Stąd do Nowego Jorku

Stąd do Nowego Jorku

Ranking polskich barytonów

Najpopularniejszy głos męski, bo gdyby wszyscy panowie zaczęli śpiewać, pewnie 80% z nich zaliczylibyśmy do barytonów. W tej kategorii Polacy stali się kulturalną wizytówką z najwyższej półki muzycznej. Takie nazwiska jak Mariusz Kwiecień, Andrzej Dobber czy Artur Ruciński już dziś znaczą w świecie o wiele więcej niż nasza najlepsza marka z poprzedniego pokolenia – legendarny Andrzej Hiolski. Barytonami Polska stoi. Warto zobaczyć, z kogo możemy być dumni.

1. Mariusz Kwiecień
To absolutna gwiazda światowej opery (ur. 1972). Udało mu się prześcignąć wszystkich konkurentów – nie tylko polskich, ale i zagranicznych. Sam mówi o sobie, że osiągnął w sztuce więcej, niż zamierzał. Jest w pierwszych obsadach w najważniejszych operach – zwłaszcza w Metropolitan Opera w Nowym Jorku – i tym samym jest najlepiej opłacanym polskim śpiewakiem. Amerykańscy melomani tytułują go polskim księciem. Chyba lubiła go Maria Fołtyn, bo to ona wytypowała go do finału konkursu moniuszkowskiego w 1995 r. i z uporem promowała po konkursie. Baryton Kwiecień nie próżnował i wraz z tenorem Piotrem Beczałą wystąpił w prestiżowej premierze „Eugeniusza Oniegina” Czajkowskiego w Metropolitan Opera, gdzie główną rolę żeńską kreowała zjawiskowa Rosjanka Anna Netrebko. Zapytana przez dziennikarzy, czy nie żałuje, że zamiast Kwietnia nie towarzyszy jej rosyjski megabaryton Dmitrij Chworostowski, odparła dyplomatycznie, że do MET angażuje się najlepszych odtwórców głównych ról.

Mariusz Kwiecień jest nie tylko utalentowanym śpiewakiem, ale też wspaniałym aktorem, który potrafi doskonale przeistoczyć się z odtrąconego kochanka w aroganckiego uwodziciela lub dumnego księcia. Jego głos jest czysty i jasny, typowo liryczny, a śpiewak nie próbuje go sztucznie przyciemniać ani porykiwać w chwilach dramatycznych. Jest aż do bólu naturalny i dzięki temu wygrywa. A jego dodatkowym atutem jest niegasnąca sympatia publiczności, zwłaszcza żeńskiej, bo ma urodę filmowego amanta. Mówi swobodnie po angielsku, ale podczas wywiadów z Nowego Jorku transmitowanych na cały świat zawsze potrafi wtrącić jakieś zdanie po polsku dla swojej publiczności.

2. Andrzej Dobber, Artur Ruciński
Lidera Mariusza Kwietnia już pewnie nie dogonią, ale ich pozycja w świecie barytonów jest bardzo wysoka.

Andrzej Dobber (ur. 1961) po studiach w Krakowie i Norymberdze właściwie od razu zdobył angaż w zagranicznych teatrach, nie martwiąc się zanadto, że jest mało znany w Polsce. Częściej występował we Frankfurcie, w Berlinie, Kolonii i Hamburgu, a ponadto przyjmował zaproszenia najbardziej prestiżowych scen, takich jak mediolańska La Scala, londyńska Covent Garden i nowojorska (tak, tak) Metropolitan. Jego głos, mocniejszy i ostrzejszy, predysponuje go do ról dramatycznych – tutaj śpiewak ma znaczący atut – uważa się, że jest jedynym polskim barytonem śpiewającym główne Verdiowskie partie barytonowe w najważniejszych teatrach operowych świata, ale w tej dyscyplinie ma też wielu sławniejszych konkurentów zagranicznych. Z Mariuszem Kwietniem łączy go doskonała kreacja w tej samej operze – „Królu Rogerze” Karola Szymanowskiego. Różnica polega na stosunku do zawodu. Kwiecień twierdzi, że wcale nie chciał takiego sukcesu i on przerósł jego oczekiwania, Dobber zaś otwarcie mówi, że chciał grać główne role w największych teatrach i za duże pieniądze. Jak powiedział, tak zrobił.

Artur Ruciński (ur. 1971) przeciwnie: zaczynał od solidnej pracy w kraju, i to na najmniejszej możliwej scenie Warszawskiej Opery Kameralnej. Potem przyszedł Teatr Wielki-Opera Narodowa i doskonałe role, świetne recenzje oraz zainteresowanie wybitnego rosyjskiego dyrygenta Walerija Giergijewa, który zapewnił młodemu jeszcze śpiewakowi wstęp do wielkich zachodnich sal operowych i nawet otworzył drzwi do Met w Nowym Jorku. Ruciński, szalenie ambitny, na pewno na tym nie poprzestanie. Ma dodatkowe atuty, np. niewiarygodną jak na śpiewaka sprawność fizyczną (w „Czarodziejskim flecie” Mozarta w Warszawie wykonywał nawet pompki na jednej ręce) oraz niemal baletowe opanowanie ciała (w przeszłości uczył się tańca). Jego głos pozwala na śpiewanie ról lirycznych i dramatycznych, jednak urodą ustępuje nieco Mariuszowi Kwietniowi. Loczki na kanciastej głowie i francuski wąsik sprawiają, że najlepszą rolą byłby dla niego D’Artagnan, ale muszkieterowie w operze jeszcze się nie pojawili.

3. Marcin Bronikowski
Tym się różni od konkurentów, że studiował w Bułgarii, która wtedy nie była jeszcze krajem Zachodu, ale miała doskonałych śpiewaków i pedagogów. To sprawiło, że młody baryton (ur. 1968) zdobył kilka prestiżowych nagród za granicą, a w kraju zasłynął z trzeciej nagrody na pierwszym konkursie moniuszkowskim. Jako syn znanego dziennikarza nie mógł jednak liczyć na wielkie wsparcie medialne, bo ojciec zajmuje się motoryzacją i publicystyką ekonomiczną. Do Met w Nowym Jorku jeszcze nie dotarł, ale zaliczył Australię, Nową Zelandię, Brazylię, Szkocję i RPA. Śpiewa to, co jego koledzy, wcale nie gorzej, ale mimo wszystko nie ma tego czegoś, co pozwala mdleć fankom.

4. Adam Kruszewski
Nestor polskich barytonów (ur. 1958) i naturalny następca Andrzeja Hiolskiego, a zarazem gwarant najwyższego poziomu wokalnego i muzycznego. Jego kreacje Miecznika w „Strasznym dworze” Moniuszki są markową kontynuacją standardów artystycznych ustalonych przez jego wielkiego poprzednika na czołowej scenie krajowej, czyli w Teatrze Wielkim-Operze Narodowej. Kruszewski ma świetny głos i potrafi go wzorowo prowadzić, czego dowodem jest fenomenalne nagranie „Falstaffa” Verdiego z nim w roli tytułowej. Z tym jednym krążkiem mógłby startować do Met, ale Zachód kocha młodych.

5. Szymon Komasa
Ma najbliżej do Met i już właściwie tam jest, bo studiuje w Juilliard School of Music (ur. 1985), dostał się także do prestiżowego studia operowego przy Metropolitan Opera. Zabłysnął już rolą Mefista w Operze Nova w Bydgoszczy, występuje w rozmaitych, większych i mniejszych rólkach tu i tam. Należy do fenomenalnego klanu Komasów, bo ojciec Wiesław ma wyjątkowe szczęście do uzdolnionych dzieci. Starszy syn Jan jest reżyserem, bliźniaki Szymon i Maria mają talent muzyczny i już ciągnie się za nimi pasmo sukcesów. I jest jeszcze młodsza siostra Zofia, też skazana na sukces.

6. Adam Szerszeń, Wojtek Gierlach, Leszek Skrla i Stanisław Kufluk
To najwyższy poziom krajowy z lekka wychodzący też na eksport. Szerszeń jest skoncentrowany na Katowicach i Poznaniu, ale występował też w Niemczech, Belgii, Luksemburgu, Francji, we Włoszech, w Kanadzie, na Tajwanie, w Japonii, Kuwejcie i Bahrajnie, wciąż omijając wielkim łukiem Nowy Jork.

Gierlach skoncentrował się na Warszawie i reszcie miast, i choć o włos lepszy od niego jest brat baryton Robert, to właśnie Wojtkowi pisana była większa kariera. Za granicę na koncerty i do teatrów operowych wyjeżdża częściej, nagrywał nawet dla Deutsche Grammophon, a śpiewał i w Kopenhadze, i w Royal Opera House-Covent Garden.

Skrla jest w Polsce profesorem śpiewu, ale chętnie występuje też w Niemczech, w Belgii, we Francji, w Danii, Hiszpanii, Holandii, Szwajcarii i Izraelu.

Wreszcie Kufluk – obstawia Kraków (gdy nie przyjeżdża Kwiecień), Bytom, Bydgoszcz, Wrocław, Warszawę, ale może się pochwalić, że na jego trasach jest także Teatr Bolszoj w Moskwie, co pozostałym pretendentom się nie udało. Czy do Met jest bliżej z Moskwy czy z Londynu? Kufluk wychowany i wykształcony na dawnych polskich Kresach (Stanisławów), stawia na Wschód.

7. Mariusz Godlewski, Mikołaj Zalasiński
Mariusz Godlewski (ur. 1975) jest typowym barytonem gościnnym, ale bardzo dobrym, więc chętnie zapraszanym do wykonywania różnych oper. Współpracuje zarówno z Teatrem Wielkim-Operą Narodową w Warszawie, jak i z operami wrocławską, bałtycką i krakowską oraz Warszawską Operą Kameralną. Często koncertuje także za granicą, m.in. w Holandii, Belgii i Niemczech.

Mikołaj Zalasiński (ur. 1965) odwrotnie, częściej współpracuje z operami niemieckimi, szwajcarskimi, włoskimi, portugalskimi, hiszpańskimi. Zaliczył Wenecję, Turyn, Tel Awiw, Chicago, Tokio i Pekin, ale o Polskę też zahacza i właśnie tutaj otarł się o Met, bo w Teatrze Wielkim w Warszawie zaśpiewał jako Robert w premierze „Jolanty”, a była to koprodukcja z Metropolitan Opera.

8. Artur Janda, Witold Żołądkiewicz
Obaj są solistami Warszawskiej Opery Kameralnej, która dla wielu śpiewaków stała się trampoliną do największych scen świata. Janda już zakosztował zagranicznych występów, jako solista koncertował w Théâtre du Capitole w Tuluzie i w National Theater Mannheim. Żołądkiewicz podobnie – pokazał się w neapolitańskim Teatro di San Carlo. Z polskimi spektaklami występował w Bejrucie, Kartaginie, na Węgrzech. Do Nowego Jorku jeszcze mają daleko, ale szanse są zawsze.

9. Sławomir Kowalewski
Jest dopiero studentem, ale wiedziony intuicją w wynajdowaniu talentów operowych Maciej Figas, dyrektor Opery Nova w Bydgoszczy, wytypował go do odpowiedzialnej roli barytonowej Markiza Posy w operze Giuseppe Verdiego „Don Carlos”. Kowalewski sprawdził się zaskakująco dobrze, a śpiewanie Verdiego to niekiedy szczyt wokalnych trudności. Czeka go długa droga, ale dyrektorzy czołowych placówek operowych mogą ją przyśpieszyć.

10. Jacek Jaskuła
Zatrudniony w Operze Wrocławskiej był świetnym Papageno w „Czarodziejskim flecie” Mozarta, Alfiem w „Rycerskości wieśniaczej” Mascagniego i Sharplessem w „Madamie Butterfly” Pucciniego. Miał Nowy Jork w zasięgu ręki jako pierwszy mąż naszej czołowej sopranistki Aleksandry Kurzak, ale rozstał się z nią w niewłaściwym momencie. Tyle ma z tej Met, że gdy Kurzak występuje czasem we Wrocławiu, może dotknąć, jako Hrabia Almaviva w „Weselu Figara” (oczywiście na żądanie reżysera Marka Weissa), biustu byłej żony, a nawet byłej teściowej.

Wydanie: 37/2016

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy