Pisarki portret intymny

Pisarki portret intymny

Społecznie mamy większe przyzwolenie na opowieści o życiu seksualnym mężczyzn niż kobiet

Mira Marcinów – polska filozofka i pisarka, doktor nauk humanistycznych w zakresie psychologii, laureatka Paszportu „Polityki” za książkę „Bezmatek”

Na temat tej w gruncie rzeczy bardzo intymnej książki udzieliłaś już sporo wywiadów. Czy pozwoliło ci to nabrać do niej dystansu?
– Wydaje mi się, że na samym początku miałam dużo więcej dystansu. Przy pierwszych wywiadach – dla „Dwutygodnika” i „Wysokich Obcasów” – czułam, że mogę mówić więcej. Myślałam wówczas, że książkę przeczyta niewiele osób, że pozostanie w niszy. Bo chociaż wyszła w dużym wydawnictwie, to w sekcji „Poza serią”, w której znajdują się tytuły niszowe. Potem jednak, gdy „Bezmatek” zaczęło czytać coraz więcej osób, także tych „spoza bańki”, którym odróżnienie bohaterki literackiej od mojej matki i narratorki ode mnie przychodziło z trudem, zaczęłam być ostrożniejsza.

Pewnie pojawiły się pytania o co bardziej pikantne szczegóły, o oknodziwkę i uwiedzenie 19-latka?
– Szczęśliwie takich pytań nie było wiele, ale może dlatego, że unikałam możliwości ich zadania. Nie chodziłam do telewizji, nie przyjęłam zaproszenia do „Tok Szoł” Wojciecha Jagielskiego, bo wiedziałam, że program, w którym wydobywa on „najskrytsze sekrety ze swojego rozmówcy”, nie jest dla mnie. Nie pisałam tej książki z myślą o jej potencjalnej popularności, chciałam stworzyć literaturę i nie myślałam, co będzie potem. Przede wszystkim: to nie jest książka non-fiction, historia moja i mojej mamy, z drugiej strony… to również moja opowieść.

Wydaje mi się, że połączenie kiczu i czarnego humoru skutecznie pozwala ci uciec od patosu, stanowi także formę wzięcia w nawias „autobiograficzności” tematu.
– Ta kiczowatość jest też dla mnie formą walki z patriarchatem, z wymuszoną kulturowo powagą. Jeden wydawca, do którego wysłałam książkę, napisał mi, że nie może zrozumieć, jak obok tak mądrych treści może się znaleźć taki kicz. Ja o tej potrzebie kiczu piszę wprost w „Bezmatku”. W mojej książce są i Roland Barthes, i ten Paolo Coelho. Pomieszanie śmierci z seksem, czarnego humoru z żałobą, dobrej i „złej” sztuki – to wszystko jest doświadczeniem, o którym chciałam opowiedzieć.

Książka powstawała spontanicznie. Wystukiwałaś ją na telefonie w trakcie karmienia syna. Czy nie była to pewnego rodzaju forma zachowania pamięci, stworzenia opowieści o babce dla wnuka?
– Nie myślałam tak o tym. Karmienie to bardzo intymny moment. W tym początkowym zaabsorbowaniu macierzyńskim nie ma się kompletnie czasu. Ale były chwile, kiedy mogłam co najwyżej spojrzeć do telefonu i miałam taką potrzebę pisania, że faktycznie napisałam cały „Bezmatek” w ten sposób. To niewygodne połączenie doświadczenia śmierci bliskiej osoby i narodzin dzieci było wezwaniem do pisania. Myślę, że ta książka musiała zostać napisana, nawet w takich warunkach. Poza tym notatki w telefonie to ostatni bastion intymności, własna przestrzeń, taki „własny pokój”.

To był dla ciebie trudny czas – piszesz, że wózek inwalidzki stał obok wózka dziecięcego jak jakaś pretensjonalna instalacja artystyczna. No właśnie, między patosem śmierci a wzniosłością macierzyństwa znalazłaś dla siebie miejsce na bardzo sensualne, erotyczne, a nawet rubaszne opowieści.
– Niektórym bardzo się to nie podobało! To jest silny i pierwotny lęk przed seksualnością rodziców, zwłaszcza matek. Nie podobało się, że poruszam tematy tabu, takie jak seks po śmierci bliskiej osoby. W końcu w żałobie rozumianej jako rytuał nie ma miejsca na taniec, ale czy jest miejsce na seks? Nie mówi się o tym wprost, ale chyba tym bardziej nie ma wtedy miejsca na życie seksualne. A już większa niż zwykle witalność czy podwyższone libido to skandal!

Zwłaszcza jeśli ta rozwiązłość dotyczy kobiety.
– No tak, bo społecznie mamy większe przyzwolenie na opowieści o życiu seksualnym mężczyzn niż kobiet. Ale musimy pamiętać, że stłumienie kobiecej seksualności nieodłącznie wiąże się ze stłumieniem kobiecej mowy. Jedno ma wiele wspólnego z drugim: seks, żałoba i możliwość opowiadania o tych doświadczeniach. Wystarczy przypomnieć Antygonę, która łamie zwyczajowo przyjętą zasadę przeżywania żałoby w zaciszu domowym. Reformy Solona to wprowadzenie zakazu publicznego okazywania żałoby. Od VI w. p.n.e. zwłaszcza karane będą dzikie zachowania kobiet w żałobie. Co ciekawe, po publikacji książki dostawałam wiadomości od czytelniczek, piszących o poczuciu ulgi, którego doświadczyły, czytając o podobieństwach w zwróceniu się ku młodości, witalności, także seksualności, po miesiącach, latach obcowania ze śmiercią, starością czy chorobą bliskiej osoby.

A czy ty poczułaś ulgę po śmierci matki?
– Nie, nie poczułam ulgi, ale też brak tej ulgi, poczucie, że pisanie o matce jest jej uobecnianiem, to ważne doświadczenie. Marek Bieńczyk, który bardzo mocno mnie wspierał w trakcie pisania „Bezmatka”, mówił mi o podobnych własnych refleksjach przy tworzeniu „Kontenera”. Taka intensywność relacji ze zmarłą osobą jest czasem trudna do udźwignięcia, gdy o niej piszemy. Ale, jak już mówiłam, matka bohaterka nie jest jeden do jednego moją zmarłą mamą.

Możemy powiedzieć, że na poziomie fabuły mamy pomieszanie realności i zmyślenia, ale na poziomie uczuć i emocji już całkowitą prawdę?
– Takie rozróżnienia wydają mi się dość naiwne. „Bezmatek” wyrasta z własnego doświadczenia, ale każda opowieść jest tylko jedną z narracji, szukaniem języka do opowiedzenia własnej historii. Można to pewnie nazwać właśnie poszukiwaniem prawdy emocjonalnej i słów, które najlepiej ją oddadzą. Pewne wątki zostały wprowadzone w celach fabularnych. Wiem, że niektórzy czytelnicy i czytelniczki śledzą prawdę, chcą oddzielić ją od fabuły. Ale nie wydaje mi się, by było to w ogóle możliwe. Jest takie opowiadanie Kereta „Nagle pukanie do drzwi”. W tym opowiadaniu jacyś mężczyźni domagają się od głównego bohatera, by opowiedział im historię, ale bez zwrotów akcji typu: „nagle pukanie do drzwi”. I gdy ten zaczyna referować to, co się właśnie dzieje, jeden mężczyzna poirytowany mówi, że to nie opowiadanie, tylko sprawozdanie, dokładnie to się teraz dzieje, dokładnie od tego próbują teraz uciec, i dodaje: „Nie zrzucaj tak na nas rzeczywistości jak jakichś śmieci”. W „Bezmatku” starałam się nie zrzucać na odbiorców śmieci.

Poza doświadczeniami nagłego olśnienia młodością są też referencje czytelnicze. Twoja książka momentami przypomina „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Wichy, „Kontener” Bieńczyka”, „Dziennik żałobny” Barthesa.
– Kiedy zaczynałam pisać „Bezmatek”, wyszła książka Marcina Wichy. Od razu rzuciłam się na nią z czytelniczą żarliwością, bo w tamtym czasie interesowała mnie nieomal jedynie matkośmiertna literatura. Myślę, że gdyby nie książka Wichy, nie wróciłyby do mnie tak żywo wspomnienia kłótni o dobrą i złą literaturę z moją mamą. Bo on tam wiele pisze o lekturach matki właśnie. Marek Bieńczyk z kolei od dawna jest moim autorytetem literackim, gdybym nie przeczytała „Kontenera”, w „Bezmatku” znalazłaby się historia o butach kupionych po śmierci mojej mamy, ale jego opowieść o tym w pełni wyczerpała temat „butów żałobnych”. A o przeczytanie „Dziennika” Barthesa długo zabiegałam, bo jedyny egzemplarz dostępny w IBL (Instytucie Badań Literackich PAN) wypożyczył i długo nie oddawał Bieńczyk.

O śmierci i odchodzeniu pisało wielu autorów. Już od ks. Twardowskiego wiemy, że po bliskich zostają buty i telefon głuchy. Może czasem trzeba po prostu pisać, a nie oglądać się na innych?
– Latem na jednym z festiwali literackich podeszła do mnie dziewczyna. Trzymając moją książkę pod pachą, z zaciętą miną powiedziała mi, że ukradłam jej książkę. Spytałam, jak to możliwe, a ona odpowiedziała, że pisała właśnie książkę taką jak moja i teraz już jej nie skończy i nie wyda, bo zabrałam jej opowieść.

Może więc lepiej zbyt dużo nie czytać, bo wewnętrzny czytelnik zniszczy w nas wewnętrznego pisarza? Ale jak już pisać, to same piękne opowieści. Wiesz, jakie jest moje ulubione zdanie w twojej książce?
– Jakie?

„»Jedno piękne wspomnienie z dzieciństwa i jesteś zbawiony«. Jeśli to prawda, to moja mama mnie ocaliła”. Jakim wspomnieniem ocaliła cię twoja mama?
– Mama zabiera mnie i moją siostrę na kwietną łąkę. Uczy nas nazw kwiatów i ziół, kończy się etap naszego przyrodniczego analfabetyzmu. Zbieramy maki, skrzyp polny. Mama tłumaczy, że ze skrzypu robi się np. płukankę na włosy, żeby pozostały ciemne. Rozcieramy w dłoniach różne zioła. Pachnie, jest upalnie. A jakie jest twoje wspomnienie?

Też związane z naturą. Wędrujemy z ojcem i braćmi z miasteczka stryja do wioski dziadka. Jest upalne lato, chce nam się pić i nagle wychodzimy z lasu na pole i widzimy sad pełen jabłoni. Biegniemy, wspinamy się na drzewa i zajadamy soczyste jabłka.
– Piękne. Aż zapachniało latem.

Wspomnienie lata w środku zimy. Twoja książka jest też formą klasistowskiego coming outu. To opowieść o prowincjonalnej biedzie, rozczarowaniach transformacją. Jak książka została przyjęta w twoim rodzinnym Szczecinku?
– Różnie. Na jednym z lokalnych portali pojawiła się informacja o tym, że otrzymałam Paszport „Polityki” i odbierając nagrodę, pokazałam maseczką z błyskawicą. Pod artykułem było mnóstwo hejtu z powodu tego politycznego gestu. Z drugiej strony odezwała się do mnie kobieta, której mama była moją wychowawczynią w pierwszych klasach podstawówki i opowiadała córce o mnie, a ona – nawet po śmierci swojej matki – nadal śledzi moje losy i mi kibicuje. To było bardzo przyjemne. Wzruszył mnie też dobry odbiór „Bezmatka” przez moje starsze sąsiadki tu, gdzie teraz mieszkam, w Warszawie. Jedna przyniosła bukiet róż i odręcznie napisany list, z podziękowaniami, również za tę błyskawicę, za to, że utożsamiam się ze Strajkiem Kobiet i protestuję. Cieszę się więc bardzo z tego, gdzie teraz jestem, ale mam też dobry kontakt z osobą, którą byłam – z tą nastolatką mieszkającą w małym mieście, której marzyło się, że będzie kiedyś pisarką.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 11/2021

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy