Świt po ataku

Świt po ataku

Śmierć jest w Syrii na każdym kroku. Dzisiaj to sąsiad, a jutro może mama albo ja

Tysiące ludzi mieszka pod ziemią – w piwnicach, tunelach czy prowizorycznych okopach. Głównie z obawy przed kolejnymi nalotami, ale też z powodu braku innego, bezpiecznego miejsca w okolicy. – Po ostatnich atakach rządowych sił zbrojnych nasze miasto zostało zrównane z ziemią, ale tylko ci, którzy musieli, wyjechali do obozów. Reszta żyje na gruzach – mówi 22-letni Amin Haszim, student inżynierii, mieszkaniec syryjskiej Dumy. Amin był świadkiem ostatnich nalotów, kiedy wojsko, wykorzystując zakazaną broń chemiczną, zbombardowało obszar wschodniej Ghuty.

Niepokorna wschodnia Ghuta

– Była trzecia, może czwarta nad ranem. Usłyszałem helikoptery, później samoloty. Huk wybuchów postawił mnie na równe nogi. Kilkanaście minut później krzyki i płacz uświadomiły mi, że stało się coś koszmarnego. Wiedziałem, że muszę się schować, by przeżyć. Krzyczałem do rodziców i rodzeństwa, płakałem. Zebraliśmy najmłodszych i zbiegliśmy do piwnicy. Tam spędziliśmy pierwszych kilka godzin. Potem nastała cisza. Trwała w nieskończoność. Chciałem wyjść i pomagać rannym, ale rozsądek nie pozwolił. Mama też zabroniła – wspomina Amin.

Kiedy opadł kurz, zdecydował się wyjść ze schronu, by zobaczyć skutki ataku na Dumę oraz, w miarę możliwości, pomóc sąsiadom. – Zobaczyłem gruzy. Poczułem w gardle duszący pył i zrozumiałem, że w ataku użyto ładunków zawierających jakiś gaz. To zakazane przez wszystkie konwencje i przepisy międzynarodowe, ale Baszar al-Asad nic sobie z tego nie robi. Biegłem przed siebie i w każdym zakątku widziałem ruiny domów, a pośród nich ciała – kobiet, dzieci i mężczyzn. Ci, którzy przeżyli, płakali z powodu duszącego i paraliżującego gazu, którym przed chwilą oddychali. Czekali na jakąkolwiek pomoc, kogoś, kto nałoży im mokrą szmatę na twarz lub poda tlen.

Pierwsi ratownicy zjawili się na miejscu kilkanaście minut po ataku, ale w przeszło 110-tysięcznym mieście trudno było dotrzeć z pomocą do wszystkich. Jak mówi Amin, chwilę przed atakiem zbombardowano lokalny szpital, a drogi wyjazdowe z miasta były zablokowane dużo wcześniej przez siły rządowe. Dlaczego?

– Ludzie z rejonu wschodniej Ghuty, do której należy administracyjnie Duma, od zawsze sprzeciwiali się władzy Baszara al-Asada i to w naszym regionie były duże siły opozycyjne. Dlatego prezydent rozkazał zablokować drogi dojazdowe do Damaszku, zniszczyć infrastrukturę cywilną i nas zagazować. To była precyzyjna próba pozbycia się problemu. Do stolicy mamy zaledwie 15 km, ale nie możemy nic zrobić. Próba przedostania się karetki czy pomocy humanitarnej mogła się skończyć tragicznie – opisuje dalej Amin.

Międzynarodowe organizacje humanitarne poinformowały, że w wyniku ataku chemicznego w Dumie zginęło ponad 70 osób, a kilka tysięcy walczy o życie i cały czas potrzebuje opieki medycznej.

Syryjska szkoła przetrwania

– Teraz, już po ataku i całkowitym zniszczeniu naszego miasta, życie wraca do normalności. O ile o normalności pośród zgliszcz i ruin można w ogóle mówić. Na północ od miasta powstał prowizoryczny obóz dla uchodźców, w którym koczuje kilkanaście tysięcy osób. Głównie kobiety i dzieci. Mężczyźni starają się pilnować gruzów i wyciągać spod nich pozostałości dobytku. Z nadzieją, że tam jeszcze wrócą. O ile znajdą się pieniądze na odbudowę – relacjonuje Amin.

W tymczasowych obozach zorganizowanych po ataku chemicznym 70% poszkodowanych stanowią dzieci. Z myślą o najmłodszych, z inicjatywy mieszkańców i wolontariuszy, został rozstawiony specjalny namiot, by zapewnić im rozrywkę i odsunąć ich myśli od skutków makabrycznego ataku.

– Nauczyciele i starsi koledzy wspierają ich w nauce. Jest generator prądu, który pozwala po zmroku siedzieć wspólnie przy jednym stole. Problem w tym, że nie ma bieżącej wody. Dostarczana jest tylko w beczkowozach i boimy się, że za chwilę, jak przyjdą upały, ludzie będą umierać z pragnienia. Trzeba jak najszybciej zbudować studnię głębinową i doprowadzić wodociąg. To obecnie największa potrzeba – podkreśla Amin.

Mieszkańcy, którzy nie schronili się w tymczasowych obozach, śpią w samochodach, autobusach, bunkrach lub piwnicach. Wiele tysięcy osób skorzystało z sieci miejskich tuneli, w których wcześniej rebelianci magazynowali broń i amunicję. Amin wraz z rodziną przez pierwsze dni koczował w piwnicy. Jego bliscy z obawy przed kolejnymi atakami woleli nie wychodzić z kryjówki. – Było nas w sumie kilkadziesiąt osób. To jedyne miejsce, które pozwoliło rodzicom, dziadkom, rodzeństwu i kuzynostwu schować się, by przeczekać najgorsze. Tutaj mamy bieżącą wodę, choć jest problem z sanitariatami i co jakiś czas słychać bombardowania.

– Żeby móc relacjonować przez internet, muszę iść do zrujnowanego hotelu – opowiada. – Wdrapuję się na dach i wiem, że stamtąd mam połączenie. Nie mamy jedzenia, nie mamy picia, ale jest połączenie ze światem. Dzięki temu świat wie, jak bardzo źle jest u nas. Gdybyśmy spali w obozie, świat by o nas nie wiedział.

Amin Haszim mówi, że relacjonowanie konfliktu jest jego misją. Ignorując niebezpieczeństwo, przelatujące kule snajperów, siedzi na dachu i wysyła w świat materiały o stanie wschodniej Ghuty: – Dzięki woli Boga mogę pokazywać światu to, co tu się dzieje. Jak przyjdzie na mnie czas, to nie usłyszycie kolejnej relacji. Śmierć mnie nie rusza, ona jest tutaj na każdym kroku. Dzisiaj to sąsiad, a jutro może mama albo ja. Jeśli chcę przetrwać i nie zwariować, muszę ją wyprzedzać i zagłuszać w głowie. Kiedy idziesz wzdłuż głównej ulicy Dumy czy innego miasteczka po nalotach, widzisz ciała i rannych. Pomożesz jednemu, za kilka metrów będzie drugi. To straszne, ale po kilku takich miesiącach trup przestaje cię obchodzić. Stajesz się potworem. Po wojnie nie będziemy już mieli wrażliwości. Tego się obawiam.

Stolica znieczulenia

Podczas kilkugodzinnej rozmowy Amin wielokrotnie wspominał, że najbardziej przeraża go niewiedza ludzi na temat sytuacji we wschodniej Ghucie. Nie tych w Stanach Zjednoczonych czy Europie, ale jego sąsiadów. – Mamy do Damaszku pół godziny jazdy, ale tamci w stolicy nie mają pojęcia, co się u nas dzieje. Widzą samoloty czy bomby, ale to wszystko. Telewizja reżimowa nie pokazuje skali zniszczeń, ludzkiej tragedii. Nie wiedzą, że doszło do ataku chemicznego, że ludzie umierali w potwornych męczarniach. Przed wojną studiowałem w Damaszku i mam tam wielu kolegów. Ze względów bezpieczeństwa utrzymujemy umiarkowany kontakt, ponieważ ich rodziny często popierają Baszara. To normalne, w Damaszku większość broni prezydenta i widzi w nim drugiego boga. Ale jak rozmawiam z kolegami, to oni mają normalne życie – restauracje, sklepy, dyskoteki czy naukę. A my musimy spać w rozwalonych budynkach, szukać jedzenia i modlić się, żeby przeżyć jutro. Kiedy w naszej okolicy ludzie zjedli już wszystko, co się nadawało do jedzenia, oni bawią się w najlepsze. Dowiedzieli się o problemie, dopiero gdy Donald Trump wydał decyzję zbombardowania magazynów chemicznych.

Ale jak wynika z relacji Amina, nawet ten fakt został zbagatelizowany i obrócony w żart przez opinię publiczną i reżimowe media. – Po odwecie armii USA, Wielkiej Brytanii i Francji Baszar al-Asad miał podobno powiedzieć: „Zabijanie bombami beczkowymi, karabinami maszynowymi, rakietami, ogniem artyleryjskim i inną bronią konwencjonalną jest w porządku, tylko broń chemiczna jest nie do przyjęcia. Naprawdę będziemy się tego trzymali na przyszłość. Co prawda, jako lekarz z wykształcenia nie bardzo rozumiem, czym się różnią skutki broni konwencjonalnej od skutków broni chemicznej – zwykle potem wszyscy są martwi – no ale niech wam będzie, wy tu decydujecie. Bombardowanie w porządku, gazowanie nie w porządku”. Nie wiem, na ile to prawda, ale w telewizji reżimowej padają komentarze w podobnym tonie.

Na pytanie, czego potrzeba w Dumie, Amin odpowiada: – Nie mamy jedzenia, picia, ubrań ani lekarstw. Ale mam rodzinę, którą kocham, i dajemy sobie siłę. Chcę odzyskać swoje prawa i wolność. Teraz tylko tego mi brakuje.

Wydanie: 17-18/2018

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy