Sztuka wychodzi z szafy

Sztuka wychodzi z szafy

Pojęcia „polski gej” czy „polska lesbijka” są wewnętrznie sprzeczne – w dyskursie prawicowym gej i lesbijka na pewno nie są Polakami, nie mogą być Polakami

Wystawa „Ars Homo Erotica” w Muzeum Narodowym

Wystawa „Ars Homo Erotica”, którą w Muzeum Narodowym przygotował poznański historyk sztuki Paweł Leszkowicz, wywołała przetaczającą się przez media falę kontrowersji, a nawet gorącego sprzeciwu. Trudno się temu dziwić. Inni: mniejszości, imigranci, homoseksualiści obojga płci, a nawet leworęczni nigdy nie mieli łatwo w ludzkich społecznościach. Niemal od zawsze próbowano ich nawracać, asymilować albo zamykać, wykorzeniać to, co w nich inne, nierzadko eksterminować. Historię ludzkości można pisać z punktu widzenia różnorodności form opresji, którym poddawane są mniejszości w imię najróżniejszych projektów tożsamościowych, projektów (a może fantazmatów) jednorodności, unifikacji, „porządku”.
Nowoczesne i liberalne społeczeństwa zrezygnowały z tych konfrontacyjnych strategii działania wobec inności. Mimo kłopotów tych wielokulturowych (a więc takich, w których prawa geja, mańkuta czy Żyda nie są w żaden sposób ograniczane) społeczeństw, to właśnie one uchodzą za najbardziej twórcze, innowacyjne i bogate, to w nich żyje się najlepiej. Za takim społeczeństwem opowiadał się na łamach „Polityki” w 2005 r. Jacek Żakowski, kiedy przy okazji zamieszek wywołanych przez Marsz Tolerancji pisał, że „prawdziwa stawka (Marszu Tolerancji – przyp. aut.) jest nieporównanie większa. Jest nią wizja i miejsce Polski w nowoczesnym świecie. A długofalową istotą formalnie obyczajowego konfliktu może okazać się wybór między stagnacją a modernizacją, to znaczy między przaśnością, biedą i upokorzeniem pozornie jednorodnej Polski kartoflanej, a dumą, kreatywnością i dobrobytem otwarcie różnorodnej Polski nowoczesnej”.

Paziolubcy pod flagą biało-czerwoną

Truizmem będzie powiedzenie, że monokulturowe społeczeństwo polskie ma z akceptowaniem inności problem – jądrem narodowej świadomości wciąż jest integrystyczny katolicyzm (wyrazem tego jest nie tylko obrona krzyży w szkołach, ale także kod symboliczny, do którego – jako naród – odwołaliśmy się w momencie kryzysu po katastrofie w Smoleńsku), a wszystko, co niekatolickie, to i nader często niepolskie. Oba dyskursy, narodowy i katolicki, zbiegają się w obszarze seksu i reprodukcji – stąd nasze ideologiczne wojny: wokół in vitro, aborcji i homoseksualizmu, a spór, który „z pozoru dotyczy obyczajów, moralności oraz tego, kiedy zaczyna się „życie”, to w istocie gra o władzę symboliczną, o prawo do definiowania zbiorowej świadomości”, jak sądzi w książce „Rykoszetem. Rzecz o płci, seksualności i narodzie” feministka Agnieszka Graff.
Inny homoseksualny / Inna homoseksualna stanowią zagrożenie dla tradycyjnie rozumianej narodowej wspólnoty, Kościół jest im oficjalnie niechętny, nieoficjalnie zaś wrogi. Jak stara się udowodnić Graff, pojęcia „polski gej” czy „polska lesbijka” są wewnętrznie sprzeczne – w dyskursie prawicowym gej i lesbijka na pewno nie są Polakami, nie mogą być Polakami, czytaj: nie mogą mieć wpływu na kształtowanie naszej zbiorowej świadomości – wystarczy w tym kontekście przypomnieć polsko-giertychowską wojnę o Gombrowicza.
To My-Polacy mamy historię, to My-Polacy przeszliśmy przez zabory i okupacje, to My-Polacy rozłożyliśmy na łopatki komunizm, to Nasz-Polaków jest Kopernik, a także Skłodowska-Curie, Mickiewicz i Chopin. I to Nam-Polakom grozi – z zewnątrz! – moralna stonka liberalizmu, hedonizmu, homoseksualizmu, konsumeryzmu i syjonizmu.
Taki obraz świata rządzi w mediach skupionych wokół o. Rydzyka, większość na szczęście uważa go za przerysowany, anachroniczny, może nawet paranoiczny, niewielu jednak zauważa, że przynajmniej w wymiarze dotyczącym homoseksualności jest on w nieco złagodzonej wersji reprodukowany przez media głównego nurtu: „Rzeczpospolitą”, dawny „Dziennik”, „Wprost”, także telewizję publiczną, która, jak zauważyła cytowana już Graff, informacje o polskich marszach tolerancji nieprzypadkowo ilustruje klipami z berlińskich love parades. Z logicznego punktu widzenia nie ma to uzasadnienia, natomiast, twierdzi Graff, w obszarze symbolicznym utwierdza figurę geja-jako-obcego.
Takie medialne wykluczanie ze wspólnoty narodowej jest niestety skuteczne – Polacy niby wiedzą, że homoseksualizm jako uwarunkowanie biologiczne występuje w każdym społeczeństwie, mimo to jest on w naszej kulturze obcy, niepasujący, „importowany”, nieobecny na przestrzeni dziejów, nie mamy „z nimi” wspólnej historii. Przekonać się o tym można, śledząc fora internetowe, których użytkownicy każdą informację o marszach, paradach, demonstracjach LGBT kwitują wybuchową mieszanką homo- i ksenofobii.
Przynajmniej od kilku lat środowiska gejowsko-lesbijskie zdają sobie sprawę z tego, że czynnikiem sprzyjającym respektowaniu ich praw i miejsca w społeczeństwie, szczególnie tak hołdującym historii jak nasze, jest wygranie „bitwy o pamięć” – zademonstrowanie, że gej czy lesbijka mają takie samo prawo do orła i biało-czerwonej jak każdy inny Polak, że obecność homoseksualisty w polskiej historii nie ogranicza się do niefortunnej (i importowanej!) osoby króla Henryka Walezego, ale że homo i hetero żyli obok siebie od zawsze na ziemi, tej ziemi… Z tego wynikają medialnie nagłaśniane akcje mające na celu zdobycie przyczółków w przestrzeni symbolicznej: fetowanie urodzin królów, Władysława Warneńczyka i Władysława IV Wazy, obu znanych ze swego „paziolubstwa”. Działania te, same w sobie niezbyt poważne, każą jednak postawić jak najpoważniejsze pytanie: dlaczego nie powstała dotychczas historia polskiego sodomity / homoseksualisty / geja?

W oczach Zachodu

W zachodniej humanistyce zainteresowanie mniejszościami seksualnymi i ich historią wybuchło na dobre w latach 70., równolegle z ukonstytuowaniem się nowoczesnego emancypacyjnego ruchu osób LGBT. Wykształciły się dwa zasadnicze nurty: konstruktywistyczny i bardziej teoretyczny, któremu patronuje Michel Foucault jako autor „Historii szaleństwa” i – przede wszystkim – „Historii seksualności”, a także esencjalistyczny, skupiony na pracy źródłowej, z takimi reprezentantami jak Rictor Norton czy John Boswell, którego książkę „Chrześcijaństwo. Tolerancja społeczna i homoseksualność”, traktującą o losach gejów i lesbijek (sic!) od początku chrześcijaństwa do XIV w., możemy od kilku lat czytać w polskim przekładzie.
Foucault w „Historii seksualności” dowodził, że homoseksualizm jako kategoria etykietująca określone osoby narodził się w drugiej połowie XIX w. Jego zdaniem, wcześniej homoseksualista nie istniał. Istnieli co najwyżej „sodomici” i – zupełnie już niewidoczne – „trybady”, definiowani jako ci / te, którzy dopuszczają się sodomii i lubieżności. To dyskurs medycyny i prawa tworzy nowoczesną świadomość homoseksualisty jako innego, obcego, wykluczonego – to jego kosztem zostaną określone granice „prawidłowej” seksualności i reprodukcji. W pismach najbardziej wpływowego seksuologa tamtych czasów, Richarda von Kraffta-Ebinga, homoseksualistę, czyli „psychicznego hermafrodytę”, cechuje nader wczesne rozpoczęcie życia płciowego, częste są „anatomiczne przejawy degeneracyjne”, neurastenia połączona z płciową nadpobudliwością, anomalie psychiczne (geniusz albo imbecillitas), nerwice bądź psychozy w dziejach rodziny. Tak opisany homoseksualista zostaje zamknięty w „szafie” (ang. closet), musi kryć się ze swoją skłonnością lub ją sublimować, czego efektem, jak chcieliby niektórzy, są dzieła Manna, Prousta, Iwaszkiewicza, Czajkowskiego czy Szymanowskiego. „Miłość, która nie śmie wypowiedzieć swego imienia”, pojawia się w kulturze jedynie w metaforyzowanej formie choroby, grzechu lub zbrodni.
Teoria Foucaulta wciąż jest naukowo płodna i po 30 latach od powstania nadal inspiruje intelektualne dyskusje, a nawet inicjuje powstanie całej dyscypliny naukowej, jaką są queer studies. Choć dominująca, jest jednak mocno krytykowana przez esencjalistów, którzy doszukują się ponadhistorycznej i pozakulturowo osadzonej „istoty” homoseksualizmu. Nurt esencjalistyczny ma poważne osiągnięcia na polu historiografii. John Boswell dostrzega np. ścisłą korelację między typem kultury (wiejskiej lub miejskiej) a jej stosunkiem do homoseksualizmu; w kulturach wiejskich jest on znacznie surowiej traktowany niż w środowisku zurbanizowanym, co widoczne jest nawet w stosunku wczesnochrześcijańskich teologów do miłości jednopłciowej – wychowani w prowincjonalnych warunkach św. Hieronim czy św. Ambroży są znacznie surowsi w tym względzie niż teolodzy pochodzący z Antiochii, Konstantynopola czy Aleksandrii.
Monograficzne ujęcia homoseksualizmu w XV-wiecznej Florencji Michaela Rocke’a czy w renesansowej Wenecji Guida Ruggiera to uznane akademickie osiągnięcia współczesnego pisarstwa historycznego inspirowane esencjalizmem. Michel Rey opisał homoseksualny Paryż XVIII w., a brytyjski historyk homoseksualności, Rictor Norton, poświęcił jedną ze swoich monografii homoseksualnemu półświatkowi Londynu tego samego stulecia. Spośród nieco innych inspirowanych esencjalizmem ujęć warto wspomnieć jeszcze np. o francuskim „Słowniku męskiej homoseksualności” Claude’a Courouve’a, rejestrującym przebogaty materiał językowy: od leksyki wczesnośredniowiecznej francuszczyzny po współczesny „branżowy” slang.
Należy zauważyć, że cały ten akademicki wysiłek służy nie tylko kumulacji wiedzy, ale także uhistorycznia, a przez to uprawomocnia homoseksualny głos w społeczeństwie. Na tym polega jego polityczny wymiar – dla gejów i lesbijek, ale także dla wszystkich, którzy unikając tych tożsamościowych deklaracji umieszczają się w mgławicy queer, tworzy „społeczne ramy pamięci”, a ogółowi uświadamia istnienie mniejszościowych tradycji, subkultur, obyczajów w łonie kultur narodowych.

Samcołożnicy i psota sodomska

Wyobraźmy sobie takie tytuły po polsku: „Homoseksualny Kraków doby zygmuntowskiej” albo „Homoerotyczna subkultura szlachty podolskiej XVII w.”, „W kręgu homoerotycznych przyjaźni na magnackich dworach doby saskiej”, „Homoseksualni husarze i jazda lekka”. Dziwne? Jeśli przyjąć, że kilka procent populacji to osoby homoseksualne, a na dworze, w wielkim mieście czy wśród towarzyszy broni odsetek ten jest odpowiednio większy, powinniśmy takich tytułów oczekiwać. Tymczasem cały zasób naszej wiedzy o homoerotyce staropolskiej to nieliczne akapity „Obyczajów staropolskich” i „Miłości staropolskiej” Zbigniewa Kuchowicza. Dopiero w ostatnich latach pojawiają się serio formułowane postulaty młodych badaczy z kręgu queer i gay studies, takich jak Piotr Oczko, który proponuje, by „zbadać, w jaki sposób homoseksualność wpisywała się w ogólne, choć niejednorodne i czasowo zmienne modele staropolskiej uczuciowości, prostacko-rycerskiej zmysłowości i seksualności oraz historyczne koncepcje ról płciowych w Polsce”.
Pobieżne prześledzenie różnych aspektów staropolskiej homoerotyki wydaje się obiecujące. Temat znajdziemy w obszarze leksyki – w staropolskich tekstach (np. przekładach Biblii) natkniemy się m.in. na samcołożników, gamratów nieczystych, turecki niewstyd (wówczas, jak widać, inaczej niż dzisiaj zepsucie szło ze Wschodu!), psotę sodomską itd. W literaturze łacińskiej (Andrzej Krzycki) i polskiej (Stanisław Herakliusz Lubomirski, który pisze: „Jam wszeteczeństwa wszelkiego świadomy / I obywatel bezbożnej Sodomy”) też coś się znajdzie. Przekazy historyczne mówią o homoerotyzmie nie tylko władców, ale i magnatów (książę Janusz Aleksander Sanguszko), szlachty oraz mieszczan (Wojciech z Poznania biorący „ślub” z niejakim Sebastianem Słodownikiem), a niezawodny Jędrzej Kitowicz opisze z odrazą obyczaje Kozaków. Na pewno znajdą się jeszcze: jakiś wyrok sądowy, homilia albo mowa „polityczna”, w których grzech sodomski się przewinie…

Polska specyfika

Mimo wszystko jednak należy wątpić w możliwość wyjścia polskiej queer history poza wymiar przyczynkarski. Dlaczego powstanie takiej dyscypliny z prawdziwego zdarzenia wydaje się niemożliwe?
Rictor Norton zauważa, że istniejące w XVII w. (ich powstanie Norton cofa o 200 lat – do wieku XV) homoseksualne środowiska wielu miast we Francji, Niemczech czy Hiszpanii zostały „odkryte” przez Inkwizycję, która tępienie grzechu sodomskiego traktowała bardzo poważnie. Owe środowiska, na które składała się nie tylko męska prostytucja czy sieć pośredników, ale i wyspecjalizowane gospody, miejsca spotkań, żargon, sposób ubierania się, a nawet używanie żeńskich pseudonimów, miały szansę ukonstytuować się (a następnie zostać wykryte i opisane) jedynie w dużych ośrodkach miejskich, z rozwiniętą kulturą mieszczańską i w warunkach pewnej stabilizacji rodzącego się kapitalizmu. Tych warunków miasta Rzeczypospolitej, może poza Gdańskiem, nie spełniały – były za małe, mieszczaństwo było za słabe, a zewnętrzne zagrożenia zbyt silne.
Nagłe pojawienie się w wielu miejscach na początku XVIII w. homoseksualnych subkultur (np. londyńskich molly houses) świadczy jedynie o ich wyjściu na jaw, upublicznieniu wiedzy o nich. „Narodziny subkultury nie są niczym innym jak narodzinami skutecznego nadzoru policyjnego i prasy”, twierdzi Norton. Istotnie, obie instytucje w rozwiniętych krajach Europy, Anglii i Niderlandach, rodzą się równocześnie, gdzieś na początku XVIII w., a akta policyjne i pierwsze egzemplarze „The English Spy”, jednej z najstarszych angielskich gazet, stanowią dla historyka homoseksualności niemal jedyny materiał źródłowy. Wiedza o homoseksualnej subkulturze Londynu dotyczy np. lat 1690-1738, a więc w istocie rzeczy pokrywa się z latami działania Towarzystwa Reformy Obyczajów, które zajmowało się jej śledzeniem i ujawnianiem opisywanych później w prasie „afer”. O paryskim milieu wiemy natomiast dzięki działalności policyjnych agentów prowokatorów i specjalnych patrouilles de pédérastie, którzy przenikają do skomplikowanego i pełnego współzależności (a zatem istniejącego na długo przed powołaniem instytucji kontrolnych) świata subkultury, którą dziś nazwalibyśmy gejowską. I znowu w przypadku Rzeczypospolitej te warunki nie mogły zostać spełnione. My w tym samym okresie przeżywamy noc saską, upadek kultury druku, nie mówiąc już o jakiejkolwiek skutecznej działalności policyjnego aparatu państwa. Nie bez znaczenia jest też fakt, że kolejne trzy stulecia w Polsce, inaczej niż np. w Anglii, nie będą sprzyjały gromadzeniu archiwów, rejestrów, wyciągów, które mogłyby informacje o homoseksualnej subkulturze przechować.

Niewypowiadalne i nieświadome

Pierwszym, który poruszył tematykę obecności homoseksualności w kulturze polskiej, był w połowie lat 90. ubiegłego stulecia szwajcarski slawista, prof. German Ritz. Zawdzięczamy mu monografię twórczości Iwaszkiewicza i zbiór artykułów „Nić w labiryncie pożądania”. Szwajcar prześledził sposoby przejawiania się homoseksualnej miłości w polskiej kulturze od czasów romantyzmu po dzień dzisiejszy. Patrzący na Polskę i polskość z dystansu, jaki zapewnia mu piękna willa przy Hauser Strasse 19 w Zurychu, Ritz pozwala sobie na uogólnienia: „Kultura polska zdaje się przyjmować wobec homoseksualności (…) status pogranicza, sfery przejściowej między kulturą zachodnioeuropejską, represywną, w stosunku do homoseksualności wyraźnie odrębną, a kulturą po wschodnioeuropejsku neutralną czy też nie odrębną (…). To, co niewypowiadalne w kulturze zachodniej, spotyka się z tym, co nieuświadomione we wschodniej”. Intuicja badawcza Ritza znajduje potwierdzenie w faktach – kultura dworków szlacheckich, szlachecko-chłopskie społeczeństwo, ekonomicznie i politycznie słabe państwo to czynniki uniemożliwiające pojawienie się rozwiniętej subkultury homoseksualnej w Polsce XVI-XVIII w. Te same czynniki uniemożliwiają pojawienie się instytucji, która przejawy istnienia takiej subkultury (gdyby jakaś jednak była) by rejestrowała. Mówiąc krócej – najprawdopodobniej homoseksualnego środowiska nie było, ale nawet gdyby istniało, nie mielibyśmy możliwości dowiedzenia się o nim czegokolwiek.
Ten wniosek nie jest żadnym argumentem przeciw współczesnej aktywności legitymizacyjnej i politycznej środowisk LGBT, bo nie oznacza oczywiście, że na przestrzeni dziejów nie było osób homoseksualnych. Były i podobnie jak w każdym społeczeństwie stanowiły ok. 2-7% dorosłej populacji. Problem polega tylko na tym, że najprawdopodobniej nigdy nie będziemy mieli o nich wystarczającej wiedzy.

Sztuka zamiast historii?

O tym wszystkim warto pamiętać dziś, kiedy toczy się ostra dyskusja wokół wystawy „Ars Homo Erotica” w Muzeum Narodowym. Najsoczystszy wyraz sprzeciwu wobec niej dał chyba Szymon Hołownia w „Newsweeku”. Prawicowy publicysta przedstawia nam skondensowany wykład „nowoczesnego” prawicowego myślenia o „kwestii gejowskiej”. Według niego Muzeum Narodowe „z magazynu ramot przeistoczy się w roztańczoną platformę pełną gejów wszystkich epok! Gej esteta podziwiać będzie mógł gejów marmurowych, gej sadysta – gejów trawionych kwasem w technice akwatinty”. Popisem ignorancji jest wykpiwanie jako bzdury uznanego już dawno przez historyków sztuki faktu, że wizerunek św. Sebastiana służył w dawnych epokach ukazywaniu erotycznie nacechowanego aktu męskiego. Hołowni przykład św. Sebastiana pozwala na rozwinięcie ulubionej przez prawicę figury sprowadzenia wszystkiego do absurdu (identycznej z karykaturą Krauzego w „Rzeczpospolitej” czy argumentacją prof. Warylewskiego z UG): „Skoro święty Sebastian przeszyty strzałami to penetrowane męskie ciało, zrobię wystawę o fetyszystach (patron: męczony na rozpalonej kracie św. Wawrzyniec Diakon). Święty Franciszek, u którego stóp maluje się na obrazach czaszkę, otworzy nam biennale nekrofilów. Święty Błażej? Mmm, lubieżne ciarki już chodzą po krzyżu. W jego święto w kościołach gardeł wiernych dotyka się dwiema świecami…”.
Sztuka, jeśli nie ma być czczą dekoracją, powinna stawiać pytania, pobudzać do myślenia, rozbijać estetyczne kanony, kwestionować moralny dobrostan. Takie jej zadania powodują dyskomfort Hołowni, który wolałby raczej, żeby „sztuka ładna była”: „Dlaczego nie mogę po swojemu, ze swoją sancta simplicitas i instrumentarium prostaczka, po prostu kontemplować sacrum sztuki?”.
No i w końcu pada fundamentalny, niepodważalny zarzut, że wystawa to „z moich podatków fundowana feeria muzealnych brzydkich myśli”.
Podsumujmy wywody Hołowni: homoerotyczne pragnienia i uczucia będące z definicji „brzydkimi myślami” nigdy w sztuce (polskiej? światowej?) nie znalazły wyrazu, wystawa je ukazująca jest interpretacyjną hucpą zafundowaną gejom przez geja „stypendystę i światowego bywalca” za pieniądze szantażowanych heteropodatników.
Pod tym sposobem myślenia o sztuce publicysty wpływowego tygodnika podpisują się z pewnością nie tylko jego czytelnicy, lecz także bardzo wielu Polaków. Oto bowiem sztuka narodowa w miejsce „seksualnie czystej” w powszechnym mniemaniu narodowej historii stała się areną sporu. Jej język – w ujęciu Leszkowicza – może choć częściowo ukazać to, co zakryte, „niewypowiadalne i nieuświadomione” w historii, czyli obecność homoerotycznych uczuć i pragnień, a to z kolei dla tych, którzy jak Hołownia uważają się za strażników tradycji, czystości i wysokich wartości, jest niedopuszczalne. Wszelkie rozszczelnienie obowiązujących heteropatriarchalnych zasad uznają za fanaberię, zboczenie i bezpośredni atak na siebie. Wracając do cytowanych na wstępie słów Żakowskiego, pozostaje mi wyrazić nadzieję, że wystawa okaże się frekwencyjnym sukcesem, że zobaczą ją nie tylko geje i katoliccy publicyści, co prorokuje Hołownia, ale także studenci i licealiści, emeryci i nauczyciele, katolicy i niewierzący. Myślę, że nikomu krzywda się nie stanie, a niektórych nawet skłoni ona – ku zgorszeniu „prostaczka” Hołowni – do myślenia. Bardziej niż wystawy bać się należy chyba owej hołubionej przez Hołownię sancta simplicitas. Okrzyk ten bowiem, wypada przypomnieć, padł z ust Jana Husa na widok kobiety pobożnie pomagającej dokładać drewno do stosu, na którym za chwilę religijny reformator miał spłonąć.

Autor wykłada m.in. na gender studies w ISNS UW, wkrótce ukaże się jego książka „Literatura, której nie ma. Szkice o polskiej literaturze homoerotycznej”. Stypendysta Urzędu Marszałkowskiego w Katowicach

———————————–

Czy wystawa „Ars Homo Erotica” wpłynie na tolerancyjne postawy Polaków?

Wojciech Krukowski, b. długoletni dyrektor
Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski

Tak, przyjmując, że wystawa ta staje się elementem szerszego zakresu przemian świadomości oswajających Polaków również z tym, co dla wielu z nich dotychczas pozostaje dziwne i obce.

Adam Bojara, artysta malarz
Nie sądzę, by to coś zmieniło w postawach. My potrzebujemy o wiele większych wstrząsów niż wystawy, większych wyzwań. Czasem musi nami mocno potargać, jak katastrofa w Smoleńsku, aby coś się w nas zmieniło, i to na krótko.

Katarzyna K. Gardzina, krytyk muzyczny i baletowy
Nie sądzę, by coś się w nas zmieniło, bo postawy są zbyt mocno zakorzenione, aby jedna wystawa mogła odegrać jakąś rolę. W tej wystawie, która miejscami zawiera prace bardzo piękne i wartościowe, wątek homoerotyczny jest zaledwie jakimś pretekstem, który powoduje wokół niej szum. Jednak poszczególne prace niekiedy bardzo daleko odbiegają od tytułowego tematu ekspozycji. Wystawa może mieć duże znaczenie dla młodych twórców, o mało znanych nazwiskach, którzy przy tej okazji stają się uczestnikami głośnego wydarzenia.

Nadzieja Kaflińska, publicystka kulturalna
Dobrze, że taka wystawa powstała. Znalazłam na niej wiele pięknych obiektów, czasem bardzo luźno związanych z tematem, np. obraz Wojciecha Fangora. Jednak nie sądzę, aby powstanie takiej ekspozycji wywołało jakieś pozytywne przemiany w odbiorcach, zwłaszcza że sam temat erotyczny jest szalenie umowny. Prawdziwej erotyki jest niewiele, a pornografii, o której mówią niektórzy, nie dostrzegłam wcale. Erotyka to bardzo trudne zagadnienie. Nie ma się czym oburzać, a więc i nie ma nad czym dyskutować.

Mirosław Winiarczyk, krytyk filmowy, tygodnik „Jesteśmy”
Tak, wystawa może jakoś wpłynie na postawy, ale w sposób negatywny, jeśli będą ją np. odwiedzać dzieci, które zarażą się sposobem myślenia autorów ekspozycji. Słyszałem, że dyrekcja Muzeum Narodowego organizuje jakieś zajęcia dla młodzieży przygotowujące do odbioru wystawy. Po co? Tym bardziej że ten wątek homoerotyczny jest mocno naciągany. To oszustwo, bo wstawienie pojedynczych obrazów Matejki czy Malczewskiego, a także posłużenie się antycznymi rzeźbami nagich mężczyzn jest zabiegiem sztucznym. Z homoseksualizmem nie ma to nic wspólnego.

Temida Stankiewicz-Podhorecka, publicystka „Naszego Dziennika”
To jest typowo propagandowe politycznie poprawne zjawisko. Nie wpłynie na postawy Polaków, zresztą nie wróżę wystawie wielkiego powodzenia. To nie ma nic wspólnego ze sztuką. Mnie się raczej zbierało na wymioty. I ogromnie mi żal, że piękne malarstwo polskie zamiast być wystawiane, spoczywa w piwnicach Muzeum Narodowego i niszczeje.

Ewa Tromszczyńska, magazyn „Trubadur”
Na nic ta wystawa nie wpłynie, bo jest po prostu bardzo słaba, choć znaleźli się na niej Matejko i Malczewski.
Not. BT

Wydanie: 25/2010

Kategorie: Opinie

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy