Dzieło oglądane w korku

Dzieło oglądane w korku

Film z kina przechodzi do telefonu

To nie molestowanie w Hollywood okaże się najważniejszym wydarzeniem filmowym roku. Inwazja wypożyczalni internetowych sprawi, że świat zacznie oglądać filmy zupełnie inaczej niż dotąd.

O sprawie zrobiło się głośno tego roku w Cannes, gdy do głównego konkursu dopuszczono film „Okja” wyprodukowany przez firmę Netflix. Projekcję po kilku minutach przerwano z powodu krzyków oburzenia i gwizdów dochodzących z widowni. Poszło o to, że „Okja” w ogóle nie wejdzie do kin. Będzie wyłącznie do wypożyczenia w sieci. „To niszczy ekosystem filmowy w Europie!”, grzmieli producenci. Mieli rację – dotacje na ich filmy pochodzą głównie od właścicieli kin. Wyśmiał ich hollywoodzki producent Harvey Weinstein, który wkrótce potem stał się „sławny” z zupełnie innego powodu. Pokpiwał, że amerykańskiego kina władze państwowe przecież nie dotują, a miewa się ono nie najgorzej. Nawet w Cannes! Przedstawiciele Netfliksa dorzucali, że gdyby filmy „twórców europejskich” (czytaj: nieudaczników) trafiały od razu do internetowych wypożyczalni, miałyby więcej widzów niż we wszystkich kinach razem wziętych. Awantura ucichła, ale pozostało pytanie: czy stoimy u progu nowej epoki w przyswajaniu sztuki filmowej? Wiele wskazuje, że tak.

Film z płachty, film z wyświetlacza

Wyjdźmy od owego Netfliksa (siedziba macierzysta: Los Gatos w Kalifornii), właściciela ogromnej internetowej wypożyczalni filmowej, a od niedawna także firmy producenckiej. Netflix – jako wypożyczalnia – zaczął 10 lat temu od dostarczania filmów w kopercie do domu klienta. Na odwrocie figurowało pytanie: jaki następny tytuł klient życzy sobie otrzymać? Klient pisał i otrzymywał. To spowodowało, że wypożyczalnie stacjonarne, działające jak biblioteki, padały jedna po drugiej. Ale dostawa pocztą i kurierem to już historia. Dzisiaj filmy wysyła się w sieci, strumieniowo. Netflix działa w przeszło 100 krajach (w roku 2017 – 109 mln abonentów), gdzie za mniej więcej 10 dol. miesięcznej subskrypcji daje dostęp do przeszło 100 tys. tytułów. Oczywiście pozostaje kwestia językowa, ale filmów choćby z polskimi napisami czy lektorem przybywa tak szybko, że z oglądaniem rzeczy, które nas interesują, trudno nadążyć. W konsekwencji na całym świecie mało kogo nęcą już kopie pirackie (do niedawna 60-70% wszystkich filmów pozyskiwanych z internetu). Netflix gwarantuje jakość i legalność za umiarkowaną cenę.

Dostosowuje się przy tym – co leży u źródła jego globalnego sukcesu – do nowego stylu konsumpcji filmowej. Jego piarowcy nieustannie kokietują widownię: „Widz powinien oglądać, co chce i kiedy chce, a nie wtedy, kiedy chcą tego decydenci w telewizji”. Faktycznie, wyprawa do kina i obraz przyswajany z panoramicznego ekranu to coraz rzadsza forma obcowania z filmem. Pewnie nigdy nie zaniknie, jednak ogromne płachty ekranowe raz się sprawdzają, a raz są zbędne. Ciągle świetnie wypadają w sagach typu „Gwiezdne wojny” czy „Władca pierścieni”, gdzie widz przychodzi napawać się widokiem, atmosferą, niż coś przeżyć czy zrozumieć. Ale już historia miłosna, obyczajowa, a nawet kryminał da się przyswoić „w zaciszu”. A więc z ekranu kina domowego, z tabletu, a w końcu – z telefonu.

To już zjawisko nagminne – filmy ze smartfonów ogląda się w poczekalni, w kawiarni, w korku samochodowym, na spacerze. Słuchacze piszącego te słowa sprytnie konspirują smartfony wśród podręczników i notatek w trakcie wykładów i jednym okiem zerkają na ulubione fabułki. Nie tylko dlatego, że wykładowca przynudza. Po prostu wpadli w nawyk, a telefon mają nieustannie pod ręką. W świecie anglosaskim dla tej jednostki z obszaru natręctw psychopatologicznych ustalono już nazwę, która brzmi binge-watching. Powstała przez analogię do binge-eating, czyli kompulsywnego obżarstwa. Najprostszy objaw (stwierdzany u klientów Netfliksa) to pochłanianie kilku-kilkunastu odcinków serialu za jednym podejściem. Tak więc oglądanie serialu raz w tygodniu czy nawet raz dziennie – i omawianie odcinka następnego dnia w pracy – to już zupełny Biskupin. Netflix wrzuca swoim klientom na pożarcie od razu całe sezony.

Tak, stoimy u progu rewolucji, ale – przyznajmy trzeźwo – nie pierwszej takiej w kinie. To tylko jeszcze jeden ostry zakręt w krótkich, choć skomplikowanych dziejach odbioru produkcji filmowej. Zarysujmy kontekst. Kino zaczynało się w miejscach marginalnych, podejrzanych i na zapleczu. Pierwszy pokaz filmowy zorganizowano (28 grudnia 1895 r.) w podziemiach Grand Café przy bulwarze Kapucynów w Paryżu. Widownia – 35 osób, bilet wstępu: 1 frank – której zademonstrowano ruchome obrazy, była przekonana, że uczestniczy w swego rodzaju seansie spirytystycznym. Rok wcześniej Thomas Alva Edison otworzył w Nowym Jorku pierwszy Salon Kinetoskopów, ówczesny odpowiednik dzisiejszego kina. A tam filmu (góra 30 sekund) nie oglądało się na ekranie, lecz gapiąc się w wizjer.

Pierwszy nickelodeon, czyli salę przeznaczoną wyłącznie do wyświetlania filmów, otwarto w 1905 r. w Pittsburghu. Pomysł chwycił – pięć lat później już 26 mln Amerykanów przynajmniej raz w tygodniu bywało w kinie. Z tym że bogatszym nickelodeon (od ang. nickel – pięciocentówka) szybko przestał wystarczać. Przenieśli się do dream palaces, luksusowych kin o bajecznym wystroju. Pierwszy taki – Regent otwarty w 1913 r. w Nowym Jorku – liczył 1845 miejsc.

Kiedy do bram Ameryki zastukał wielki kryzys, kina się uskromniły: zaczęto zapraszać dzieci na sobotnie poranki filmowe, były seanse o północy dla kolorowych, a dla najuboższych filmy (klasy B) w trakcie loterii fantowych. To do takich kin trafiała bardzo powoli aparatura pozwalająca na wyświetlanie filmów dźwiękowych.

Tu warto przypomnieć, że kino już w pierwszych dekadach funkcjonowania odrzuciło wszystkie – poza kolorem i dźwiękiem – wynalazki, które miały dać widzowi silniejszą iluzję rzeczywistości. Nie przyjęła się cinerama, czyli okrągły ekran, na który widzowie patrzyli od dołu, z widowni w środku okrągłej sali. Wycofano także kino zapachowe. Technologia kina trójwymiarowego znana była od 1915 r. Wtedy po raz pierwszy pokazano w trzech wymiarach wodospad Niagara. Reakcja: po co mam Niagarę oglądać w trzech wymiarach w kinie, skoro mogę ją taką zobaczyć w realu? I trzeci wymiar poszedł w odstawkę na sto lat.

Internet na głuchej prowincji

Krytycy Netfliksa wskazują, że zaburza przyjęty od dawna cykl dystrybucyjny. Został on ustawiony tak, by każde dzieło zarabiało na następne. Najpierw film zarabiał w kinach, po kilku miesiącach był dostępny w obiegu DVD, potem trafiał do płatnych serwisów internetowych. Najwcześniej po pół roku sprzedawało się go do telewizji, a kiedy wszyscy już obejrzeli, lądował w sieci i był do zobaczenia za darmo. W tej procedurze zdarzały się wyjątki. Disney np. dla zasady nie udostępnia filmów gratis, w związku z czym przed najnowszymi „Gwiezdnymi wojnami” widz, któremu żal pieniędzy, nie ściągnie sobie z sieci żadnego poprzedniego odcinka serii. A zdarza się i odwrotnie – film jest do wzięcia z internetu zaraz po premierze kinowej. Ale najczęściej katastrofalnie słaby film. Umieszcza się go tam jednak z nadzieją, że odbije się jakimś echem i za jakiś czas zechce go telewizja (np. do nocnej emisji). Kto lubi pokombinować, może się zarejestrować jako „abonent na próbę”, obejrzeć to, na czym mu zależy, a następnie zrezygnować z wykupienia usługi. Można też się „targować” z dostawcą – kupować filmy w pakiecie albo w wersji z reklamami. Wypada niewiele taniej, ale zawsze. Poza tym sieć sporo rzeczy oferuje gratis. Zgoda, w większości to chłam, ale kto nie płaci, nie ma prawa wybrzydzać.

Ta rewolucja w oglądaniu filmów w Polsce przyjmuje się całkiem dobrze z prostego powodu – w latach 90. zlikwidowano u nas kilkanaście tysięcy kin, głównie na prowincji. Głód kina musiały więc zaspokajać wypożyczalnie (najczęściej filmowego chłamu), a z czasem pobór filmów z sieci. W mijającym roku filmy z internetowych serwisów ściągało prawie 80% rodaków z dostępem do komputera. Usługa typu VOD (video on demand – wideo na życzenie) cieszy się wzięciem również z powodów finansowych. Za miesięczny abonament w takim serwisie klient płaci tyle, ile za dwa bilety na hit w wytwornym kinie przy galerii handlowej. I wszystko legalnie, co ma znaczenie, odkąd policja zaczęła straszyć pobierających pirackie kopie mandatami w wysokości od 500 do 1000 zł (za jedną!).

Z drugiej strony niezbyt uważnych internautów próbują doić oszuści. Oferują w sieci kod do obejrzenia filmu, ale oprócz opłaty żądają numeru telefonu, na który ów kod wyślą SMS-em. I wysyłają, co kończy się tym, że z naszego konta telefonicznego pobierają comiesięczny haracz, na co przez podanie telefonu niebacznie się zgodziliśmy. Piszący te słowa wpadł kilka lat temu w podobną pułapkę, co skończyło się interwencją policji i ogólnopolskim śledztwem (o utracie gotówki nie wspominając).

W każdym razie do internetowych serwisów filmowych, a więc do Netfliksa w szczególności, wydaje się należeć przyszłość dystrybucji filmowej. Także z tego powodu, że Netflix sam produkuje dość pomysłowe i odważne rzeczy. Weźmy jego ostatnie filmy. Wspomniana na początku „Okja” (dzieło Koreańczyka nazwiskiem Joon-ho Bong) dotyka tabu, jakim ciągle jest w naszej cywilizacji cierpienie zwierząt. Oto w tajnych amerykańskich laboratoriach, gdzie pracuje się nad żywnością zmodyfikowaną genetycznie, wyprodukowano świnię wielkości hipopotama. Jej masowa hodowla pomoże zwalczyć plagę głodu. Autorzy filmu pytają jednak, za jaką cenę. I odpowiadają: zwierzęta bywają przetrzymywane w koszmarnych warunkach, inseminowane wbrew porządkowi naturalnemu. Odbiera się matkom młode, co powoduje niewyobrażalne cierpienia. W filmie farma i rzeźnia, gdzie zabija się i przetwarza zmutowane świnki, została pokazana jak obóz koncentracyjny. A scena, kiedy rodzice przerzucają małą świnkę za druty – oczywiście pod napięciem – aby choć dziecko uratowało się z tej rzezi, przypomina w sposób nieodparty sceny z filmów o Holokauście. To obraz, powiedzmy, interwencjonistyczny.

Nie tylko seriale

Ale Netflix nie szczędzi pieniędzy również na kino artystyczne. W przyszłorocznym rozdaniu oscarowym pewne szanse ma „Mudbound” Amerykanki Dee Rees. Ta przeszło dwugodzinna, starannie wystylizowana ballada opowiada o dwóch rodzinach, białej i czarnej, które w bliskim sąsiedztwie uwięzły na błotnistej farmie na amerykańskim Południu. Od zniesienia niewolnictwa minęło już wprawdzie 80 lat, ale w stanie Missisipi czas pod tym względem liczy się zupełnie inaczej. Tu wciąż panuje przekonanie, że rolą kolorowych – przewidzianą przez Boga i naturę – jest służenie białemu człowiekowi. Widz przyłapuje się na myśli, że ta cała absurdalna z dzisiejszego punktu widzenia segregacja rasowa nie jest niczyją winą. Oni wszyscy tkwią – jak byśmy dziś, w dobie internetu, powiedzieli – w swoistej bańce informacyjnej. Po prostu wszyscy wokół na temat segregacji rasowej mają mniej więcej to samo zdanie, więc nikt nie ma powodu, by uważać inaczej.

A Netflix ani myśli o wyhamowywaniu koniunktury. Najnowszy pomysł to wariantowe bajki dla dzieci. Nawet te klasyczne, jak „Kot w butach” Charles’a Perraulta. Dzieciak włącza sytuację wyjściową: tytułowy kot dogrzebał się już w skrzyni pełnej skarbów do Księgi Baśni, a tam co stronica to inna opowieść. I teraz trzeba zdecydować, w którą opowieść brniemy: spotkanie z gigantem czy z piękną, złotowłosą dziewczyną. Kot w butach podpowiada, komentuje wybory dziecka, ale dyskretnie i z humorem. A z każdym zakrętem historii otwierają się nowe możliwości. Znowu trzeba wybierać. Najbardziej wciąga właśnie możliwość wyboru, układania za każdym razem nowej, własnej opowieści.

Netflix sprawdził to wcześniej w badaniach, ale i bez nich by się obeszło. Przecież w sieci mamy coraz więcej kawałków muzycznych, w których to słuchacz decyduje: podgłośnić, ściszyć czy usunąć perkusję z nagrania. Brytyjski raper Mike Skinner zamieścił w sieci wariantowy zapis swojego dnia. Kiedy rankiem budzi go telefon, widz decyduje, czy Mike ma odebrać, czy spać. Podobnie z resztą dnia, która układa się jak „ogród o rozwidlających się ścieżkach”. Przypomina nam to „Grę w klasy” Cortázara (wydanie polskie 1968)? Słusznie. To, co pół wieku temu było literacką wizją, w dobie internetu może na zawsze odmienić zasady układania fabuł filmowych i serialowych. Czyli w klawisz start będziemy klikać nie raz, lecz kilkanaście razy w ciągu jednego seansu. Szykuje się jazda!

Wydanie: 52/2017

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy