Świnie to podstawa

Świnie to podstawa

Wielożeństwo na Nowej Gwinei jest normą kulturową. Kościół i państwo próbują z tym walczyć

Na moje powitanie wyszedł młody mężczyzna. Widząc pewność i dostojność, które z niego emanowały, oraz sposób, w jaki się poruszał, natychmiast pojąłem, że musi to być ktoś bardzo ważny. Wskazał miejsce na ziemi i poprosił, bym usiadł.

– Witaj – uśmiechnął się łagodnie, mimo to powaga nadal spowijała jego twarz. – Jestem przywódcą mieszkającej tu społeczności. Chcielibyśmy cię powitać tak, jak wita się zwykle gości.

Po chwili z pobliskiej chaty wyszli ludzie, wszyscy ubrani niezwykle kolorowo. We włosy wpięte mieli wielobarwne pióra ptaków rajskich, ciała pomalowane czerwoną, żółtą i białą farbą, zielone rośliny stroiły ich ramiona i łydki, a tułowie zdobiła najprzeróżniejsza biżuteria. Wyglądali wspaniale! Odruchowo wstałem, najpewniej z szacunku dla gospodarzy, bo trudno było mi siedzieć, gdy inni tańczyli przede mną. Widziałem, że dla Simbu moje przybycie też było niezwykłe, wyglądali na nieco spiętych i stremowanych. Wbrew temu, co mówi rytuał, jako pierwszy wyciągnąłem rękę na powitanie, kłaniając się przy tym nisko. Gest speszył nieco tubylców, ale po chwili wahania jeden z mężczyzn podszedł i uścisnął moją dłoń. Za nim ruszyła reszta i chwilę potem wszelkie bariery zostały przełamane. Kobiety się śmiały, mężczyźni też byli chyba zadowoleni, bo ni z tego, ni z owego wręczyli mi dymiącą fajkę. Jak powszechnie wiadomo, w wielu kulturach wspólne palenie łączy, kiedy więc wciągnąłem dym do płuc, wyraz wielkiej aprobaty odmalował się na twarzach zebranych. Zaraz jednak zacząłem się krztusić, a łzy napłynęły mi do oczu, co wzbudziło wśród tubylców olbrzymią radość. Chichrali się wszyscy, łącznie ze mną, nadal krztuszącym się i płaczącym w obłokach dymu. Byłem wśród swoich.

Gdy od śmiechu rozbolały nas brzuchy, zaczęliśmy rozmawiać o Simbu, ich zwyczajach i codziennym życiu.
– To twoje żony? – spytałem mężczyznę, który wcześniej przedstawił się jako wódz wioski.
Wśród nas było kilka kobiet, które teraz siedziały nieco z boku i szepcąc coś sobie do ucha, zaśmiewały się
co chwilę.
– Nie wszystkie. Tylko ona jest moją żoną – wskazał palcem na jedną z dam.
Kobieta spuściła wzrok. Jej koleżanki również uspokoiły się i ucichły.
– Masz jedną żonę?
– Nie, cztery, ale reszta jest w polu – odparł gospodarz.
– Wolno mieć tyle?
– Teraz nam mówią, że nie, ale ja mam. Inni też mają.
– Kto mówi?
– Misjonarze, ludzie w mieście. Tylko mówią, bo sami przecież też mają.
– Misjonarze? Mają żony?
– Misjonarze nie! Ale inni mają. Oficjalnie jedną, nieoficjalnie więcej. Nie zawsze, czasami.

Ktoś mógłby pomyśleć, że wódz myli żony z kochankami. Jednak wielożeństwo na Nowej Gwinei to w znacznej mierze norma kulturowa, z którą Kościół i państwo próbują walczyć, jak mogą. Niedawno prawo oficjalnie zakazało poligamii, ale w oddalonych od cywilizacji społecznościach zakaz ten trudno wyegzekwować. Starania trwają, ponieważ zarówno przedstawiciele duchowieństwa, jak i rząd dostrzegają drugie dno współczesnego wielożeństwa. Jak głosił luterański pastor Jack Urame, były dyrektor Instytutu Melanezyjskiego w Goroka: „Praktyka poligamii zmieniła się w wyniku wprowadzenia ekonomii opartej na pieniądzu i zachodniego modelu postrzegania bogactwa. (…) W przeszłości najważniejsze osoby w plemieniu oraz ci dysponujący finansową i ekonomiczną siłą mogli mieć tyle żon, ile zdołali utrzymać. Obecnie jednak mężczyźni płacą za żony, aby pokazać, ile mają pieniędzy. Takie małżeństwa nie trwają długo, cierpią na tym dzieci, tworzą się patologie, przyczyniające się do ogółu problemów społecznych w Papui-Nowej Gwinei. (…) Ukrócenie poligamii pomoże zapobiegać przemocy w rodzinach i wzmocnić walkę z nierównością płci”.
– A ty? – drążyłem temat. – Płaciłeś za swoje żony?
– Oczywiście! Za pierwszą dałem 50 świń. Za kolejne nieco mniej, ale też całkiem niemało.

Gospodarz wyprężył się z dumą, a mnie zrobiło się nieco głupio, bo ja swoją żonę dostałem za darmo. Może to i lepiej, bo skąd miałbym wziąć tyle świń?
– A te świnie… hodujesz?
– Naturalnie, świnie to podstawa majątku każdego człowieka. Wszyscy powinni je mieć – wyjaśnił wódz. – A co, ty nie masz?
– Nie – przyznałem. – U nas jest trochę inaczej.
– Aha. To co hodujesz? Bydło?
– Nie, w ogóle niczego nie hoduję. Ludzie w moim kraju żyją głównie z handlu i różnych usług.
– Ach, tak – przytaknął wódz bez przekonania. – Handel… Dobra rzecz, ale ulotna. Trzoda to co innego. Ja wolę świnie – rzekł, tym razem z wielką pewnością.

Trudno się dziwić. Świnie są podstawą ekonomii i kultury tej części świata od tysięcy lat. Bazuje na nich wiele norm społecznych. Ten, kto ma więcej świń, jest nie tylko zamożniejszy, ale ma też znacznie większe wpływy. Świniami płaci się za żony i oddaje się je w ramach odszkodowań. Aby hodować ich jeszcze więcej, poślubia się kolejne kobiety, których rolą jest m.in. opieka nad zwierzętami. O świniach traktują legendy i mity. Są tak ważne, że gdy maciora nie może wykarmić wszystkich prosiąt, kobiety przykładają je do własnej piersi.

Cały ten złożony system wartości może jednak wkrótce się rozpaść. Obecnie coraz więcej osób znajduje pracę w sektorze usługowym, a ludzie ciągną do miast po lepsze życie. Zaczynają rozumieć zasady rządzące współczesnym biznesem, choć do niedawna stanowiły one dla nich nie lada zagadkę. Jak wielką, może świadczyć niezwykłe zjawisko, zaobserwowane przez antropologów już na początku XX w., nazwane przez nich później „kultem cargo”. U jego podstaw legły początki transportu lotniczego i późniejszych masowych dostaw towarów na wyspy Pacyfiku podczas I i II wojny światowej. Zaczęto wówczas budować lotniska, hale spedycyjne, dokonywano z powietrza masowych zrzutów dostaw dla wojsk, a wszystko to na oczach zdziwionych miejscowych. Część transportów, szczególnie tych wyrzucanych podczas lotu, trafiała przypadkiem w ręce tubylców. Uznając to za łaskę sił nadprzyrodzonych, zaczęli obmyślać sposoby, które mogły im zapewnić jeszcze większą boską przychylność. Kierując się własnym rozumieniem świata, przyjęli, że samoloty to wielkie niebiańskie ptaki (…). Stwierdzili, że biali ludzie najwidoczniej posiedli tajemną wiedzę, pozwalającą zwabić ogromne bestie na ziemię. Aby mieć swój udział w podziale boskiego tortu, autochtoni zaczęli budować własne, prymitywne pasy startowe (na wzór betonowych), bambusowe wieże kontrolne, drewniane atrapy samolotów, magazynów towarowych i całą resztę zaplecza, które – jak wierzyli – miały przyciągnąć do nich boskie zwierzęta.

Choć brzmi to dość nieprawdopodobnie, także współcześnie w Papui-Nowej Gwinei ów kult ma się zupełnie dobrze. W filmie „Mondo Cane” z 1962 r. włoscy dokumentaliści pokazują m.in. funkcjonowanie tego właśnie zwyczaju na ziemiach terytorium podległego wówczas Australii1. Z kolei w reportażu z 2012 r. Simon Childs opisuje swoją rozmowę z inspektorem papuaskiej policji, w której ten wyjaśnia podłoże niedawnego masowego mordu. Oto jedni wyznawcy „kultu cargo” otoczyli drugich, po czym ich zamordowali i zjedli: „Oni wierzą, że kiedy zabijają ludzi, odnosi to skutek podobny do składania ofiary. Rytuał ten pomaga im zdobyć moc. Zgodnie z tym przekonaniem zabili swoich oponentów, wstawili do ogniska i ugotowali. Uważają, że posiedli moc ze stopionego tłuszczu wypływającego z ciał. (…) Są przekonani, że zyskują nadzwyczajne zdolności poprzez zjedzenie człowieka. Na przykład, kiedy zjedzą serce i nerki, staną się niewidzialni. Wierzą także, że jeśli będą powtarzać ten rytuał, bogowie zejdą do nich z firmamentu. Dzieje się tak dlatego, że podczas II wojny światowej zaopatrzenie dla żołnierzy było zrzucane z samolotów i czasami tubylcy przechwytywali ładunek. Tak więc przez analogię uważają, że jeśli [podobnie jak żołnierze] będą zajmować się zabijaniem, prezenty spadną im z nieba”.

Jak widać, „kult cargo” nie wiąże się jedynie z budowaniem prowizorycznych lotnisk. Nazwa ta oznacza współcześnie zespoły wierzeń i rytuałów o znacznie szerszym zakresie, mających jednak pewną wspólną cechę: próbę osiągnięcia pożądanego rezultatu przez naśladownictwo formy. Nieświadomi prawdziwych związków przyczynowo-skutkowych ludzie noszą np. drewnianą broń i wypisują sobie farbą na klatce piersiowej napis „USA”. Wierzą, że w ten sposób zyskają podobne moce i przymioty jak dzielni amerykańscy żołnierze walczący na tych terenach dawnymi czasy. Pochodzący zza morza reprezentanci współczesnej cywilizacji, pozwalającej żyć bez uprawy poletka i hodowli świń, imponują miejscowym i stanowią w jakiejś mierze kulturowy wzorzec do naśladowania2. Dlatego, biorąc też pod uwagę tempo zmian społecznych w Papui-Nowej Gwinei, byłem dość sceptyczny co do kategorycznej deklaracji wodza. Może i zdecydowanie „woli świnie”, ale jego dzieci, a już niemal na pewno wnuki, będą zajmowały zupełnie inne stanowisko.

– A te świnie… – zwierzęta nadal nie dawały mi spokoju. – Gdzie je hodujecie?
– Zajmują się tym kobiety. Mają osobne domy. Mieszkają blisko ogrodów razem ze zwierzętami.
– Kobiety ze świniami?
– No, a jak? – zdziwił się wódz. – Mieszkają z dziećmi i świniami. To wygodne, bo przecież cały czas się nimi zajmują.
– A jak to jest, kiedy chcesz się znów ożenić? – byłem niezwykle ciekaw panujących tu zwyczajów.
– Wtedy też potrzebuję świń. Muszę zapłacić nimi za nową żonę.
– Ale skoro hodowlą zwierząt zajmują się obecne partnerki, to one muszą się starać, aby cię było stać na kolejną wybrankę!
– Właśnie tak. Dlatego nowe małżeństwo nie zależy jedynie od mojej woli i chęci jego utrzymania. Przede wszystkim wymaga zgody obecnych żon – powiedział.

Nie byłem do końca przekonany, jak to jest ze zdaniem kobiet w Papui-Nowej Gwinei. Ich życie wydaje się nie do pozazdroszczenia. W wielu miejscach mężczyźni mieszkają osobno, często w tzw. długich domach. Kobiety z córkami, małymi synami oraz świniami zajmują osobne domy, usytuowane kilkadziesiąt lub nawet kilkaset metrów od przybytków mężczyzn. Obszary „męski” i „damski” są praktycznie od siebie oddzielone, ziejąc przepaścią dziwacznej fobii. Jak już zostało powiedziane, do pań należy opieka nad zwierzętami, ich karmienie, oporządzanie, a także wszelkie prace rolne. Mężczyźni zajmują się myśleniem, radzeniem, polowaniem i wojną. Co prawda, pod wpływem cywilizacyjnych przemian ów mocno ugruntowany model się zmienia, proces ten jest jednak na tyle powolny, że wciąż bez trudu można trafić na społeczności żyjące według prastarych plemiennych zasad.

Ostatnimi czasy kwestia równości płciowej jest tu przedmiotem żywej dyskusji. Okazuje się bowiem, że wzorce wypracowane przez tysiące lat umieszczają kobietę gdzieś pomiędzy zwierzęciem a człowiekiem (w rozumieniu męskiego pierwiastka). Upokarzające z perspektywy zachodniej dzielenie miejsca do życia ze świniami jest tego dobitnym przykładem. Rozwiązanie problemu bezlitosnej przemocy wobec kobiet i ich brutalnego, przedmiotowego traktowania stanowi jeden z priorytetów rządu i wielu organizacji pozarządowych. Papua-Nowa Gwinea jest bowiem uważana za kraj o największym na świecie stopniu przemocy wobec kobiet. Blisko 70% z nich doświadcza bicia, jedna trzecia jest gwałcona, a 17% dziewcząt w wieku 13-14 lat jest molestowanych seksualnie. Ogromnym problemem są oskarżenia o czary i wynikające z nich samosądy. Od czasu do czasu światem targają wstrząsające relacje, jak ta z 2009 r: „6 stycznia grupa mężczyzn rozebrała kobietę do naga, związała jej ręce i nogi, zakneblowała ubraniem usta i spaliła żywcem na śmietniku. Plotka głosi, że kobieta przyznała się do zjedzenia męskiego serca”.

Aby dokładniej zrozumieć motywy takich zbrodni, należy sięgnąć do przekonań niektórych plemion, które w związku ze zdolnością kobiet do rodzenia przypisują im nadprzyrodzone moce. Fakt, że jeden człowiek wychodzi z drugiego, jest dla nich niepojęty. Wierzą, że trzeba do tego posiadać niezwykłe siły, które równie dobrze mogą zabijać. Z jakiegoś powodu uważają też, że uśmierceniu mężczyzny przez „czar” kobiety towarzyszy zjedzenie przez nią męskich organów wewnętrznych. (…)

1 Oficjalnie rząd Australii unika mówienia o Papui-Nowej Gwinei jako byłej kolonii. W formalnych wypowiedziach używa się raczej sformułowań „głębokie więzi historyczne” lub „wspólna historia”.
2 Imitacja białego człowieka przejawia się w różny sposób i ze zróżnicowanym nasileniem w rozmaitych częściach globu. Czasami kopiowany jest ubiór, styl życia, system wartości, czasem konieczna okazuje się zmiana wyglądu fizycznego.

Tytuł i ilustracje pochodzą od redakcji.

Fragmenty książki Pawła Zgrzebnickiego Tam, gdzie kończy się świat, Muza SA, Warszawa 2017

Wydanie: 28/2017

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy