Świat jest wszędzie

Świat jest wszędzie

Rozmowa z Pawłem Klocem, reżyserem i producentem filmowym

To twój pierwszy film dokumentalny i od razu zdobył znaczącą nagrodę i uznanie międzynarodowej krytyki.
– Zadebiutowałem w takiej formie, w jakiej chciałem. To nie czysty film dokumentalny. Ktoś z publiczności powiedział, że to „film fabularny, tylko z życia wzięty”. Mnie się wydaje, że jest tu trochę fabuły, która stosuje formę dokumentalną, i trochę dokumentu w formie fabularnej.
Dla mnie najciekawsze w mojej opowieści jest to, jak nasze doświadczenie się uniwersalizuje, jak życie zamienia się w szerszy kontekst, staje się przeżyciem fabularnym. Film przede wszystkim jest sztuką, dlatego poszukuję takich środków wyrazu, żeby najlepiej opowiedzieć jakąś historię.
Dlaczego nie skorzystałeś z fabuły, w której masz duże doświadczenie?
– Film fabularny jest teraz szalenie schematyczny i bardzo trudno go zrobić. Dokument daje dużą wolność. Mogłem swobodnie pracować nad osiągnięciem formy, o której myślałem. Cieszę się, że udało mi się go zrobić o własnych siłach, bez przeszkód stojących na drodze produkcji fabuły. Dokument jest dzisiaj fascynującym zjawiskiem i w fantastycznej formie. Szczególnie ten duży, pełnometrażowy. Jest – co prawda – dziełem autorskim, choćby w warstwie montażu, jednak pokazuje świat w jego złożonej i niejednoznacznej kondycji. Ten sam temat wygląda zupełnie inaczej w filmie fabularnym i w filmie dokumentalnym.
Czy nie znalazłeś jakiejś interesującej historii w Polsce?
– Gdy spojrzę, co się z tym filmem stało, to nie ma dla mnie większego znaczenia, gdzie rozgrywa się ta historia. Świat, w którym żyjemy, nie jest światem, który łatwo daje się podzielić. Żeby próbować zrozumieć świat, nie trzeba opowiadać rzeczy z własnego podwórka. Gdybym natknął się na tę sytuację za rogiem ulicy albo na Śląsku, albo w Warszawie, albo gdziekolwiek indziej, tobym ją w ten czy inny sposób nakręcił. Akurat tam – w Kambodży – spotkałem takiego bohatera.
Dlaczego on? Co było w nim interesującego?
– Dla mnie reprezentował konglomerat różnego rodzaju poziomów symbolicznych. Mój film nie jest trwale przyczepiony do kambodżańskiej codzienności. Kambodża – miejsce, w którym mój bohater żyje – jest tutaj rodzajem jądra ciemności. Po drugiej stronie drogi była dyskoteka, miejsce bardzo niebezpieczne, gdzie wydarzyło się wiele ponurych historii, ale ja nigdy nie skierowałem na nią kamery. Skupiłem się na życiu bohatera. On, jego korzenie, jego nowa rodzina. Jeszcze nigdy nie spotkałem tylu tematów w jednym. Moim marzeniem było zmierzyć się z wielopoziomową historią. Zresztą wystarczy dzisiaj odpalić YouTube, żeby zobaczyć, że świat jest wszędzie. Ludzie kręcą różne historie, które później są oglądane na całym świecie.
Co uniwersalizm „Kołysanki z Phnom Penh”, na który się powołujesz, może powiedzieć o nas, Polakach?
– Nie chciałbym sam interpretować swojego filmu. Lebenstein powiedział kiedyś, że gdyby potrafił mówić o swoich obrazach, toby ich nie malował. Nie chcę mówić, co w tym filmie jest i co to znaczy. O tym myślałem, zanim go zrobiłem. Ten film można i trzeba na swój sposób przeżyć. Jest wyświetlany na kilku kontynentach i spotkałem ludzi, którzy o nim dyskutują, czasami płaczą, czasami opowiadają swoje intymne historie, które ten film wywołał, więc u każdego wygląda to inaczej. Czasami zależy to od pokolenia. Starsi widzą bohatera jako ofiarę wojennej traumy. Inni dostrzegają tu wątki postkolonialne, związane z Saran, jego żoną.
Żyd na obczyźnie w poszukiwaniu ziemi obiecanej? Czy to jest odwołanie do motywu bliskiego polskiej kulturze, wielokrotnie wykorzystywanego w rodzimych produkcjach?
– Jego pochodzenie to czysty przypadek, dopiero później uświadomiłem sobie tę zbieżność. W filmie jest ciekawa scena, kiedy pojawia się turystka z Anglii. Również żydowskiego pochodzenia i również wojenna emigrantka. Z Polski. Jeśli mówimy, że to, co zdarzyło się podczas ostatniej wojny, już przeminęło, tam właśnie to spotkałem. Ale, jak mówię, to są dalsze poziomy odczytania filmu. Najważniejsza jest prywatna historia Ilana.
Bohater jednak raju nie znalazł? Wróży z kart, ale nie potrafi odpowiedzieć, czy jego wędrówka tutaj się kończy. Kambodża ze swoją ponurą przeszłością i niebezpieczną teraźniejszością uchodziła dotąd za raj jedynie w kategoriach
seksturystyki, gdzie za kilka dolarów można bez specjalnych przeszkód kupić „kawałek szczęścia” z nieletnią prostytutką.
– Jeśli mówimy o raju przewrotnie, Kambodża to miejsce poza kontrolą. To jest ta kwestia postkolonialna. Można sobie zadać pytanie, dlaczego taka turystyka tam się pojawiła. Tam też była wojna, a dzieci, podobnie jak nasz bohater, są jej ofiarami. W tym sensie mój film jest bardzo smutny. Pokazuje też konsekwencje naszego kolonialnego dziedzictwa. Z jednej strony, biali jadą tam, żeby za kilka dolarów dobrze się zabawić, z drugiej, Ilan, który przecież jest biały, dobrze się nie bawi. Przez swoją biedę nie zdobywa wśród miejscowych szacunku. A tak jest na całym świecie.
Pozostaniesz przy filmach dokumentalnych?
– Żadnych konkretów nie mogę powiedzieć. Nowe projekty są jeszcze w fazie pomysłów, przed nimi jeszcze długa droga do produkcji.


Paweł Kloc, producent i reżyser filmowy, rocznik ‘71, laureat Srebrnego Rogu za najlepszy dokument w konkursie międzynarodowym i Srebrnego Lajkonika w konkursie polskim Krakowskiego Festiwalu Filmowego za obraz „Kołysanka z Phnom Penh”. Film opowiada o życiu Ilana Schickmana, emigranta z Izraela, który w poszukiwaniu szczęścia wyjechał do Kambodży, gdzie wiedzie ubogi żywot ulicznego wróżbiarza razem z Saran, miejscową dziewczyną, i ich dwiema córkami, sześciomiesięczną Jasmine i dwuletnią Marie, którą z powodu biedy będą musieli oddać rodzinie zastępczej. Do końca jednak nie wiadomo, dlaczego Schickman tutaj się znalazł. Dlaczego opuścił rodzinne strony? Dlaczego nikt go nie szuka i co będzie w przyszłości? Czy Kambodża to jego ziemia obiecana, którą dla milionów Żydów niegdyś stała się Polska?

 

Wydanie:

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy