Stare zadania dla nowej lewicy

Stare zadania dla nowej lewicy

Wiele uprawnień przyznanych obywatelom przez konstytucję istnieje tylko na papierze

Wybór między „ważnym” a „najważniejszym”, czyli odmowa milczenia o ważnych sprawach w imię skupienia całej uwagi na jednej, uznanej za najważniejszą, jest zawsze sprawą trudną. Na ogół bowiem ludzie pragnący mówić o tym, co najważniejsze długofalowo, oskarżani są o lekceważenie tego, co najważniejsze w danej chwili. Jest tak właśnie dziś, jesteśmy bowiem świadkami olbrzymiej presji wywieranej przez opiniotwórczy mainstream na osoby pragnące zachować pewną niezależność sądu w obliczu dokonanego na naszych oczach niewątpliwego pogwałcenia polskiej konstytucji. Niezależność, o której mowa, bywa przedmiotem moralistycznej krytyki tylko dlatego, że domaga się ujmowania sprawy degradowania Trybunału Konstytucyjnego w szerszym kontekście, wbrew opinii, że mamy do czynienia z czymś bezprecedensowym, sprzecznym z całą tradycją III RP jako wzorowego do niedawna demokratycznego państwa prawa.

I. Presji tego typu najodważniej przeciwstawił się jak dotąd Adrian Zandberg, współzałożyciel partii Razem, w wywiadzie pod wymownym tytułem „Polska. Macocha, nie matka” (rozmowa z Maciejem Stasińskim, „Gazeta Wyborcza, 5-6 grudnia 2015, s. 22-23). Oświadczył on, że ludzie z Razem poszli pod Sejm, aby „upomnieć się o całą konstytucję, nie tylko o Trybunał”. Wiele uprawnień przyznanych obywatelom przez konstytucję istnieje bowiem tylko na papierze. Zandberg wymienił w tym kontekście wolność związkową w sektorze prywatnym, poważnie ograniczaną w imię „dobrego imienia firm”, oraz zobowiązanie do popierania budownictwa socjalnego, w rzeczywistości zwijającego się od lat, przy jednoczesnym praktykowaniu eksmisji rodzin z dziećmi na bruk w imię nadrzędności nieprzedawnialnych ponoć praw prywatnej własności.
O powadze tego ostatniego problemu świadczą dane opublikowane w końcu 2013 r. przez „Politykę” (nr 45, 6-12.11, s. 10). Rekordowej liczby takich eksmisji, bo aż 13 222, dokonano w roku 2000, w roku 2012 też niemało, bo 7812. Symbolem drastycznej krzywdy wyrządzanej w ten sposób wieloletnim lokatorom była historia małżeństwa z kilkudniowym dzieckiem, które w oczekiwaniu na lokal socjalny mieszkało w samochodzie.
Zandberg wymienił te dwie sprawy tytułem przykładu, a mógłby wskazać całą masę innych, w tym również uprawnień klasycznie „wolnościowych”, jak np. art. 41/3, zakazujący aresztowań dłuższych niż 24 godziny bez postanowienia sądu (co w takim razie z tzw. aresztami wydobywczymi?) lub art. 48, gwarantujący prawo do wychowania dzieci zgodnie z przekonaniami rodziców (którzy przecież mogą być agnostykami lub ateistami). Są to sprawy, w zakresie których odstępstwa od norm konstytucyjnych potępiane są zwykle bez wzbudzania kontrowersji. W oczach wielu bardziej kontrowersyjne są niestety wywalczone przez klasyczną lewicę uprawnienia socjalne. Wymienię przykładowo dwa spośród nich, szczególnie ważne i uwzględniane przez naszą konstytucję, ale w praktyce bardzo dalekie od realizacji.
Jednym z nich jest prawo do powszechnego i darmowego leczenia. Konstytucja mówi o nim w art. 68: „Obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych”. Uprawnienie to istnieje jednak tylko na papierze, ponieważ zniesiono je przez wprowadzenie obowiązku opłat za świadczenia medyczne w wysokości 9% od całości uzyskanych dochodów oraz przez pozbawienie tych świadczeń osób nieuiszczających wymienionych opłat. Jest to ewidentnie sprzeczne z zapisem o zabezpieczeniu opieki zdrowotnej wszystkim obywatelom ze środków publicznych, a także z takimi powszechnie uznawanymi zasadami tworzenia prawa jak „prawo nie działa wstecz” (lex retro non agit) oraz zasada nienaruszalności praw nabytych: naruszono bowiem prawa osób, które nabyły prawa do darmowej opieki zdrowotnej przez całożyciową pracę i uzyskały pisemne potwierdzenie tego prawa w karcie emeryta-rencisty. Dodajmy, że naruszono również prawa obywateli bardzo zamożnych, mimo cytowanego stwierdzenia, że prawo do świadczeń medycznych przysługuje wszystkim „niezależnie od ich sytuacji materialnej”. Oczywiste jest przecież, że brak określenia górnej granicy wymaganych składek nakłada na ludzi dużo zarabiających opłaty znacznie przewyższające koszta prywatnej opieki zdrowotnej, co oznaczałoby w praktyce rezygnację z konstytucyjnie należnych świadczeń plus niczym nieuzasadnione dziewięcioprocentowe zwiększenie podatków.
O niekonstytucyjności wymienionej regulacji prawnej mówi wydawnictwo „Krytyki Politycznej” („Zdrowie. Przewodnik »Krytyki Politycznej«”, Warszawa 2012, s.144–145), osłabia jednak ten zarzut, stwierdzając, że „państwo przerzuciło odpowiedzialność na samorządy”. W rzeczywistości jednak posunięcie takie również byłoby niekonstytucyjne, art. 8 konstytucji mówi bowiem, że „przepisy Konstytucji stosuje się bezpośrednio, chyba że Konstytucja stanowi inaczej”.
Drugą sprawą, tym ważniejszą, że przeważnie słabo zauważoną, jest nowelizacja Kodeksu pracy dokonana w sierpniu 2013 r. Znowelizowany Kodeks pracy miał być ogłoszony w styczniu 2014 r. jako bezpłatny dodatek do „Gazety Wyborczej”, ale z jakichś niewyjaśnionych względów zapowiedź ta nie została spełniona. Ostatecznie wydał go tylko niełatwo dostępny „Dziennik Gazeta Prawna”. Czytamy w nim, że dobowy czas pracy może być przedłużony, zależnie od aktualnych potrzeb pracodawcy, do 12, 16 czy nawet 24 godzin, że można narzucać zatrudnionym pracę przez siedem dni w tygodniu, przestrzegając jedynie zasady 11 godzin na dobę oraz 35 godzin tygodniowego wypoczynku, lub że dopuszczalna jest praca przez pół roku po 12 godzin na dobę, rekompensowana później dłuższym okresem wczasów (czysta fikcja, bo oczywiste jest, że podczas tych przedłużonych wakacji ludzie też będą się wynajmować). Następnie wyjaśnienie, że pracownicy będą zawiadamiani o czasie pracy przez elektroniczne harmonogramy (czyli nie będą mieć kontroli nad własnym czasem), a także informacja, że czas między ich powrotem do domu a ponownym pójściem do pracy może być zredukowany do 11 godzin1. Słowem, całkowite zniesienie zasady ośmiogodzinnego dnia pracy (osiem godzin pracy, osiem godzin snu i osiem godzin odpoczynku), czyli podstawowej zdobyczy ludzi pracy najemnej, która w Polsce wprowadzona była w życie wraz z ukonstytuowaniem się II Rzeczypospolitej i wydawała się nienaruszalna. Mało kto jednak zdaje sobie z tego sprawę, nie nazwano tego bowiem po imieniu, mówiąc jedynie o „elastycznym czasie pracy”.
Nasza konstytucja nie wspomina wprawdzie o ośmiogodzinnym dniu pracy, mówi jednak (art. 66) o prawie do „określonych w ustawie dni wolnych od pracy”, co wyklucza rzecz jasna wyznaczanie tych dni zgodnie ze zmienną wolą pracodawcy. Ale nie dość na tym: bardzo szybko „elastyczny czas pracy” oznaczać począł zniesienie tak podstawowych zasad jak określona przez ustawę minimalna płaca, obowiązkowe zabezpieczenie społeczne oraz gwarantowane w konstytucji płatne urlopy. Było to drastycznie sprzeczne z konstytucją, ale zgodne ze stanowiskiem polskiego Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, który na postulat zwiększenia płacy minimalnej zareagował oświadczeniem: „Przedsiębiorcy mają to w dupie, najwyżej będziemy zatrudniać na czarno”2.
W ten sposób pojawił się u nas coraz bardziej liczny „prekariat”, czyli grupa pracowników zatrudnianych bez jakichkolwiek społecznych zabezpieczeń, a więc „pozakonstytucyjnie”. Zjawisko to pojawiło się niestety również w bardziej zaawansowanych rozwojowo krajach Europy, o czym szczegółowo informują m.in. przełożone na nasz język prace znakomitego brytyjskiego znawcy tego zagadnienia, Guya Standinga. Warto jednak podkreślić, że w Polsce, kojarzonej przez długi czas z egalitarną, robotniczą Solidarnością, zjawisko to przybrało postać szczególnie patologiczną, zaowocowało bowiem powstaniem rozległego, alternatywnego rynku pracy, na którym płaci się za godzinę 3-5 zł, co ma się nijak do ustawowej (jakże skromnej przecież) płacy minimalnej.

II. Prof. Wiktor Osiatyński, jeden z autorów naszej konstytucji, powiedział w niedawnym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, że socjalne prawa obywateli zapisano w tekście konstytucji jako „zadania państwa”, a nie jako „prawa podstawowe”, których można dochodzić w sądzie3. Nie jest to ścisłe, konstytucja nie wprowadza bowiem takiego rozróżnienia, ale zgodne jest ze sposobem myślenia rozpowszechnionym w środowiskach prawniczych, uważających dość często, że najważniejszą, rdzenną część konstytucji stanowią te jej artykuły, które mówią o rządzeniu krajem, a więc o prerogatywach jego władz. Bywa tak zwłaszcza w krajach kultury anglosaskiej, gdzie mówi się przecież o „konstytucji brytyjskiej” (w sensie „fundamentalnych zasad rządzenia”), mimo że Wielka Brytania nie miała i nie ma żadnej pisanej konstytucji. Wydaje się jednak, że jest to tradycja zanikająca, w większości krajów całkowicie już wyparta na rzecz rozumienia konstytucji jako dokumentu pisanego, formułującego w postaci obowiązującej zarówno zasady rządu, jak i prawa rządzonych.
Klasyczna typologia praw obywatelskich, sformułowana w ważnej książce T.H. Marshalla „Class Citizenship and Social Development” (1964), wyróżnia trzy rodzaje tych praw: prawa cywilne, prawa polityczne i prawa socjalne. Pierwsze z nich pojawiły się w wieku XVIII, o drugich można mówić w pełnym znaczeniu tego określenia dopiero w drugiej połowie wieku XIX, po zwycięstwie niecenzusowej demokracji elektoralnej, a powszechna akceptacja grupy trzeciej, czyli praw socjalnych, przypadła dopiero na wiek XX, aczkolwiek w liberalnej opinii publicznej zwyciężyła już w poprzednim stuleciu. Bezprecedensowy horror II wojny światowej walnie przyczynił się do triumfu integralnego pojmowania praw człowieka, mającego położyć kres porządkom społecznym, które zrodziły ten horror lub nie potrafiły mu zapobiec. Wyrazem tego powszechnego, jak się wówczas zdawało, stanu świadomości stała się Powszechna Deklaracja Praw Człowieka, uchwalona w grudniu 1948 r. przez Zgromadzenie Ogólne ONZ. Zaliczyła ona do niezbywalnych praw jednostki ludzkiej nie tylko prawa „wolnościowe”, lecz również „prawa ekonomiczne, socjalne i kulturalne”, takie jak prawo do pracy i do wynagrodzenia zapewniającego pracownikowi i jego rodzinie „egzystencję odpowiadającą godności ludzkiej”, do swobodnego tworzenia związków zawodowych, do adekwatnego zabezpieczenia na wypadek bezrobocia, do opieki lekarskiej i oświaty, do „rozsądnego ograniczenia godzin pracy i okresowych płatnych urlopów”, a nawet do domagania się realizacji tych uprawnień w skali międzynarodowej4. Podobne sformułowania zawiera Międzynarodowy Pakt Praw Gospodarczych, Społecznych i Kulturalnych z 16 grudnia 1966 r. (wszedł w życie w styczniu 1976 r.) oraz Europejska Karta Społeczna z 1961 r. (ratyfikowana przez Polskę w 1997 r.), mówiąca, że należy nie tylko ustanowić lub utrzymać system zabezpieczenia społecznego, lecz również starać się o stopniowe podnoszenie poziomu tego zabezpieczenia; a także (co warto przypomnieć w czasach pozbawionego praw społecznych prekariatu), że czas pracy powinien być stopniowo skracany, a każdemu należy zapewnić „coroczny, co najmniej dwutygodniowy płatny urlop”.
Należy odnotować, że niektórzy prawnicy głosili pogląd, że prawa socjalne są w istocie tylko „zbiorem celów”, do których należy dążyć. Nie była to jednak wykładnia powszechnie obowiązująca. Wprost przeciwnie! Najbardziej autorytatywni znawcy prawa opowiadali się za tezą o integralności praw człowieka, a więc za jednakowym statusem wszystkich tych praw, z socjalnymi, ekonomicznymi i kulturowymi włącznie. Warto przypomnieć, że w tym samym duchu wypowiadał się w tej sprawie Jan Paweł II, wciąż przywoływany przez polską prawicę w kwestii aborcji i modelu rodziny, ale ignorowany jako twórca nauki o godności pracy i jej prymacie nad kapitałem. Z okazji 50. rocznicy Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka podkreślił on, że wymienione w niej prawa tworzą „jednolitą całość”; wpisane są „w istotę ludzkiej osoby” i obowiązują „we wszystkich okresach życia i we wszelkich okolicznościach politycznych, społecznych, gospodarczych czy kulturalnych”5.

III. Ludziom młodym, dojrzewającym w czasach zupełnie zmienionego klimatu politycznego, trudno wręcz wyobrazić sobie, że poglądy tego typu – uważane dziś u nas za skrajne „lewactwo” – były do niedawna powszechnie akceptowane w opiniotwórczych kręgach Zachodu – do tego stopnia, że kwestionowanie ich uchodziło wręcz za nieprzyzwoitość. Dziś zmieniło się to, opinia publiczna przesunęła się na prawo, choć na szczęście nie tak drastycznie jak w Polsce. Nie zawsze dostatecznie zdajemy sobie sprawę, że zmiana ta wymuszona została przez zasadniczy (choć nie od razu wyraźnie zauważony) zwrot w polityce gospodarczej Zachodu, zapoczątkowany już w latach 70., kontynuowany z impetem przez „konserwatywną rewolucję” Margaret Thatcher i Ronalda Reagana, a ideologicznie wspierany przez amerykańskich konserwatystów, którzy w Europie przywłaszczyli sobie nazwę „(neo)liberałów”. O przyczynach tego zjawiska, będącego w istocie dogłębną zmianą dotychczasowego kierunku ewolucji najbardziej rozwiniętej gospodarczo części świata, napisano tak wiele, że nie da się tego podsumować w niniejszym artykule. Ograniczę się więc do przypomnienia takich współprzyczyn tego radykalnego zwrotu jak kryzys naftowy 1978 r., starzenie się europejskich społeczeństw oraz spektakularne załamanie się ustrojowej alternatywy w krajach „gospodarki planowej”, zakończone rozwiązaniem ZSRR i ideowym rozbrojeniem antykapitalistycznej lewicy. Wkrótce dołączył do tego niszczący wpływ komputeryzacji: przełom informatyczny utorował bowiem drogę do globalizacji ekonomicznej bez globalizowania demokracji, co wyzwoliło kapitalizm z ograniczeń nakładanych na niego przez demokratyczne państwa narodowe.
W artykule opublikowanym w końcu 2013 r. nazwałem ten brzemienny w skutki przełom „neoliberalną kontrrewolucją”6. Nieszczęściem Polski było to, że jej transformacja ustrojowa zbiegła się w czasie z bezprecedensowym nasileniem wpływów zachodniej „neoliberalnej” prawicy, a sytuacja wewnętrzna umożliwiała pozbawionym skrupułów politykom zamianę liberalno-demokratycznej legitymizacji ustrojowej przemiany na legitymizację „antykomunistyczną”. A trzeba dodać, że polska tradycja antykomunizmu bardzo różniła się od głównego nurtu zimnowojennego antykomunizmu zachodniego, zdominowanego przez postacie o poglądach zdecydowanie lewicowych, jak np. George Orwell lub Artur Köstler. W warunkach polskich antykomunizm polegał z reguły na licytowaniu się w prawicowości, przybierając niekiedy postać iście „przedpotopową”.
Ryzykując pewne (niewielkie jednak) uproszczenie, powiedzieć można, że budowa w Polsce nowego ustroju rozpoczęła się w okresie o podwójnym obliczu. Z jednej strony, przyświecały jej jeszcze nadzieje wyrażone w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, ale z drugiej strony wywierał na nią przemożny wpływ, przechodzący czasem w jawny szantaż, neoliberalny dogmatyzm wolnorynkowy, w czystej postaci reprezentowany przez Leszka Balcerowicza. Ku zdziwieniu ekspertów zachodnich wybrano, jak wiadomo, najradykalniejszy i najbardziej bolesny społecznie wariant urynkowienia. Zupełnie nie liczył się on z podstawową zasadą liberalnej sprawiedliwości społecznej (sformułowaną przez Johna Rawlsa w „Teorii sprawiedliwości, 1971), mówiącą, że reformy zwiększające nierówność usprawiedliwione są wyłącznie wtedy, gdy polepszają sytuację ludzi najgorzej usytuowanych. Towarzyszyła temu bardzo szybka zmiana języka, w którym mówiono o sprawach społecznych. „Prawa człowieka” (mimo potwierdzenia ich niezbywalności przez „polskiego papieża”) zaczęto nazywać „roszczeniami” oraz dowodzić, że sprowadzają się one do żądania nieprawomocnych „przywilejów”: „świadczenia” (czyli coś należnego) stały się udzielanymi na zasadzie dobroczynności „zasiłkami”, słowa „obrońca ludu” stały się wyrażeniem ironicznym, „państwo dobrobytu” (welfare state) zmieniło konotację z pozytywnej na negatywną, stając się synonimem stygmatyzującego uzależnienia od państwa. Główny publicysta ekonomiczny „Gazety Wyborczej” głosił nieustannie, że nikt nie ma prawa do „darmowego obiadu”, ponieważ tylko rynek może decydować, czy ludzie dostaną coś, czy nie, a na łamach „Tygodnika Powszechnego”, czyli pisma reprezentującego najbardziej postępową formację polskiego katolicyzmu, pojawił się pogląd, że domaganie się socjalnego minimum jest przejawem bolszewizacji świadomości7.
Dziś zjawisko to umasowiło się, stając się częścią świadomości potocznej. Znaczna część naszych internautów protestuje przeciw noclegowniom dla „leniwych bezdomnych” i subsydiowaniu „wygodnego życia na bezrobociu”. Państwo socjalne stało się pojęciem wstydliwym, niemalże obelżywym (por. „Gazeta Wyborcza”, 15-16.09.2012, s. 16). Na Zachodzie także tak bywa, cały świat bowiem – co przyznawał z goryczą Jacek Kuroń – zmierza dziś w kierunku jednostronnej przewagi kapitału nad pracą, poważnie naruszającej równowagę społeczną. Ale decydujące są jednak różnice: na Zachodzie bowiem wciąż istnieją jeszcze liczne pozostałości rozbudowanego systemu społecznych zabezpieczeń, a likwidowanie ich wywołuje coraz powszechniejsze żądanie gwarantowanego dochodu, przysługującego wszystkim i wystarczającego do przeżycia. Opowiada się za tym m.in. cytowany wyżej Guy Standing, u nas zaś nie słyszałem o żadnej osobie, która widziałaby w tej idei coś więcej niż jeszcze jedną utopię.
Celem „socjalnych cięć” i polityki „zaciskania pasa”, propagowanej przez neoliberalnych sterników naszego państwa, miałoby być zwiększanie zdolności konkurencyjnej Polski w międzynarodowym wyścigu ekonomicznym. Bardzo elokwentnie wypowiadał się na ten temat jeden z twórców tej polityki, Janusz Lewandowski, zakładał jednak (co w wypadku innych „neoliberałów” nie jest oczywiste), że przyniesie to również wymierne zwiększenie dobrobytu Polaków. Przez pewien czas oczekiwania te sprawdzały się, czemu bynajmniej nie zamierzam przeczyć. Dziś widoczne jest jednak, że rozpowszechnienie „śmieciowych” umów o pracę oraz innych form redukowania uprawnień pracowniczych w połączeniu z dokładnie obliczanym już dziś niemal trzykrotnym zmniejszeniem emerytur w niedalekiej przyszłości (nikt bowiem nie przewiduje, że można by ratować ich poziom przez redystrybucję dochodu narodowego!), spowoduje bardzo odczuwalny regres poziomu życia. Janusz Lewandowski zgodził się z tym w końcu 2013 r. w rozmowie z Adamem Leszczyńskim, przyznając, że „państwo dobrobytu uwolniło powojenne pokolenia Europejczyków od lęku egzystencjalnego” i że „dziś na to miejsce wkroczył lęk o przyszłość wypełniający po brzegi południe Europy. Młode pokolenie ma gorsze perspektywy aniżeli pokolenie rodziców”8.
Wzmianka, że jest tak już na południu Europy, pozostawia (teoretycznie) możliwość optymizmu co do Polski, inni publicyści wykluczają jednak taką nadzieję. Na łamach „Polityki” mogliśmy przeczytać stanowcze stwierdzenie, że dzisiejsi młodzi Polacy są pokoleniem, które – jako pierwsze w długiej historii społecznej – odnajdzie się w życiu gorzej niż rodzice”9. Taką samą diagnozę stawiają politycy społeczni i ekonomiści Zachodu, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, gdzie jest to już boleśnie odczuwaną rzeczywistością. A skoro tak, to jaki ludzki sens miała wielka „neoliberalna kontrrewolucja”? Jak dotąd najlepiej widocznym jej skutkiem jest kolosalny, niewyobrażalny do niedawna, wzrost nierówności, połączony z wydatnym pogorszeniem warunków zatrudnienia i statusu społecznego ludzi pracy (częściowo tylko rekompensowany rozwojem Chin i paru innych krajów azjatyckich).

IV. Artykuł niniejszy nie ma ambicji całościowego oceniania dorobku III RP, wyważania jego plusów i minusów. Ma być jedynie skromną próbą pomożenia młodej lewicy w ujęciu zadań, które stanęły przed nią w sytuacji skoncentrowanego ataku prawicy na niektóre pryncypia „demokratycznego państwa prawnego”, jakim ma być Polska wedle swojej konstytucji.
Dla uniknięcia nieporozumień zacząć muszę od stwierdzenia, że w rzeczywistości dzisiejsza Polska nie jest niestety pełnowartościowym państwem prawa. W poglądzie tym nie jestem odosobniony, zgadza się z nim bowiem wielu wybitnych polskich prawników. Jest tak, moim zdaniem, z powodu dwóch poważnych zagrożeń towarzyszących od samego początku postpeerelowskiej państwowości polskiej.
Pierwsze z nich, klasycznie prawicowe (co w warunkach polskich zawsze łączy się ze słabszym lub silniejszym zaangażowaniem nacjonalistyczno-katolickim), najmocniej kojarzy się z osobą Jarosława Kaczyńskiego. To on przecież już w czasie rządów Tadeusza Mazowieckiego przejął, z rąk Wałęsy, funkcję redaktora naczelnego „Tygodnika Solidarność” i rozpętał na jego łamach kampanię na rzecz ekstremistycznie pojmowanej „dekomunizacji”, łamiącej wszystkie ustalenia Okrągłego Stołu. Żądał zakazania byłym funkcjonariuszom PZPR nie tylko udziału w polityce, ale również obejmowania stanowisk kierowniczych w administracji i gospodarce, poczynając od stanowiska brygadzisty w fabryce. Domagał się także podziału Solidarności na dwie partie: jego własna partia, Porozumienie Centrum, uznać miała przywództwo Wałęsy i reprezentować prawicę, natomiast przywódcą lewicy stać się miał Mazowiecki. Los gen. Jaruzelskiego nie miał być zależny od ustaleń powołanej przez Sejm Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej, lecz rozstrzygnięty szybko i raz na zawsze: miał on, wraz z towarzyszami, którzy wprowadzili stan wojenny, stanąć przed sądem i zostać skazany na najwyższy wymiar kary, a wyrok powinien zostać wykonany10.
Ważną częścią tych projektów był również plan oszukania robotników w kwestii strat, jakie ponieśli w wyniku reform Balcerowicza. Przewidywał on skierowanie uzasadnionego gniewu robotniczego przeciwko byłej peerelowskiej nomenklaturze, oskarżonej o rozgrabienie majątku narodowego w imię własnej korzyści.
Kulminacją prawicowej ofensywy przeciwko liberalnemu państwu prawa była zaciekła walka z konstytucją 1997 r. (prowadzona głównie przez Akcję Wyborczą Solidarność pod wodzą Mariana Krzaklewskiego), a następnie zażarte spory o ustawę lustracyjną (uchwaloną w końcu w lutym 2007 r.). Krzaklewski atakował konstytucję z prawdziwą furią, określając ją mianem „bolszewickiej nawały”, przy wtórze katolickich hierarchów oraz całej (niepotrafiącej się jednak zjednoczyć) prawicy. Zdumiewającym zakończeniem tych zmagań był przykry fakt, że Unia Wolności (pod przywództwem Balcerowicza), współodpowiedzialna wraz z „postkomunistami” za tekst konstytucji, porzuciła po jej uchwaleniu swoich niedawnych sojuszników i sprzymierzyła się z Krzaklewskim właśnie. Równie zawstydzające okazały się spory o lustrację, przyczyniły się bowiem do przesunięcia na prawo nadspodziewanie dużej liczby osób, w tym środowiska „Tygodnika Powszechnego”. Zaś tekst uchwalonej ustawy kolidował z elementarnymi zasadami państwa prawa co najmniej w czterech sprawach, takich jak równość wobec prawa (prawo nie dzieli bowiem ludzi na nieskazitelnych i moralnie skażonych), wolność słowa (która miała być odebrana „lustracyjnym kłamcom”), a także zasady, że prawo nie działa wstecz, oraz domniemania niewinności. Ponadto preambuła do ustawy określała PRL jako „państwo zbrodnicze”, związane z „totalitarnym komunizmem”, czyli „absolutnym złem”. Sędzia Trybunału Konstytucyjnego Bohdan Zdziennicki uznał w swym „zdaniu odrębnym”, że formuła ta skazywała licznych obywateli państwa na karę infamii, czyli poczucia izolacji społecznej, deprecjacji i odrzucenia. Podkreślił też, że wyposażenie Sejmu w prawo ustalania obowiązującej wersji historii jest aktem niekonstytucyjnym.
Ideałem prawicowych krytyków konstytucji była wizja zintegrowanej wspólnoty narodowej, wyposażonej w jednolitą wolę i nietolerującej istotnych różnic światopoglądowych. Było to całkowitym zignorowaniem faktu, że nowoczesne narody, w odróżnieniu od plemion, muszą być wspólnotami maksymalnie pojemnymi, pluralistycznymi, a więc nie mogą tolerować dzielenia obywateli na „lepszych” i „gorszych”, a tym bardziej dzielić ich na przywódcze elity i podporządkowaną im, niedostatecznie patriotyczną ponoć, narodową większość.
Drugą odmianą polskiej prawicy, równie niebezpieczną dla „demokratycznego państwa prawnego”, był i jest oczywiście wielokrotnie wspominany wyżej „neoliberalizm”, dowodzący nieustannie, że nadrzędne wobec demokracji jest nienaruszalne rzekomo prawo własności prywatnej i że suwerenność polityczna musi być drastycznie ograniczona przez obowiązujące w skali międzynarodowej zasady wolnego rynku. Doskonałą prezentacją takich poglądów jest antologia Leszka Balcerowicza pt. „Odkrywając wolność” (Zysk i S-ka, Warszawa 2012), mająca być narzędziem walki ze „zniewoleniem umysłów”. Jeden z zamieszczonych w niej tekstów (Anthony de Jasay, 2010) mówi wprost, że liberalna demokracja jest definicyjną sprzecznością, albo bowiem własność prywatna jest prawem najwyższym, albo władza ludu. Inny tekst (William A. Niskanen, 2009) dowodzi, że nie jest sprawiedliwe, że finansowy oszust Bernard Madoff skazany został na 150 lat więzienia, skoro na większą karę zasługiwaliby prezydenci Roosevelt i Johnson za wprowadzenie zabezpieczeń emerytalnych i zdrowotnych (Social Security i Medicare), co obciążyło Amerykanów olbrzymim długiem.
W warunkach polskich, jak starałem się pokazać, idee „neoliberalne” wywołały epidemię darwinizmu społecznego, niszczącą nie tylko instytucje państwa socjalnego, lecz również samą tkankę społeczną. Nawet słowo „liberalizm” skojarzone zostało u nas z ideologią wolnego rynku, a nie z liberalną ideologią reform społecznych mających równoważyć interesy pracy i kapitału.
Pojawienie się prekariartu powinno uzmysłowić nam istnienie najściślejszego związku między „wolnym rynkiem” a „wolnym kontraktem”, czyli niepoddaną regulacjom prawnym umową o pracę. Krytyka idei „wolnego kontraktu” jako umowy posiadacza środków przemocy ekonomicznej z bezbronnym (i w dodatku izolowanym wskutek zakazu zrzeszeń) sprzedawcą własnej pracy legła u podstaw Marksowskiej krytyki kapitalistycznej wolności jako cynicznego usprawiedliwienia przemocy silniejszego. Na dobro liberalnego reformizmu należy jednak zapisać fakt, że ważny jego przedstawiciel, T.H. Green, już w latach 1879-1881 wszechstronnie uzasadnił niezbędność prawnego ograniczenia wolności kontraktów ze względów bardzo rozmaitych, takich jak maksymalny czas pracy, niedopuszczalność pracy dzieci, względy zdrowotne i niezbędność zapewnienia bezpieczeństwa. Słusznie podkreślił, że całkowita wolność kontraktów przekreśliłaby wolność rozumianą jako swobodna i wszechstronna samorealizacja.
Ma się rozumieć, ograniczenie wolności kontraktów powinno być sprawą nie rządów, zawsze arbitralnych w jakiejś mierze i zależnych od zmiennych kalkulacji politycznych, ale maksymalnie stabilnego, konstytucyjnie gwarantowanego prawa. Główną formą tego ograniczenia powinno być mądre ustawodawstwo pracy, przywracające ludziom prawo do społecznego minimum, wyraźnie określonego czasu pracy, płatnego urlopu, edukacji, opieki zdrowotnej i godziwego zabezpieczenia na starość. Dotyczy to zresztą nie tylko kontraktów, ale wszelkich form władzy ekonomicznej, ważniejszej dziś niż władza polityczna, ale niedostatecznie ograniczonej przez prawo. Jeśli aprobujemy zasadę władzy ograniczonej (limited government), powinno to oznaczać dziś prawne ograniczenie nie tylko władzy politycznej, lecz również autokracji rynku.
Jeśli tak jest w istocie, przeczy to popularnej dziś tezie o zbędności klasycznej lewicy. Nie wiemy jeszcze, czy wystarczy powrót do autentycznie społecznej gospodarki rynkowej, czy też potrzebna jest głębsza, dalej idąca zmiana. Ale jasne jest chyba, że bez umocnienia i uaktywnienia lewicy nie mamy wielkich szans na dalszy pomyślny rozwój.
Grudzień 2015

Autor jest historykiem idei, członkiem rzeczywistym PAN, emerytowanym profesorem Uniwersytetu Notre Dame w Indianie w USA

1 Kodeks pracy. Ujednolicony tekst ustawy. Kompendium Prawa pracy na 2014 r., „Dziennik Gazeta Prawna”, styczeń 2014, s. 17-19.
2 „Polska nierówność. Wstydliwy temat”. Rozmowa G. Sroczyńskiego z prof. K. Jasieckim, „Gazeta Wyborcza”, Magazyn, 24.12.2013, s. 25.
3 „Konstytucja do bicia”. Rozmowa E. Siedleckiej z W. Osiatyńskim, „Gazeta Wyborcza”, 29.11.2015, s. 24-25.
4 Patrz: „Prawa człowieka. Wybór źródeł”. Oprac. K. Motyka, Lublin 2001, s. 81-86.
5 Tamże, s. 367.
6 A. Walicki, „Neoliberalna kontrrewolucja”, „Gazeta Wyborcza”, 30.11-1.12.2013, s. 30-31.
7 Mowa o W. Gadomskim i J. Hennelowej. Patrz: A. Walicki, „Czym nie powinna być inteligencja liberalna?”, w: tenże, „O inteligencji, liberalizmach i o Rosji”, Universitas, Kraków 2007, s. 125 i 132.
8 „Socjalizmu nie da się naprawić”. Rozmowa A. Leszczyńskiego z J. Lewandowskim, „Gazeta Wyborcza”, 14.12.2013, s. 32-33.
9 M. Bunda, „Niższość nizin”, „Polityka”, nr 44, 29.10–6.11. 2012, s. 94-95.
10 Patrz: A. Walicki, „Sprawiedliwość okresu przejściowego i walki polityczne”, w: tenże, „Polskie zmagania z wolnością”, Universitas, Kraków 2000, s. 139-155. Wypowiedź w sprawie Jaruzelskiego w: „Sąd nad autorami stanu wojennego”, BGW, Warszawa 1993, s. 323.

fot. Jacek Wajszczak/REPORTER

Wydanie: 3/2016

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy