Im gorzej, tym lepiej. Dlaczego opozycja trzyma kciuki za kryzys?

Im gorzej, tym lepiej. Dlaczego opozycja trzyma kciuki za kryzys?

Jeśli PiS przegra przez recesję i inflację, opozycja wróci do władzy z programem cięć i oszczędności, o którym marzy

Jeżeli choć jedna rzecz naprawdę łączy dziś opozycję, jest nią wołanie o katastrofę. Niezależnie jakie słowo na literę k wybierzemy: kryzys, klęska, kompromitacja czy katastrofa – idzie o jedno. Większość opozycyjnych ugrupowań, antypisowskich autorytetów medialnych i telewizyjnych gadających głów trzyma kciuki za przyszłoroczne załamanie gospodarcze, energetyczne i kryzys finansów publicznych. Bo to może być w końcu ten kryzys, który zmiecie z planszy rządzącą ekipę. „Im gorzej, tym lepiej” – to być może przewrotne postawienie sprawy, ale w proeuropejskim i demokratycznym obozie w polskiej polityce przechował się najlepiej prawdziwie leninowski duch myślenia o polityce.

Straszenie greckim, węgierskim, tureckim albo wenezuelskim kryzysem weszło części opozycji tak mocno w krew, że nie odróżnia już faktów od własnych urojeń, a kasandrycznych przepowiedni od rozsądnych kalkulacji prawdziwych przecież zagrożeń. Gdy nieliczni przedstawiciele obozu Koalicji Obywatelskiej – jak niedawno Jan Vincent Rostowski – mają tyle przyzwoitości, by w wywiadzie radiowym zaznaczyć, co jest zagrożeniem, a co wyłącznie kampanijnym biciem piany, należą im się szczere gratulacje. Bo to zdecydowana mniejszość w gronie histeryków, które rozciąga się od Wiosny Biedronia po Konfederację Bosaka i Mentzena.

Nie sposób zliczyć już nagłówków i wywiadów straszących nieuchronnym załamaniem się polskiej gospodarki, rynku pracy i budżetu w wyniku wprowadzenia np. programu 500+. Niektóre z tych przepowiedni będą niedługo dobijały do siódmych czy ósmych urodzin, a do dziś nie zrealizował się w Polsce ani grecki, ani turecki, ani wenezuelski scenariusz.

Dlaczego jednak ten rok jest inny, a retoryka części opozycji szczególnie toksyczna? Bo trudne czasy dopiero przed nami – zima, która będzie faktycznym starciem gospodarek Europy i Rosji, nawet się nie zaczęła. A nikt nie wie, jak źle będzie: czy przejdziemy ten kryzys względnie bezboleśnie, choć przy dużej inflacji i wielu wyrzeczeniach, czy wprost tragicznie. Niedawne szacunki Javiera Blasa z Blooomberga, mówiące że Europa wyda przynajmniej 200 mld euro na ratowanie swoich sektorów energetycznych, już wydają się nieaktualne, bo same Niemcy chcą wydać na tarczę energetyczną 200 mld euro. Ale łagodna zima, spadające ceny frachtu i terminowe dostawy LNG mogą osłonić Europę przed najgorszym ze scenariuszy i zaliczymy względnie miękkie lądowanie.

Dla retoryki politycznej fakty nie mają jednak znaczenia. „Polska właśnie bankrutuje. Kto powie wyborcom, że czeka nas bezrobocie, bieda i gwałtowne obniżenie poziomu życia?”, pyta na stronach „Newsweeka” Jakub Bierzyński, przedsiębiorca i doradca polityczny. Bierzyński w jednym tylko akapicie o rzekomych podobieństwach Polski i Grecji miesza najróżniejsze pojęcia i zjawiska – deficytu, długu publicznego, dziury w ZUS i wyprowadzania środków budżetowych do funduszy celowych – by zasugerować bombardowanemu podobnymi faktoidami czytelnikowi jakieś podobieństwo sytuacji Polski w 2022 r. i Grecji w czasie kryzysu zadłużeniowego.

Analogii tej nie widzą instytucje europejskie, międzynarodowe agencje ratingowe czy nawet neoliberalny przecież Międzynarodowy Fundusz Walutowy. „Państwo polskie jest praktycznie bankrutem”, twierdzi Bierzyński, czego w prywatnych rozmowach nie potwierdzają nawet politycy i doradcy PO („Nie wierzmy w grecki kryzys”, mówią). Nie przychyla się też do tej opinii Komisja Europejska, która szacuje, że zadłużenie Polski w relacji do PKB będzie w kolejnych latach spadać, nie przekroczy konstytucyjnego limitu, a nasz kraj znajdzie źródła finansowania odsetek od długu. Zdaje się też, że Bierzyński myli liczby – albo konstruuje nielogiczne zdania – bo pisze, że „realny deficyt Polski jest większy niż w Grecji w momencie kryzysu”. W rzeczywistości poziom deficytu Grecji w latach 2008-2009 dobił do pułapu 15%, podczas gdy w Polsce nawet według najbardziej katastroficznych i nieprzychylnych dla PiS kalkulacji ekonomistów związanych z Forum Obywatelskiego Rozwoju będzie o połowę mniejszy. Bierzyński twierdzi, że Polska pieniędzy już nie ma, przejadła je, zmarnowała (to akurat w świetle zaniedbań zielonej transformacji najmniej kontrowersyjne) i… że tych pieniędzy już nie będzie.

Tekst Bierzyńskiego jest dobrym przykładem retoryki, o jakiej mowa: „bezrobocie”, „bieda”, „krach”, „samozniszczenie”, „bankructwo”. Ale przykładów jest więcej, np. publicystyka wcześniej nieznanego szerszemu gronu czytelników Piotra Stefaniaka, który został stałym komentatorem „Gazety Wyborczej” w sprawach gospodarki. Mamy też niezmordowanego Ryszarda Petru, ekonomiczne poranki na antenie TOK FM i manifesty ekonomicznych sierot po Platformie. O stanowisku wspomnianego już Forum Obywatelskiego Rozwoju nie warto nawet przypominać, bo wiadomo z góry, co jego przedstawiciele mają do powiedzenia.

Podpięcie się przez opozycję pod tego rodzaju slogany służy jednak bardzo konkretnemu celowi. Chodzi o to, żeby skutki kryzysu przyczepić do władzy, rozgrzeszając Putina („nie ma Putinflacji, jest PiSflacja”), a następnie wrócić do władzy dzięki mitowi „zielonej wyspy”. Bo oczywiście istnieje ryzyko, że do recesji i kryzysu naprawdę w 2023 r. dojdzie – jednak wtedy nie uderzy on wyłącznie w Polskę, lecz będzie miał naturę globalną. Zanim my zbankrutujemy, upadnie kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt gospodarek w świecie rozwijającym się, niewykluczone, że z Rosją i Turcją włącznie. Wtedy kłopoty Polski, względnie zamożnego i bezpiecznego państwa w środku Europy, naprawdę będą niczym przy pożarach na całym świecie, jakie trzeba będzie gasić, by uniknąć powtórki z wojny światowej albo wielkiej recesji lat 30. XX w. Dodać można też, że dziś np. Ukraina jest wypłacalna tylko dzięki kolejnym prolongatom i czasowym umorzeniom ze strony zewnętrznych kredytodawców, ale czy prorocy bankructwa Polski zakładają, że światowe instytucje finansowe pozwolą na kolaps Polski, skoro przez nasz kraj idzie większość pomocy dla Ukrainy? Dobre pytanie, którego nikt z katastrofistów oczywiście nie zadaje.

Opozycja buduje jednak zawczasu przekaz, że wszystkie nieszczęścia, jakie nas dotykają, mają źródło w pisowskim socjalu i rozdawnictwie. Przerzucają więc winę za obecną inflację z Putina, zawyżającej ceny ropy grupy OPEC, polityki „zero covid” w Chinach i mocnego dolara na żyjących z 500+ „nierobów” i ludzi „przekupionych socjalem”. Gdy w Polskę naprawdę uderzy gospodarcza zawierucha i kryzys, przyjdą wtedy – jak w tym żarcie – „cali na biało” z obietnicami powrotu do złotego wieku, do czasów, gdy Polskę kryzysy omijały, a w kraju żyło się spokojnie i dostatnio.

I wykorzystają, jak w scenariuszu opisanym przez Naomi Klein w „Doktrynie szoku”, zamęt i chaos do wprowadzenia własnych cięć, przejęcia instytucji i zaordynowania społeczeństwu terapii leczenia inflacji przez bezrobocie i biedę. I to ostatnie może się im niestety powieść.

j.dymek@tygodnikprzegląd.pl

Rys. Małgorzata Tabaka

Wydanie: 44/2022

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy