę i nie odpuścili, dopóki nie udało im się wyrównać, skądinąd po fantastycznej zespołowej akcji rozpoczętej błyskotliwym rajdem Fabiana Parisiego. I cóż, że ostatecznie pomógł im rykoszet po strzale Ndoura, skoro bramka i tak wisiała w powietrzu. Fiorentina, by tak rzec kolokwialnie, bez problemu rozpykała Raków.
Raków miał jeszcze kilka okazji, niby było blisko, tak blisko, że do trzeciego z serii rzutów rożnych w doliczonym czasie gry wybiegł bramkarz Oliwier Zych. Niestety, akurat do tego najgorzej wykonanego, przez co Raków nadział się na kontrę, a dla Marina Pongračica trafienie z połowy boiska do pustej bramki to pestka. Niby trzeba było zagrać va banque, ale szkoda remisu, na który Raków jak najbardziej zasłużył (szkoda też ułamka punktów do rankingu UEFA, bo o naszej w nim pozycji w najbliższych sezonach będzie decydował języczek u wagi).
Vanoli na pomeczowej konferencji, zapytany o rotację w składzie i rozkładanie sił zawodników na kilku frontach, stwierdził: „Dobry zespół POWINIEN grać co trzy dni”. I to jest mentalność, do której polskie ekipy wciąż nie dorosły. Dopóki będziemy narzekać na niedogodność gry na kilku frontach, póki z całym przekonaniem nie pojmiemy, że to przywilej największych, do którego wszak się dąży, dopóki nasi piłkarze i sztaby szkoleniowe nie zrozumieją, że wychodzą na boisko właśnie po to, aby najlepiej przez cały sezon grać co trzy dni,







