Stefan Paszczyk, jakim Go pamiętam

Stefan Paszczyk, jakim Go pamiętam

Odszedł od nas wspaniały człowiek. Człowiek sportu. Człowiek walki. Człowiek fair play. Wszystko to, co związane było z najpiękniejszymi wydarzeniami i przeżyciami sportowymi, skupiało się w Stefanie Paszczyku. Sam wielkim sportowcem nie został. Był za to znakomitym trenerem i organizatorem sportu. Swoją działalność w sporcie i zasady, które wyznawał w pracy, przenosił na życie osobiste i relacje z przyjaciółmi. Stefan hołdował tym zasadom na każdym etapie kariery, zarówno wtedy, gdy był kierownikiem wyszkolenia PZLA, szefem zespołu metodycznego i przygotowań olimpijskich, jak i wtedy, gdy był wicedyrektorem departamentu sportu wyczynowego w GKKFiT, a potem wiceprzewodniczącym Komitetu Młodzieży i Kultury Fizycznej czy wreszcie prezesem Urzędu Kultury Fizycznej i Turystyki i prezesem PKOl. Mówiąc po prostu – zasady fair play traktował jako najważniejszy drogowskaz. Miał ogromny szacunek dla sportowego wysiłku i tej szczególnej odpowiedzialności, która cechuje ludzi sportu.
Był w swoim życiu bardzo konsekwentny. Uważał, że tak jak sport powinny też funkcjonować wszystkie sfery aktywności ludzkiej. I zawodowe, i prywatne. W tym sensie Stefan Paszczyk jawi mi się jako gigant pracy, walki sportowej i głębokich zasad moralnych.
Łączyła mnie z nim wielka przyjaźń. Spotkałem go dosyć późno, bo w 1986 roku, kiedy szukałem dobrych fachowców do Komitetu Młodzieży i Kultury Fizycznej i swojego zastępcy, kogoś dobrze znającego się na zasadach organizacyjnych sportu i działalności szkoleniowej. Podpowiedziano mi, że w Legii Warszawa jest taki trochę odstawiony na boczny tor ciekawy człowiek o nazwisku Stefan Paszczyk. Zaprosiłem go wtedy na rozmowę i poprosiłem, by przygotował dokument pokazujący, jak sobie wyobraża pracę w komitecie. Umówiłem się z nim za dwa dni. Stefan jednak żadnego opracowania po dwóch dniach nie przyniósł, a to, co dostarczył później, przekazał mi bez wiary, że coś z tego może wyjść. Jako outsider nie miał większych nadziei na akceptację dla swoich koncepcji. Siedliśmy wtedy nad jego pomysłami i bardzo szybko został moim zastępcą. Od razu przeszliśmy na ty i staliśmy się przyjaciółmi na kolejne 22 lata. Graliśmy często w tenisa. Ostatni raz u mnie na Mazurach. Był w świetnej formie. A potem, gdy trafił do szpitala, byłem u niego i utrzymywałem kontakt do ostatniej chwili.
Stefan Paszczyk wyprzedzał w sporcie swoją epokę. Był człowiekiem nowocześnie myślącym, a jego wiedza na temat spraw sportu, treningów, szkoleń i przygotowań olimpijskich nie miała sobie równych. Jego format i niezwykły upór w dążeniu do celu widać było na każdym etapie drogi zawodowej. Trudno przecenić dokonania Stefana jako szefa wyszkolenia PZLA oraz jako wiceministra i ministra sportu, i wreszcie szefa PKOl. Ogromna, szczegółowa, wręcz encyklopedyczna wiedza i niebywała determinacja w osiąganiu celów były niekiedy irytujące, bo wymagał od życia niezwykle dużo. Zarówno od siebie, jak i od innych. Wiedział jednak, co robi. Jego metody sprawdziły się wielokrotnie w polskim sporcie i w sporcie hiszpańskim. Trzeba bowiem pamiętać, że w 1990 r. wyjechał na cztery lata do Hiszpanii, gdzie był doradcą tamtejszego rządu do spraw przygotowań olimpijskich. Jego zasługi dla królestwa były ogromne. Hiszpanie na igrzyskach w Barcelonie zdobyli najwięcej złotych medali w swojej historii i w tym kraju Paszczyk jest do dziś uważany za wielkiego guru sportu. Odwiedziłem go wówczas i przekonałem się, że traktowano go z wielkim respektem, jako osobę prawie nieomylną, jako kogoś, kto w swojej dziedzinie wie wszystko. I rzeczywiście wiedział. Potem spotkałem go jako ambasadora w Argentynie, gdzie w bardzo krótkim czasie zdobył sobie szacunek i uznanie nie tylko środowisk polonijnych i polsko-żydowskich, które tam licznie osiadły, ale i samych Argentyńczyków, których ujmował osobowością.
Stefan Paszczyk, jakiego pamiętam, był człowiekiem nadzwyczajnie aktywnym, niezwykle intensywnie pracującym, bezinteresownym, całkowicie oddanym zadaniom, które wykonywał, nie licząc na żadne apanaże. Nie dorobił się wielkich pieniędzy, nie miał żadnego majątku, a w końcowym okresie życia został jeszcze oszukany, bo powierzył swe oszczędności ludziom niegodnym zaufania. To zresztą mogło się także przyczynić do jego przedwczesnej śmierci.
Sympatycy sportu, kibice i my, jego przyjaciele, będziemy pamiętać o Stefanie! Warto by tę myśl o pamięci zadedykować także Polskiemu Komitetowi Olimpijskiemu, który powinien się szczególnie zainteresować spuścizną po swoim byłym szefie. Może warto pomyśleć o stypendium czy nagrodzie imienia Stefana Paszczyka. Swoją pracą zasłużył przecież na szczególne dowody pamięci.
Myślę, że Stefan będzie pochowany na warszawskich Powązkach w specjalnej alejce, gdzie spoczywają wybitni ludzie sportu i jego przyjaciele, Eugeniusz Pietrasik, Tadeusz Ślusarski, Władysław Komar i inni. Był z nimi w bliskich związkach i jeśli dołączy do nich, to pewnie i na tamtym świecie będzie miał z kim dyskutować o sporcie, o medalach i olimpiadach. Odszedł od nas wspaniały człowiek.
Warszawa, 14 listopada 2008 r.

Wydanie: 47/2008

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy