Tag "filmy"

Powrót na stronę główną
Kultura

Emocje, kontrowersje i niewiadome

Tegoroczne Oscary to głównie węgierscy emigranci, meksykańskie kartele, amerykańskie seksworkerki i watykańskie grube ryby

Rozważania o Oscarach warto zacząć od Davida Lyncha, niedawno zmarłego wizjonera kina, który zredefiniował sposób opowiadania historii, a także samą formę X muzy. Przez lata wypominano Akademii Filmowej, że nie przyznała choć jednej (!) statuetki reżyserowi „Twin Peaks”, który praktycznie każdym swoim projektem proponował oryginalne doświadczenia. Lynch intensywnie pracował, trochę tych filmów wypuścił, lecz akademicy i tak go pomijali. Fani Lyncha zdawali się być ponad to, krytykując Oscary i powtarzając, że artysta takiego kalibru w ogóle nie myśli o „bzdetach”. O nagrodach nikt nie będzie pamiętał, ale o filmach i serialach już tak, pisano, starając się wykazać wyższość sztuki (i samego artysty) nad umownymi zaszczytami. Tymczasem sześć lat przed śmiercią reżyser otrzymał honorową statuetkę za całokształt twórczości. Mówi się wprawdzie, że to nagroda pocieszenia i rodzaj zadośćuczynienia za lata oczekiwania na docenienie, jednak magia Oscarów zadziałała nawet na Lyncha, zdającego się trzymać przez całą karierę zdrowy dystans wobec rzeczy materialnych i pilnować, by reżyserskie ego nigdy nie zdominowało jego twórczości. Kiedy odbierał Oscara i wygłaszał podziękowania, głos mu się łamał. Bo o Oscarach marzy każdy, niezależnie od pozycji w branży. Te nagrody mają znaczenie – czy tego chcemy, czy nie.

Krytyczka filmowa Daria Sienkiewicz twierdzi, że „Nagroda Akademii Filmowej to nadal najbardziej prestiżowa nagroda filmowa na świecie i zarazem wyznacznik kinowej jakości dla milionów widzów. Ogrom krytyków coraz częściej mówi, że Oscary tracą na znaczeniu, że ich tradycje są anachroniczne, a członkowie Akademii to relikty dawnego hollywoodzkiego porządku. Ale przecież co roku i tak o nich nieustannie rozmawiamy – typujemy zwycięzców i krytykujemy wybory Akademii”. Odkąd jednak „Will Smith dał na scenie popis swojej siły, Oscary coraz bardziej przypominają popcornowe widowisko”, podkreśla Sienkiewicz.

Przed nami 97. ceremonia – coraz bliżej trzech cyfr, ale na to musimy jeszcze cierpliwie poczekać. Na razie możemy sobie przypomnieć, co się działo 100 lat temu w kinie: premierę miała kultowa „Gorączka złota” Charliego Chaplina, Siergiej Eisenstein wypuścił zaś opus magnum „Pancernik Potiomkin”. Oscary rzecz jasna nie istniały, dźwięk w filmach miał zaś się pojawić dopiero za dwa lata. A co dzieje się dziś? Całkiem sporo – to jeden z najlepszych sezonów filmowych od lat. Sama główna kategoria oscarowa (najlepszy film) oferuje wiele arcydzieł, które premiery miały na największych festiwalach, od Cannes po Wenecję.

Spośród dziesięciu nominowanych skupmy się na najważniejszych. Mamy „Brutalistę”, epickie dzieło Brady’ego Corbeta z rolą Adriena Brody’ego – w duchu „Pianisty” Polańskiego i literatury faulknerowskiej. Opowiada o węgierskich emigrantach, którzy będą musieli sobie poradzić w nie do końca gościnnej Ameryce. To prawdopodobnie jedyny film sezonu, którego nie da się opisać bez użycia słowa monumentalny. Głośno jest też o „Emilii Pérez” francuskiego wizjonera Jacques’a Audiarda, który po latach kręcenia smętnych dramatów postanowił się przebranżowić i zrobił eklektyczny musical o tranzycji, miłości i meksykańskich kartelach. Rzecz na pierwszy rzut oka porywająca

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne

Jutro o świcie – Aurora Films

przedstawia film reżysera nominowanego do Oscara   JUTRO O ŚWICIE Reżyseria Rúnar Rúnarsson Islandia/Holandia/Chorwacja/Francja 2024, 80 min Przejmujące studium stłumionego żalu i więzi jakie tworzą się po utracie kogoś bliskiego.   W KINACH OD 28 LUTEGO

Aktualne

DAAAAAALI! – Aurora Films

      przedstawia nowy film jednego z najbardziej kultowych europejskich reżyserów DAAAAAALI! Reżyseria Quentin Dupieux Francja 2019, 79 min   Quentin Dupieux i Salvador Dalí. Dwie ikony surrealizmu razem! To się musiało

Sport

Piłkarski poker po rumuńsku

Historia najlepszego napastnika wszech czerwców

Uwielbiam kino rumuńskie. Z piłką jest znacznie gorzej, nie kochałem jej nawet za czasów Maradony Karpat, czyli Gheorghe Hagiego, bo reprezentacja pod jego wodzą w 1994 r. wyrzuciła z mundialu Kolumbię magika Valderramy, a sam Hagi zranił w tym meczu moje serce, strzelając gola lobem z 30 m.

Za to nowa fala filmu rumuńskiego święci triumfy na europejskich festiwalach po raz pierwszy od czasu Złotej Palmy przyznanej Cristianowi Mungiu w 2007 r. Wśród reżyserów tego nurtu mam swojego ulubieńca – jest nim Radu Jude, w którego ostatnim dziele, o rozwlekłym tytule „Nie obiecujcie sobie zbyt wiele po końcu świata”, już w pierwszych minutach ustami jednego z epizodystów wspomina się przypadek Rodiona Cămătaru. To człowiek, który niechcący i z niejakim opóźnieniem zrewolucjonizował zasady przyznawania jednego z najcenniejszych futbolowych trofeów. To jest dopiero materiał na wielki film!

O kabarecie lizbońskim, czyli niedawnym meczu Benfica-Barcelona w Lidze Mistrzów, w którym główne role zagrali bramkarze, napisałem już przed tygodniem. Wspomnę tylko, że ile by Szczęsny nie nabroił, Barcelona z nim w składzie wciąż nie przegrywa – najwyraźniej nazwisko zobowiązuje. Ale wynik 4:5 był na tyle niecodzienny, że przeszperałem szuflady w szwankującej pamięci i przypomniało mi się coś z zupełnie innej beczki. 18 czerwca 1987 r. w lidze rumuńskiej Sportul Studențesc Bukareszt pokonał w takim stosunku stołeczne Dinamo. Nikogo by to dzisiaj nie obeszło, gdyby nie diabeł tkwiący w szczegółach. Otóż wszystkie bramki dla przegranej drużyny strzelił w tym meczu Rodion Cămătaru. To też się zdarza, Cămătaru był wtedy najlepszym strzelcem ligi rumuńskiej, Dinamo zresztą słynęło z wyborowych snajperów. Jego zawodnicy aż czterokrotnie zdobywali statuetkę dla najlepszego strzelca Europy (Dudu Georgescu w latach 70., Cămătaru i Dorin Mateuț w 80.). I tu zaczyna się pojawiać truchło pogrzebanego psa. W maju 1987 r. pewnym krokiem zmierzał po Złoty But Toni Polster, który zakończył rozgrywki ligi austriackiej z dorobkiem 39 goli. W tym samym czasie Cămătaru myślał już tylko o dograniu kolejnego przegranego sezonu w lidze rumuńskiej. Dinamo miało już nieodrabialną stratę do Steauy, a Cămătaru miał na koncie 20 goli, zbyt skromnych w skali europejskiej

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne

Przetrwanie opresji

Ogólnopolski cykl wykładów Bahy Hilo i polska premiera filmu „Israelism” Pachniał papierosami tak jak polscy opozycjoniści lat 80. Oddany sprawie, ciepły i gorliwy. Tak jak my dawniej. Tyle tylko, że do nas nie strzelano, nas nie mordowano przez dziesiątki lat. 

Aktualne

Niech to diabli – Aurora Films

przedstawia nowy, świeży głos we francuskim kinie    NIECH TO DIABLI! Reżyseria Louise Courvoisier Francja 2024, 90 min   Poruszająca opowieść o dojrzewaniu, nie tylko bohaterów, ale i lokalnego specjału.   W KINACH OD 31 STYCZNIA 2025 ROKU   Aurora

Felietony Wojciech Kuczok

Kobiety samotne

Antek skończył dziewięć lat, z rodzicami już więc zasypiać nie powinien. Jednak jako fan piłki nożnej nie odpuszcza meczów na szczycie także w środku tygodnia, a te, jak wiadomo, zwykle kończą się późnym wieczorem/wczesną nocą. Tymczasem nazajutrz do szkoły trzeba wstać, dziecko musi być wypoczęte. Mam na to niezawodną metodę – oglądam z nim pierwsze połowy w łóżku, najczęściej przy nich zasypia, a jeśli mecz jest wyjątkowo żwawy, w przerwie podstępnie proponuję zestaw muzyczny, przy którym zasypia już niezawodnie. Ostatnio odgrzebałem po latach utwór genialny, „Senną kołysankę” Tadeusza Woźniaka wyśpiewaną przez Krystynę Prońko, piosenkę z gatunku tych, co to, gdy raz się do uszu przykleją, nuci się je potem od rana do nocy. W dodatku jej moc usypiankowa jest zaiste magiczna – syn już po pierwszej zwrotce mówi: „Obudź mnie na drugą połowę” i za chwilę mogę się już zbierać z jego pokoju.

No i z tą kołysanką na smutną melodię polazłem do kina. I aż mi mózg rozsadziło, bo w „Dziewczynie z igłą” noworodki i niemowlęta pozostają, by tak rzec, niedokołysane.

Początek roku to dobry czas dla kinowych premier. W grudniu dystrybutorzy wstrzymują się z filmami, które mogłyby zakłócić przedświąteczny nastrój, letnie wakacje to czas rzeczy lekkich, gum do żucia dla oczu, więc druga połowa roku to tak naprawdę tylko trzy miesiące, w których można poupychać w repertuarze coś sensownego. Teraz zaś czeka nas zimowy wysyp filmów, które rozbiły bank nagród na najważniejszych europejskich festiwalach i lada chwila podzielą między siebie Oscary. Życzyłbym sobie, aby wśród nich znalazło się dzieło wybitne, duńska kandydatura oscarowa, zrealizowana przez polsko-szwedzkiego reżysera Magnusa von Horna. Jest to opowieść usytuowana na antypodach nieznośnie glamourowej historii o pięknej śmierci w luksusowych wnętrzach, którą wysmażył signor Almodóvar, za co został haniebnie przeceniony na festiwalu weneckim. („W pokoju obok”

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Światło między słowami

Spotykam przypadkiem Rafała Grupińskiego; zanim stał się politykiem, był poetą, znamy się więc od wielu lat. Razem robiliśmy kiedyś telewizyjnego „Pegaza”. Zwierzam mu się z tego, co od pewnego czasu jest moją obsesją. Rafał Trzaskowski mówi za szybko i za monotonnie, nie robi pauz. A przecież wypowiada się sprawnie i dobrze myśli, gdyby zwolnił i dawał trochę światła między słowami, byłoby o wiele lepiej. Jakiś czas temu rozmawiałem z Trzaskowskim, ale głupio mi było powiedzieć mu o tym i męczy mnie, że tego nie zrobiłem. Jestem przekonany, że ta jego przypadłość może mieć wpływ na wynik wyborów. Mówione słowa są jak wiatr dla żagli wyborczych regat. Proszę Rafała, by to powtórzył Trzaskowskiemu, i że tak samo jak ja myśli Maciej Stuhr, rozmawialiśmy o tym niedawno. Grupiński zaraz będzie się widział z Trzaskowskim i przyrzekł, że mu powtórzy. Marzy mi się naiwnie, że wkrótce słucham Trzaskowskiego, a on mówi wolniej i robi pauzy.

W szkole mojego 14-letniego Frania uczniowie często palą e-papierosy, głównie dziewczyny. W jego klasie wszystkie koleżanki się malują i hodują kolorowe szpony. Gdy wyrażam zdziwienie, że wszystkie, śmieje się, że jestem z innej epoki. Coraz bardziej mi dolega nieprzyleganie do współczesności. Chociaż nie lamentuję, co wyrośnie z tych młodych. A to powszechne wśród znajomych. Tak lamentowano od tysiącleci i zawsze coś wyrastało. Ale czy nie może tak być, że kiedyś lament okaże się zasadny? Na pewno za szybko poszła zmiana obyczajowa i technologiczna w naszej cywilizacji.

To koniec świata, ale tylko naszego świata.

Mój 18-latek uzależnił się od oglądania filmów, ogląda też poważne. Ale to jakaś forma ucieczki od siebie, od nauki także. Ciekawe, jak on zda maturę, która się zbliża jak góra lodowa. Chciałby iść na jakiś wydział humanistyczny, ale na taki, gdzie nie trzeba czytać książek. I złości się, że nie może takiego znaleźć. Surrealizm. Syn pisarza.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura Wywiady

Pieszo brzegiem Bałtyku

Życie przynosi wiele sytuacji, w których stajemy się „drobnymi punkcikami” pośrodku niczego

Maria Zbąska – (ur. w 1975 r.) reżyserka, operatorka i fotografka, absolwentka Wydziału Operatorskiego i Realizacji Telewizyjnej Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi oraz Szkoły Wajdy. Kręciła teledyski, reklamy i filmy krótkometrażowe. „To nie mój film” jest jej pełnometrażowym debiutem, za który otrzymała Złoty Pazur im. Andrzeja Żuławskiego w Gdyni i nagrodę konkursu Smart7 w Salonikach.

Od premiery krótkometrażowego filmu „Psubrat”, za który dostałaś wiele nagród, minęło 11 lat. Dlaczego tak długo musieliśmy czekać na twój pełnometrażowy debiut?
– Po realizacji „Psubrata” rozwijałam zupełnie inny projekt w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej. Niestety, nie dostałam dofinansowania, a w przypadku pełnometrażowego debiutu to oznacza koniec pracy. Początkujący reżyser lub reżyserka nie ma wielu innych możliwości. Nikt też później nie rozmawia z twórcami, którym się nie powiodło, a tych jest wielu. Długa przerwa między realizacją „Psubrata” i „To nie mój film” nie wynikała zatem ze złej woli, lenistwa czy realizacji innych planów zawodowych. Zawsze chciałam zrobić dłuższy film – dopiero teraz to się udało.

Tytuł brzmi prowokacyjnie i żartobliwie. Ma on związek z twoim stosunkiem do tego dzieła?
– Nie wiem, dlaczego jest czytany z klucza osobistego. Tytuł często przecież nie odnosi się do myśli, które gnębią autora. Dotyczy dzieła, a nie twórcy. Bohaterka filmu, Wanda, mówi: „To nie mój film”. Mogę ewentualnie podpisać się pod jej słowami. Wyjaśnienie może też być takie, że tytuł rzeczywiście jest prowokacyjny. I ta prowokacja się udała, bo widzowie masowo odnajdują się w historii Wandy i Janka. Sprawdziłam to na tysiącach osób, nie na pięciu bliskich znajomych. Po seansie ludzie mówią, że to ich film, że opowiada o nich. Tytuł nawiązuje również do obserwacji, że nie chcemy trwać w związkach i relacjach podobnych do tych, w których tkwią bohaterowie. Będąc w nich, odnosimy wrażenie, że to nie jest nasze życie, że gramy w jakimś kiepskim filmie.

Widzieliśmy już dziesiątki produkcji o kryzysie w związku. Sama chciałaś uciec od schematów i klisz?
– Mój proces twórczy nie jest aż tak bardzo intelektualny, czym chyba wszystkich rozczarowuję. U podstaw projektu leżała moja niezgoda na mit romantycznej miłości, w którym jesteśmy wychowywani. Uważam, że krzywdzi nas jako ludzi. Myślimy, że spotkanie księcia lub księżniczki z bajki jest sensem lub celem naszego życia, ukoronowaniem wszystkiego, do czego dążymy. A jeśli nie poznamy tej idealnej osoby, to znaczy, że coś nam nie wyszło. Tymczasem sam akt zakochania się jest dopiero początkiem drogi do relacji i o tym chciałam opowiedzieć.

Wanda i Janek decydują się na nietypowy krok – chcą przejść 400 km brzegiem Bałtyku. Na dodatek zimą. Czy takie ekstremalne wyprawy we dwoje mogą być faktycznie sprawdzianem relacji? A może to tylko iluzja i sytuacja atrakcyjna dla kina?
– Nie wiem. Mój film też nie daje konkretnych odpowiedzi, wypełniają go tylko pytania. Nigdy nie poszłam z partnerem na podobną wyprawę. Wydaje mi się jednak, że każde wytrącenie z zastanej rzeczywistości, każda podróż, każde wyzwanie, któremu musimy podołać, wyzwala mechanizm, który działa przeciw gnuśności. Czy jednak dzięki takim ekstremalnym doświadczeniom można na powrót się zakochać? Trudno przewidzieć. Jeśli miałabym coś mądrego powiedzieć o miłości, to myślę, że każde wspólne przezwyciężanie trudności jest dobre dla relacji. Zaczynają wtedy działać endorfiny, co zostało udowodnione naukowo. Nuda i gnuśność nie robią niczego dobrego.

Co masz na myśli, mówiąc o gnuśności?
– To słowo jest nieprzetłumaczalne na inne języki. Bardzo je lubię, bo w czasach gloryfikowania przesytu, życia w dramacie wiecznego niezaspokojenia ono świetnie definiuje nasz stan. Chodzi o jakąś niemoc, która wynika nie z przyczyn zewnętrznych, tylko wewnętrznych. Głównym powodem jest właśnie „przedobrzenie” wszystkiego wokół nas. Mamy wszystkiego za dużo, jest nam za ciepło, za miło, jesteśmy zbyt syci. Z tego bierze się codzienna apatia. Kumulacja opisanego stanu zaczyna się w listopadzie, a szczyt następuje w okolicach walentynek – wszyscy wówczas nienawidzą swojej pracy, swojego „starego”, własnej kanapy. I natychmiast chcieliby wyjechać do Marsylii.

A może trochę mitologizujemy dalekie podróże i górskie wyprawy?
– Masz na myśli to, że w górach układa się dobrze, a potem, kiedy wracamy do rzeczywistości, nagle wszystko się komplikuje?

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Do zobaczenia, 2024

Mam alergię na przeszłość. Konkretnie na kurz, którym są pokryte moje stare dzienniki. Wyjąłem z pudeł, myślałem: powspominam niegdysiejsze śniegi, ale od razu w nosie kręci, oczy łzawią. Szlus, nie będzie oglądania się za siebie, żadnych albumów sprzed ery cyfrowej przy kominku, żadnych brulionów zapisanych, kiedy jeszcze miałem życie przed sobą, co najwyżej te zdjęcia, które się uchowały w chmurze i w poczcie internetowej. Bo te, które zapisywałem na dyskietkach, też już nie – one również drzemią w kopertkach zakurzone, nie ma ich jak odtworzyć, bo nowe laptopy bez stacji dysków. Podobnie rzecz się ma z kasetami wideo – w mieszkaniu po mamie widzę szereg tzw. kaset weselnych, nie da się ich obejrzeć, bo kto widział ostatnio jakiś magnetowid. Mówią mi: są do tego specjalistyczne firmy. No tak, ale przecież nie po to człowiek archiwizował swoje życie w szufladzie, żeby potem musiał wzywać płatnych fachowców do jej wyciągnięcia.

Tak oto przyszłość się nie rysuje, a przeszłość niedostępna – pozostaje chwytać dzień, tym bardziej że znowu zaczęło go przybywać, znowu udało się przeżyć przesilenie zimowe bez popadnięcia w ostateczny obłęd, jeszcze raz się przeczołgało przez ten przeklęty grudzień. Tyle mi zostało przeszłości, ile jej spamiętam, to i tak więcej niż przyszłości, której wyobrażać sobie już nie umiem, a planować nie chcę, bo jestem specjalistą od niezrealizowanych obietnic i planów – ba, gdybym chciał wiedzieć, czego już nie zrobię, wystarczy, że wyznaczę to sobie jako cel.

Owóż najbliższa przeszłość ujęta w ramy roku 2024 jeszcze mi majaczy w pamięci nieśpiesznego konsumenta kultury – nie żeby leniwego, ale takiego, co ku nowościom się nie śpieszy. A jako że z Nowym Rokiem wszyscy moi koledzy po fachu wyuczonym, czyli dyplomowani filmoznawcy, czynią podsumowania, ogłaszają swoje dziesiątki filmowe, no to ja też chcę z wami, chłopcy i dziewczęta, się podzielić. Choć wiele jeszcze zobaczyć nie zdążyłem i pewnie za kilka miesięcy, kiedy uzupełnię zaległości, ta moja dziesiątka może poważnie się zmienić. Tymczasem jednak, z myślą o czytelnikach „Przeglądu”, ogłaszam swoje filmowe TOP 10, a nuż komuś to się przyda na wolne wieczory. Oto moja dycha kinowych i streamingowych premier mijającego roku.

  1. „Wśród wyschniętych traw” (reż. Nuri Bilge Ceylan) – byłbym przekonany, że starzenie objawia się także w zamiłowaniu do kina gadanego, statycznego, powolnie się snującego, gdyby nie to, że slow cinema tureckiego mistrza uwielbiałem już przed dwoma dekadami. Trzy godziny Czechowowskich rozhoworów w zaśnieżonej Anatolii – dla kiniarzy to było zbyt wiele, ale film pojawił się w streamingu.
Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.