Tag "historia"

Powrót na stronę główną
Historia

Uciszyć prymasa Hlonda

Dla Piusa XII kardynał Hlond był po wybuchu wojny kimś w rodzaju persona non grata

Wiele spraw związanych z rozwojem stosunków między Watykanem, Polską i III Rzeszą, w tym losy prymasa Augusta Hlonda(1), doczekało się opracowań zarówno w publikacjach kościelnych, jak i świeckich. Opracowania te jednak prawie w ogóle nie uwzględniają dokumentów znajdujących się w archiwum hitlerowskiego MSZ, obejmujących dokumentację resortu Ribbentropa dotyczącą stosunków ze Stolicą Apostolską i sytuacji Kościoła w Polsce w okresie II wojny światowej. Zawartość tego archiwum, aczkolwiek jednostronna, upoważnia, jak sądzę, do znacznej korekty obrazu utrwalonego w dotychczasowych publikacjach. Chodzi tu przede wszystkim o losy wojenne prymasa Hlonda, o stosunek Watykanu do prześladowań polskiego duchowieństwa i postawę Stolicy Apostolskiej wobec III Rzeszy

za pontyfikatu Piusa XII. Pewne skłonności do usprawiedliwiania „niemieckiego papieża”, a nawet dostrzegania u niego propolskiej życzliwości, rozbudzone szczególnie po ogłoszeniu wyboru materiałów watykańskich, w świetle dokumentacji hitlerowskiej nie znajdują uzasadnienia.

Postawa Watykanu wobec wysiłków prymasa Hlonda, by chociaż nad Tybrem znaleźć zrozumienie i wsparcie po tragedii wrześniowej, to papierek lakmusowy podejścia Piusa XII do sprawy polskiej w ogóle. Utrzymuje się, jak sądzę, mylna opinia, że wyłącznie z woli i inicjatywy Hlonda czyniono w Watykanie – bezskuteczne zresztą – starania o jego

powrót do Polski.

Przedstawia taki pogląd w swoich wspomnieniach nie tylko ks. Bolesław Filipiak, kapelan prymasa, bezpośredni towarzysz jego doli i niedoli, lecz także inni autorzy, którzy w publicystycznych czy naukowych opracowaniach podejmowali temat wojennych losów prymasa(2).

Ks. Stanisław Wilk pisze w „Więzi”: „Starania kard. Hlonda o powrót do Polski, które przedsięwziął przy poparciu Stolicy Apostolskiej w październiku 1939 r. i w styczniu 1940, nie przyniosły pozytywnego rezultatu”.

Ks. Antoni Baraniak, sekretarz prymasa, późniejszy arcybiskup, zapewnia, że kard. Hlond niczego tak nie pragnął, jak wrócić szybko do kraju: „Najwyższy duszpasterz Polski uważał zarazem za swój obowiązek, by jak najszybciej powrócić do kraju i tam osobiście czuwać nad położeniem ludności, a w szczególności duchowieństwa, o którego prześladowaniu ze strony okupanta dochodziły coraz to nowe i coraz bardziej wstrząsające wiadomości”. W czasie gdy kard. Hlond miał zabiegać o powrót do kraju, nie docierały jeszcze do Watykanu informacje o prześladowaniach księży. Motyw podany przez ks. Baraniaka w tym wypadku jest wątpliwy.

Zapewnienia o woli powrotu do okupowanego kraju wyłącznie z własnej inicjatywy są przede wszystkim niespójne logicznie. Nie po to opuszcza się kraj, udziela nadzwyczajnych uprawnień pozostałym tam wikariuszom generalnym, by zaledwie trzy dni po przybyciu do Rzymu zabiegać usilnie o powrót. Poza tym czy możliwe jest, by myśląc o powrocie i wiedząc, jak trudna to sprawa, jednocześnie wystąpieniami w mediach narażać się Niemcom, oskarżając ich o prześladowania w Polsce? I tak kard. Hlond miał u nich konto wystarczająco obciążone. Myślę, że chyba nie w ten sposób wyrabia się u wroga glejt na powrót do kraju.

Antoni Baraniak sam przecież pisze, że Hlond godził się prowadzić za granicą, zgodnie z życzeniem rządu, „delikatną i ważną misję na rzecz napadniętej Polski. Chodziło przede wszystkim o autorytatywne

zdemaskowanie hitlerowskiej propagandy

na forum światowym, która Polskę czyniła odpowiedzialną za rozpętanie wojny”. Skoro ktoś na coś takiego się godzi, i to po długich naradach z nuncjuszem warszawskim, nie będzie natychmiast wracać z Rzymu. Musiały o tym zadecydować inne powody. Sam Wilk zresztą stwierdza, że powrót Hlonda do Poznania nie miał sensu, bo „Niemcy z pewnością nie dopuściliby go do objęcia rządów w archidiecezjach”.

Bardziej logiczne, wsparte dokumentacją, jest rozumowanie, że to Pius XII, przyjąwszy Hlonda po jego przybyciu do Rzymu, rozmawiając z nim niemal na stojąco, chcąc się pozbyć kłopotliwego dla Watykanu gościa, nakazał ubiegać się o bilet powrotny do kraju i zaangażował w to wszystkie moce watykańskie. A że koncepcja nie spodobała się Berlinowi, to już inna sprawa.

Opierając się na zasobach archiwalnych z hitlerowskiego MSZ(3), można postawić tezę o wypraszaniu Hlonda z Watykanu. Okazuje się bowiem, że zaraz po przybyciu prymasa do Rzymu 19 września 1939 r. usiłowano się go pozbyć czym prędzej, zabiegając w Berlinie o zgodę na powrót Hlonda do kraju.

 

1 Prymas August Hlond (1881-1948) w połowie września 1939 r. opuścił kraj, udając się do Rzymu, a stamtąd w 1940 r. do Francji. Aresztowany w 1944 r. przez Niemców, wrócił do Polski w lipcu 1945 r.

2 Wymienić można chociażby benedyktyńskie pięciotomowe dzieło Martyrologium polskiego duchowieństwa rzymsko-katolickiego pod okupacją hitlerowską 1939-1945, a także prace zawarte w „Materiałach i Studiach” pod redakcją ks. F. Stopniaka. Również: A. Baraniak, Misja opatrznościowa prymasa Hlonda w okresie wojny światowej 1939-1945, S. Wilk, Kardynał Hlond w latach II wojny światowej oraz Losy wojenne kardynała Hlonda.

3 Archiwum hitlerowskiego MSZ, AA. Politisches Archiv: Inland I-D Polen Kirche, Inland II Heiliges Stuhl-polen, Inland II Geheim, Berichte zur Lage in Polen und über Polen 1940-1944.

 

Tekst ukazał się w PRZEGLĄDZIE nr 2/2010

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Jak mawiał książę Salina…

Chętnie pisze się o MSZ jako miejscu przypominającym dworzec, gdzie jedni przychodzą, wyrzucają drugich, a i tak chodzi o to, żeby gdzieś dobrze wyjechać… Poza tym o żadnej ciągłości nie może być mowy, co chwila jest tu jakaś rewolucja. Cóż, tak to może wyglądać, chociaż, jeśli przyjrzymy się dziejom ministerstwa, zobaczymy, że ludzie tam się zmieniali, ale zwyczaje jakby mniej…

Wykop za słowa niemiłe? Ech… Jednym z najinteligentniejszych ludzi pracujących w MSZ był Roman Knoll. Jeszcze Polska nie odrodziła się, a on już był jej urzędnikiem jako przedstawiciel Rady Regencyjnej w Petersburgu. W II RP był sekretarzem delegacji polskiej na rozmowy pokojowe w Rydze, później posłem w Ankarze, po zamachu majowym został wiceministrem spraw zagranicznych, a potem był posłem w Rzymie i Berlinie.

Piękny życiorys i piękna kariera, która została nagle przerwana w roku 1930, kiedy odwołano go z Berlina w trybie natychmiastowym i przeniesiono w stan spoczynku. A za co? A za to, że wejście do kierownictwa MSZ Józefa Becka i Wiktora Drymmera publicznie skomentował słowami: „Najazd bandytów na dom wariatów”.

Do MSZ już nie wrócił, ale pełnił funkcję szefa Sekcji Zagranicznej Delegatury Rządu na Kraj. I był autorem głośnych raportów, kierowanych do Londynu, poświęconych stosunkom polsko-żydowskim oraz polsko-ukraińskim.

Zostańmy przy Drymmerze. Modne jest narzekanie, że ministerstwo stale „wzmacniają” ludzie ze służb, mijają lata, ba, ustroje się zmieniają, a „dwuzawodowstwo” kwitnie, jak kwitło. Wspomniany Wiktor Drymmer pracował w Oddziale II Sztabu Generalnego. Między innymi organizował siatkę wywiadu na Ukrainie. Do MSZ przyszedł najpierw do wydziału prasowego, później został szefem departamentu personalnego (był nim do września 1939 r.), a od 1933 r. równocześnie departamentu konsularnego.

Innymi słowy, Dwójka trzymała w ręku MSZ, nic ważnego bez jej zgody nie mogło się tu odbywać. Drymmer, prawa ręka Becka, nie bez powodu uważany był za szarą eminencję gmachu przy Wierzbowej.

A jeżeli już jesteśmy przy szarych eminencjach – różnie z tym bywało, ale chyba najbardziej na ten tytuł zasłużyła sobie Maria Wierna. Ideowa komunistka, członkini KPP, wojnę spędziła w ZSRR, była m.in. ważną postacią w Związku Patriotów Polskich. Potem pracowała w polskich ambasadach w Moskwie i w Pradze. Gdy wróciła do kraju, objęła stanowisko szefa departamentu zajmującego się sprawami Europy Środkowej, w tym Niemiec. Już w roku 1952 mówiono o niej, że razem ze Stefanem Wierbłowskim rządzi MSZ, wszystko ustalając z Jakubem Bermanem.

Jeżeli tak było, to co powiedzieć o jej dalszej karierze? 1 stycznia 1956 r. została dyrektorem generalnym MSZ, w randze ambasadora. Na tym stanowisku dotrwała do 30 września 1968 r. Trzymała w rękach sprawy MSZ, zwłaszcza kadrowe, a więc i losy setek urzędników, przez 12 lat. Każdy przed nią drżał.

Jej mąż, Juliusz Burgin, funkcjonariusz KPP, Kominternu, NKGB, MBP, był pierwszym ambasadorem PRL w Chińskiej Republice Ludowej. Potem, już w Polsce, zajmował wysokie stanowiska poza MSZ.

Jak mawiał książę Fabrizio Salina w „Lamparcie”, „trzeba wiele zmienić, żeby wszystko zostało po staremu”. I tak to trwa.

 

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Pytanie Tygodnia

Czy Polacy są narodem politycznie łatwowiernym?

Prof. Jacek Wódz, socjolog, Akademia WSB w Dąbrowie Górniczej Historia tak nas ukształtowała, że gdzieś od czasu zaborów żyjemy pewnymi nadziejami. Dlatego stosunkowo łatwo jest oczarować Polaków różnymi wizjami. Mało w nas myślenia pragmatycznego, brania rzeczy

Obserwacje

Teraźniejszość przeszłości

Przywrócić pamięć o zapomnianym, a młodym nie narzucać, co mają czuć. Polsko-niemiecko-czeskie debaty w Ravensbrück

Nie będę szukała lepszego tytułu, naukowe i nauczycielskie głowy polskie, czeskie i niemieckie wymyśliły go wcześniej i nie potrzebuje ulepszania. „Teraźniejszość przeszłości w muzeach i miejscach pamięci” – tak dokładnie brzmiał temat konferencji, która odbyła się w Berlinie, a w kolejnych dwóch dniach na terenie Muzeum i Miejsca Pamięci Ravensbrück.

Ten dzień dzisiejszy przeszłości to budulec dla jutra pamięci i tego, jak rozmowa o przeszłości, historii wygląda i jak może wyglądać – czego w niej brakuje, co w niej gubimy z różnych przyczyn. Pojęcie „edukacja” jest ostatnimi laty mocno nadużywane, ale to właśnie edukacja poprzez sposoby nauczania i traktowanie uczniów jako podmioty, a nie przedmioty bez prawa głosu, wiele wnosi do teraźniejszości przeszłości. Podobnie wiele mówią ekspozycje muzealne, ich charakter – i ich upolitycznianie. Nad tym wszystkim zastanawiano się w Ravensbrück, nad sielankowym jeziorem z uroczymi zabudowaniami widocznymi na drugim brzegu. Na tym dawnym obozowym brzegu stoi pełen bólu, oskarżenia pomnik więźniarek obozu – jedna z drugą w ramionach, pieta. To tu wsypywano do jeziora prochy z pobliskiego krematorium. Dziś na taflę rzucane są kwiaty. I jest to strefa tabu, gdzie nikt nie ośmieli się wejść do wody z szacunku dla prochów ofiar.

Gospodarzem konferencji była Polsko-Niemiecka Komisja Podręcznikowa, pracująca nad materiałami do nauki historii w duchu akceptowalnym dla Polski i Niemiec. Dużo młodszą siostrą jest podobna wspólna komisja czesko-niemiecka. To ciała naukowo-praktyczne, które próbują pogodzić różne spojrzenia na historię, tę samą, ale nie taką samą, bo z odmiennymi czułymi punktami, na które trzeba zwrócić uwagę.

Chwasty niepamięci

Organizator konferencji, Instytut Leibniza ds. Mediów Edukacyjnych | Instytut im. Georga Eckerta w Brunszwiku, wspólnie z obydwiema komisjami prowadzi innowacyjny, opierający się na współpracy projekt na rzecz rewizji podręczników europejskich. Celem jest otwarta, szczera dyskusja i wspólne tworzenie materiałów edukacyjnych zorientowanych na porozumienie.

Innym ważnym elementem spotkania były miejsca niepamięci – a takich jest wiele. Mógł nim się stać także teren obozu Ravensbrück, który przecież znajdował się na terenie wschodnich Niemiec, w pięknej Brandenburgii. Jego obecność nie pasowała do napisanej w NRD antyfaszystowskiej historii i wojny, która powinna była obciążać tylko RFN. Wieloletnia obecność wojsk radzieckich, zniszczenie materialnej tkanki obozu, formalnie miejsca pamięci od 1959 r., ale użytkowanego jako koszary aż do 1977 r.

Bardzo długo nie było możliwości stworzenia godnego miejsca pamięci osadzonych tam przez reżim III Rzeszy i zamordowanych kobiet, młodzieży i mężczyzn. Polki, największa grupa więźniarek w Ravensbrück, ofiary eksperymentów pseudomedycznych, dopiero w 1996 r. mogły  umieścić na murze swoją tablicę upamiętniającą tysiące zamordowanych kobiet, władze tego miejsca nie chciały się na to zgodzić rok wcześniej, w 50. rocznicę wyzwolenia obozu. Ofiary odzyskują nazwiska, narodowości, przynależność do grup mniejszościowych, ten obóz już nie jest miejscem niepamięci, raczej przypomina o każdym, o kogo można się upomnieć. Także w formie róż, specjalnie wyhodowanej we Francji odmiany Zmartwychwstanie, sadzonych tam na dawnym masowym grobie. Ta specjalna odmiana upamiętniająca więźniarki, „róża z Ravensbrück”, ma już 50 lat.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Reforma rolna 1944 czyli przewrót cywilizacyjny

6 września 1944 r. Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego wydał dekret o przeprowadzeniu reformy rolnej. Na jego mocy (wszedł w życie 13 września 1944 r.) parcelacji podlegały nieruchomości rolne będące własnością skarbu państwa, obywateli III Rzeszy i obywateli polskich narodowości niemieckiej, a także osób skazanych prawomocnie za zdradę stanu i pomoc udzieloną okupantowi. Ponadto parcelacją objęto nieruchomości rolne stanowiące własność lub współwłasność osób fizycznych lub prawnych, jeżeli ich rozmiar łączny przekraczał 100 ha powierzchni ogólnej bądź 50 ha użytków rolnych. Jednakże na terenie województw poznańskiego, pomorskiego i śląskiego przewidziano parcelację nieruchomości rolnych o wielkości przekraczającej 100 ha powierzchni ogólnej, niezależnie od wielkości użytków rolnych.

Dekret PKWN wywłaszczał ze skutkiem natychmiastowym i bez odszkodowania wszystkich właścicieli majątków ziemskich powyżej 50 ha (w wymienionych województwach zachodnich powyżej 100 ha). Oprócz ziemi odebrano im też inwentarz żywy oraz rezydencje wraz z wyposażeniem. Właściciele ziemscy musieli opuścić majątek w ciągu trzech dni od chwili rozpoczęcia jego parcelacji. Nie wolno im było zabrać żadnych rzeczy ruchomych z majątku osobistego, które miały wartość naukową, artystyczną lub muzealną. Oznaczało to pozbawienie wywłaszczanych ziemian cennych pamiątek rodzinnych, niejednokrotnie gromadzonych przez pokolenia. Wywłaszczonym ziemianom przyznano początkowo zaopatrzenie miesięczne w wysokości uposażenia urzędnika państwowego VI grupy. Szybko jednak ograniczono je do osób niezdolnych do pracy, a następnie zamieniono na rentę inwalidzką w najniższym wymiarze.

Radykalni ludowcy, m.in. Jan Czechowski, kierownik resortu sprawiedliwości PKWN, domagali się obniżenia pułapu parcelowanych majątków z 50 do 35 ha. Ich postulat nie został jednak wzięty pod uwagę, ponieważ PPR nie chciała zrażać do nowej władzy bogatych chłopów. Oprócz interesu bogatych rolników, w nomenklaturze stalinowskiej „kułaków”, uwzględniono też w 1944 r. interes Kościoła katolickiego. Jemu i innym związkom wyznaniowym PKWN zwrócił własność odebraną przez okupanta niemieckiego. Ponadto spod dekretu o reformie rolnej zostały wyłączone tzw. dobra martwej ręki (majątki kościelne nieuczestniczące w obrocie) należące do Kościoła katolickiego i pozostałych związków wyznaniowych. Według Wandy Wasilewskiej stało się to na życzenie Józefa Stalina. Podczas konsultowania projektu reformy rolnej w Moskwie Stalin miał zwrócić delegacji PKWN uwagę, że konfiskata dóbr kościelnych może wywołać duże oburzenie społeczne w katolickiej Polsce, od tego nie należy więc zaczynać.

Poparcie Hlonda i Wyszyńskiego

Nieruchomości ziemskie należące do Kościoła katolickiego i innych związków wyznaniowych zostały znacjonalizowane dopiero na mocy ustawy z 20 marca 1950 r. o przejęciu przez państwo dóbr martwej ręki, poręczeniu proboszczom posiadania gospodarstw rolnych i utworzeniu Funduszu Kościelnego jako rekompensaty za ziemię przejętą na rzecz skarbu państwa. Przeciwko nacjonalizacji majątków kościelnych opowiadała się po wojnie większość hierarchów katolickich z wyjątkiem prymasa Augusta Hlonda i jego następcy Stefana Wyszyńskiego, którzy poparli reformę rolną także w odniesieniu do dóbr kościelnych.

W latach 1944-1948 na cele reformy rolnej przejęto 9707 majątków ziemskich (ok. 3,49 mln ha) na terenach wchodzących do 1939 r. w skład państwa polskiego. Z tego do końca 1949 r. rozdzielono jakieś 2,4 mln ha ziemi. Na ziemiach przyłączonych w 1945 r. przeznaczono 3,7 mln ha gruntów na cele osadnictwa rolnego. Łącznie na całym terytorium kraju rozparcelowano 6,1 mln ha ziemi pomiędzy 1,1 mln rodzin – głównie chłopów bezrolnych, mało- i średniorolnych – tworząc 747,4 tys. nowych gospodarstw rolnych. Początkowo tworzono gospodarstwa dwu-, trzyhektarowe, następnie do 5 ha. Przeciętny obszar nowych gospodarstw wynosił 5,4 ha, a parceli powiększających gospodarstwa istniejące 1,9 ha. Natomiast na Ziemiach Odzyskanych nadziały wynosiły 7-15 ha (przeciętnie 7,9 ha). Za przydzieloną ziemię dekret PKWN ustalał zapłatę stanowiącą równowartość przeciętnych rocznych zbiorów. Spłata została rozłożona na 10-20 lat. Z pieniędzy tych finansowano działalność Państwowego Funduszu Ziemi, który realizował reformę rolną.

Ziemie nierozparcelowane włączono do Państwowych Nieruchomości Ziemskich lub Lasów Państwowych. Państwowe Nieruchomości Ziemskie położyły duże zasługi szczególnie dla zagospodarowania poniemieckich majątków na Ziemiach Odzyskanych. W 1947 r. PNZ zarządzały na Ziemiach Odzyskanych 1,2 mln ha. W instytucji tej stanowiska kierownicze zajmowali w latach 1946-1948 byli ziemianie: Leonard Witold Maringe (dyrektor PNZ), Wacław Englicht, Lucjusz Kempisty, Zdzisław Lechnicki, Kazimierz Papara, Andrzej Potworowski, Ludwik Slaski, Feliks Sommer i inni. W 1949 r. – po rozpoczęciu stalinizacji Polski i przekształceniu PNZ w Państwowe Gospodarstwa Rolne – skazano ich w pokazowym procesie politycznym na kary od 10 lat do dożywotniego pozbawienia wolności za działalność na szkodę państwa, szpiegostwo i próbę obalenia ustroju Polski Ludowej (zostali zrehabilitowani w 1956 r.).

Dominująca współcześnie narracja historyczna ukazuje reformę rolną z 1944 r. jako próbę zdobycia poparcia społecznego przez PKWN – komunistyczny organ władzy zainstalowany w Polsce przez Stalina. Przy czym głównie eksponuje się w tym kontekście krzywdy doznane przez wywłaszczonych ziemian.

Warstwa ziemiańska została brutalnie zlikwidowana, a byłym ziemianom zakazano pobytu w powiecie, w którym znajdował się ich majątek. Dawne dwory i pałace przejęto na siedziby władz, PGR-ów, domów kultury, bibliotek, domów dziecka itp. Z przejętych niemal 20 tys. dworów i pałaców zniszczeniu uległo ok. 80%. Niejednokrotnie wbrew prawu parcelowano grunty rolne poniżej ustawowych 50 ha i dokonywano rabunku majątku ruchomego wywłaszczanych.

Najważniejsze wyzwanie

Z drugiej strony realizacja reformy rolnej spowodowała wielki przewrót cywilizacyjny nie tylko na polskiej wsi, ale też w skali całego kraju. Zlikwidowana została postfeudalna struktura społeczno-gospodarcza wsi i nastąpił awans społeczny mało- i średniorolnego chłopstwa, czyli ogromnej większości ówczesnego społeczeństwa polskiego. Dlatego reformę rolną poparło także mikołajczykowskie PSL, krytykując jedynie tworzenie zbyt małych gospodarstw indywidualnych. Zwalczali ją natomiast „żołnierze wyklęci”, i to głównie ci z podziemia nacjonalistycznego, dokonując ataków na brygady parcelujące majątki obszarnicze. Ponadto reforma rolna przyczyniła się do szybkiego zagospodarowania Ziem Odzyskanych.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Trauma wojny

Wszędzie otacza nas przeszłość wojenna.

Dr hab. Michał Bilewicz – psycholog społeczny, socjolog, profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego. Kierownik Centrum Badań nad Uprzedzeniami UW. Autor książki „Traumaland. Polacy w cieniu przeszłości”.

Mówi się, że Polską rządzą dwie trumny: Dmowskiego i Piłsudskiego, a pan stawia tezę, że kierują nami ofiary liczone w milionach, głównie z okresu II wojny światowej. Czy rzeczywiście 80 lat po wojnie na Polakach tak mocno odciska się trauma wojenna?
– Tak i mają ją zakodowaną nie tylko przez same doświadczenia czy opowieści rodzinne, przekazywane przez pokolenia, ale też przez kulturę: filmy, seriale, literaturę i cały proces nauczania. Przeszłość wojenna wszędzie nas otacza. Nawet genetycy twierdzą, że zmiany epigenetyczne, które powodują naszą nadwrażliwość na pewne sytuacje, wynikają z doświadczeń naszych przodków, z traumy historycznej.

Jakie są najważniejsze przejawy tej traumy?
– Różnego rodzaju lęki, teorie spiskowe, myślenie o obcych bardziej jako zagrażających nam niż jako o potencjalnych partnerach. To nadwrażliwość na pewne sytuacje polityczne i nieufność do instytucji państwa, samorządów, wreszcie funkcjonowanie, jakby tych władz nie było.

W książce pisze pan, że jesteśmy, obok Grecji, najbardziej nieufnym społeczeństwem w Europie i że 29% badanych Polaków odczuwa traumę przeszłości. To dużo?
– Bardzo dużo! Generalnie przyjmuje się, że PTSD, czyli zespół stresu pourazowego, dotyka 10-15% osób doświadczających traumy, choćby wśród Amerykanów po Wietnamie czy Francuzów po wojnach kolonialnych. U nas te wskaźniki są zdecydowanie wyższe. A trauma nie dotyczy przecież tylko wojny. Wśród powodzian na Dolnym Śląsku rok po powodzi stulecia z 1997 r. aż 40% ludzi doświadczało PTSD, czyli nie było w stanie wrócić do normalnego funkcjonowania.

Czy szeroko rozumiana polityka historyczna – to, co robi chociażby Instytut Pamięci Narodowej – umacnia w Polakach traumę historyczną?
– Oczywiście. Dokłada swoje edukacja szkolna, która jest przesycona traumą. W czasach rządów Zjednoczonej Prawicy wzrosła liczba godzin szkolnych poświęconych nauczaniu historii, szczególnie historii najnowszej. Nawet przedmiot wiedza o społeczeństwie zastąpiono przedmiotem historia i teraźniejszość, który był swoistą dorzutką do nauczania historii najnowszej. Jeżeli przyjrzymy się programom nauczania, to największy nacisk kładzie się na te epizody historii, które dotyczą właśnie traumy. Momenty, gdy Polacy doświadczyli strasznych zbrodni.

W ramach polityki historycznej za poparciem polityków Zjednoczonej Prawicy szły i nadal idą konkretne działania: dofinansowywanie konkretnych produkcji filmowych, choćby filmów poświęconych rtm. Pileckiemu czy „żołnierzom wyklętym”. Do postaci, które są związane z dramatycznymi historiami, dochodzą działania ruchów rekonstrukcyjnych. W książce opisuję zupełnie kuriozalne sytuacje, takie jak inscenizacja likwidacji getta w Będzinie, na potrzeby której dzieci przebierają się za ofiary Holokaustu, albo inscenizacje rozstrzeliwania, egzekucji, rzezi wołyńskich. Rekonstrukcje odległych wydarzeń, choćby bitwy pod Grunwaldem, nagle – celowo – zamieniono w rekonstrukcję traumy.

Czym to będzie skutkowało? Jakie da efekty?
– Ciągle niewiele o tym wiemy, ale pewną szczątkową wiedzę już mamy. Jakiś czas temu wspólnie z Adrianem Wójcikiem prowadziliśmy badania wśród młodzieży z małopolskich szkół, która odwiedziła obóz Auschwitz-Birkenau. Mieliśmy możliwość zbadania młodych ludzi przed tą wizytą, bezpośrednio po niej i miesiąc później. Dostrzegliśmy, że 15% ma objawy typowe dla PTSD. Zupełnie nieprzygotowanych licealistów wpuszczamy do obozu, gdzie patrzą na stosy warkoczy, butów, walizek, po czym jeszcze tego samego dnia jadą do kopalni w Wieliczce, do Krakowa. Ten Oświęcim traktowany jest jako kolejny etap na trasie wycieczki szkolnej. Uczeń, który się wychowuje w Holandii czy w Hiszpanii, takich doświadczeń nie ma. Polska jest w pewien sposób specyficzna, kiedy się patrzy na naszą traumę historyczną. Dlatego staram się przekonywać, żebyśmy byli bardziej wyrozumiali wobec skutków naszej przeszłości, co nie oznacza, że nie widzę, jak nasza polityka historyczna karmi się wydarzeniami z dziejów najnowszych. Wyzyskuje je, świadomie eksponując pewne konkretne opowieści o przeszłości, które zwiększają naszą traumę.

Politycy to wiedzą. Szczególnie politycy prawicy ją wykorzystują, by zwiększyć poparcie dla swoich formacji.
– Znaczna część „Traumalandu” o tym traktuje, jest analizą tego, jak traumę wykorzystuje się w życiu politycznym. Jak rozedrganiem polskiego społeczeństwa, wynikającym z historii, można się posłużyć do podbicia swoich słupków wyborczych. Straumatyzowane społeczeństwa są bardzo podatne na różne lęki i na to, co socjolodzy nazywają panikami moralnymi. Społeczności, które doświadczyły bardzo wysokiej śmiertelności dzieci czy przemocy seksualnej w czasie wojen lub okupacji, są łatwe do pobudzenia informacją, że gdzieś zabito jakieś dziecko albo jacyś ludzie zagrażają naszym kobietom. Przypominam, że PiS w 2015 r. wystarczyło głosić: tabuny uchodźców przekroczą nasze granice, będą gwałcić, mordować i zagrażać naszym dzieciom i kobietom. Pisowcy mówili to, kiedy Polacy nie mieli tak wielu kontaktów z Arabami czy ludźmi z Afryki Subsaharyjskiej i kiedy do Polski żadni uchodźcy nie trafiali. Mimo to rozpętana została kampania przeciwko tym ludziom. A jednocześnie nie protestowano, gdy wcześniej trafiło do nas 70-80 tys. uchodźców muzułmańskich z Czeczenii. Umiejętnie wykorzystywana trauma w kampanii wyborczej wyniosła PiS do władzy.

Czy łatwiej jest rządzić straumatyzowanym społeczeństwem, gdy już się władzę zdobyło?
– Rządzić jest o wiele trudniej, niż wykorzystywać traumę historyczną do zdobycia władzy. Bardzo łatwo zmobilizować do poparcia wyborczego, ale rządzić jest bardzo trudno z powodu, o którym już mówiłem – ponieważ narody straumatyzowane nie ufają władzy i politykom, a jednocześnie nie są posłuszne. Widzieliśmy to w czasie epidemii koronawirusa. Władze zalecały Polakom noszenie maseczek, utrzymywanie dystansu, szczepienie się. W pierwszych miesiącach epidemii psycholodzy przebadali 19 państw i analizowali, czy ludzie stosują się do wszystkich zaleceń służb sanitarnych. I co się okazało? Polska była na szarym końcu, m.in. dlatego, że nasze społeczeństwo jest nieufne w stosunku do władzy.

p.dybicz@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Budowle stoją przez wieki

Zagadki kopca z Barnenez

Jedna z najstarszych na świecie budowli znajduje się na nieosłoniętym od wiatru cyplu Bretanii, wznoszącym się nad kanałem La Manche. Budowa rozpoczęła się ok. 4800 r. przed naszą erą, pod koniec epoki kamienia, w okresie neolitu. Ta znana pod nazwą Cairn de Barnenez konstrukcja jest kurhanem, czyli kopcem pogrzebowym. Stworzony przez człowieka kamienny nasyp o długości 73 m, szerokości 24 m i wysokości 9 m mieści 11 grobowców. Wszystkie groby są ulokowane głęboko w kopcu i można się do nich dostać kamiennym korytarzem. Przypominają jaskinie, są zbudowane z kamienia i w większości mają stropy utworzone z pojedynczych płyt. Najpierw powstały grobowce i korytarze, potem zbudowano mur zewnętrzny z większych kamieni, które zostały starannie do siebie dopasowane, a wolne przestrzenie wypełniono gruzem. Archeolodzy ustalili, że poszczególne grobowce powstawały przez 600 lat, że kopiec został powiększony przynajmniej raz i że stanowi dzieło kilku pokoleń. Każdy grób ma własny korytarz, a wszystkie wejścia są zwrócone na południe, w kierunku przeciwnym do morza. Kopiec ma nieregularną formę, lecz nie jest zwykłą kupą kamieni; jego schodkowe zakończenia w kształcie piramidy są starannie ukształtowane.

Budowa kopca pogrzebowego nie wymagała zaawansowanej techniki. Korytarze są zadaszone przypominającymi płyty głazami zwanymi megalitami. Podobnie jak pozostałe kamienie, megality nie zostały obrobione ani nie wzmocniono ich zaprawą murarską. Niemniej Barnenez nie potrzebuje upiększenia. Największe groby, które z grubsza są na planie koła i mają 3 m średnicy, były zbyt duże, by je zadaszyć pojedynczymi płytami. Zastąpiono je więc płaskimi kawałkami łupków lub granitu, które kładziono jeden na drugim (tak, żeby zachodziły na siebie i ostatecznie spotkały się w centrum, tworząc kopulaste wnętrze). Dzięki technice łęku pozornego możliwe było zamykanie otworów, sklepień i kopuł, aż do czasu, gdy Rzymianie spopularyzowali konstrukcje łukowe. W XX w., gdy kopiec poddano renowacji, niektóre z grobów Barnenez zostały przebudowane, ale reszta pozostaje nietknięta od ponad 6 tys. lat, co świadczy o umiejętnościach ówczesnych budowniczych.

Szacuje się, że bretoński kopiec zbudowano z ponad 10 tys. ton granitu i dolerytu. Część materiału budowlanego pozyskano na miejscu, lecz wiele kamiennych bloków sprowadzono z odległości co najmniej półtora kilometra. W jaki sposób przemieszczano takie megality o masie kilku ton każdy? Może na wałkach, a może na saniach, które wielu ludzi ciągnęło po nasmarowanych tłuszczem drewnianych podkładach – możemy jedynie spekulować. Potem przenoszono megality na miejsce; szacuje się, że do transportu i podnoszenia najcięższych głazów potrzebna była przynajmniej setka ludzi, co oznaczało, że nie mogli oni w tym czasie polować, łowić ryb i zajmować się rolnictwem. A zatem w każdej z tych małych społeczności konieczne było porozumienie w sprawie współpracy podczas realizacji tak monumentalnego przedsięwzięcia. Dlatego architektura często jest nazywana sztuką społeczną; łączy nas i zbliża do siebie.

Fragmenty książki Witolda Rybczyńskiego O architekturze, Rebis, Poznań 2024

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Odjazd

W języku czy też slangu młodzieżowym słowo „odjazd” znaczy zerwanie z realnym światem i przeniesienie się w jakąś inną rzeczywistość. „Odjechany” jest facet, który mówi o rzeczach niemożliwych albo po prostu bredzi. „Odjechany” jest projekt czy pomysł, który nie ma żadnych szans na urzeczywistnienie, jest zupełnie nierealny. Dzięki polityce historycznej nasi politycy, a wraz z nimi niestety także liczni dziennikarze i edukowane przez nich masy, coraz bardziej „odjeżdżają”. Gdy PiS zaczęło się domagać od Niemiec reparacji, opozycja, jak się zdawało, jednym głosem wyszydzała ten pomysł. Teraz, w 85. rocznicę wybuchu II wojny światowej, o żądaniu od Niemiec reparacji przypomniał sobie prezydent Duda, a minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski też zdążył wypomnieć Niemcom, że mamy im co pamiętać. Nawet premier Tusk, zdaje się, do idei reparacji dał się przekonać. Nie wierzy chyba, że je dostanie, ale uznał, że politycznie korzystne jest dla niego i jego obozu upominać się u Niemców o te nieszczęsne reparacje.

Nie bardzo wiem, na czym miałyby one polegać, jak je liczyć. Czy Gdańsk, Szczecin lub Wrocław miałyby być w rozliczeniu, czy nie. A jeśli nie, to dlaczego? A np. rozebrana na cegły wywiezione do Warszawy rezydencja Wettinów (już mniejsza, że potomków królów polskich) w Szczodrem na Dolnym Śląsku i setki jej podobnych jakoś byłyby Niemcom od rachunku odliczane czy nie, a jeśli tak, jak to liczyć? A znacjonalizowane majątki niemieckie, fabryki lub kopalnie? Byłyby potrącane od rachunku wystawianego Niemcom czy nie?

Jeśli nie, to dlaczego?

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Romanowski Felietony

Pocztówka z Ninu

Z Zadaru do Ninu jedzie się 20 minut. Tuż przed celem, na pagórku po lewej stronie, miga zza szyb charakterystyczna sylwetka kościoła św. Mikołaja (crkva sv. Nikole). Stary polski przewodnik, który trzymam w ręce, informuje, że kościół ten pochodzi z IX w., w rzeczywistości jednak zbudowano go dopiero na przełomie XI i XII stulecia. Ale perła Ninu – kościół św. Krzyża (crkva sv. Križa) rzeczywiście powstał w połowie, może drugiej połowie, IX w. Jego rozmiary są mniejsze niż kościółka św. Wojciecha na krakowskim Rynku. W środku jest pusty, od dawna już nie służy celom liturgicznym. Na jego białych ścianach tylko gdzieniegdzie można dostrzec ślady po freskach. Oto najmniejsza katedra świata.

Ale dla zachodnich Słowian jest to katedra najczcigodniejsza. Bo w Ninie wszystko się zaczęło. Najpierw, z początkiem VII w., na starożytne miasto Aenona runęły hordy Słowian. Przybyły one z tzw. Białej Chrobacji (Białej Chorwacji), którą lokowano niegdyś w dzisiejszych Czechach i Małopolsce, choć raczej były to same Czechy. Ta słowiańska ekspansja przyniosła środkowej Europie regres. Zanikło koło garncarskie, zapomniano o metalurgii, ceramika stała się uboga i prymitywna, naczynia produkowano głównie z drewna, osady były nieobronne, a chaty półziemiankowe. Takich dzikusów Europa czasu wędrówki ludów dotąd nie widziała. Słowianie, wraz z bardziej od nich cywilizowanymi Awarami, wlewali się na ziemie nad Adriatykiem i dopiero tu ich oślepił blask tysiącletniej kultury. W Ninie ujrzeli rzymską świątynię, największą w Dalmacji, liczącą już ponad 500 lat, bo pochodzącą z I w. Zburzyli ją, bo tylko to umieli. Dziś ze świątyni pozostało rumowisko głazów i stercząca ku niebu jedna samotna kolumna.

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Żeby po prostu żyć po swojemu

Historie o szczęściu, zmianie i wyborze.

Patrzyłam na ojca i brata i wiedziałam, że więcej ich nie zobaczę.

Ciężarówka zniknęła mi z pola widzenia po kilku chwilach. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, co to oznacza, ale już potrafiłam poczuć stratę. Miałam cztery lata i mama tuliła mnie do piersi, aż mnie żebra bolały. Nas nie wywieziono do obozu, do dziś nie rozumiem dlaczego.

Wojna minęła. Poszłam do szkoły i każdego dnia, kiedy z niej wracałam, widziałam moją zapłakaną matkę. Nie takiego dzieciństwa chciałam. Tym bardziej że co noc słyszałam, jak wołała imię mojego brata: „Wojtuś! Wojtuś!”. W pewnym momencie wręcz go nienawidziłam, bo wydawało mi się, że mama kocha go bardziej ode mnie. A miałyśmy tylko siebie. Cała rodzina zginęła. Kiedy trochę podrosłam, zaczęłam rozumieć tęsknotę matki za mężem i synem. Mnie niespecjalnie brakowało ojca, bo prawie go nie pamiętałam. Poza jednym zdjęciem, na którym mam roczek, a on trzyma mnie pod pachami siedzącą na jego kolanach. Uśmiecha się szeroko. No i te plecy na pace ciężarówki. Zaczęłam pytać mamę o niego, potem o brata. Był starszy ode mnie o cztery lata. „Nie mógł przeżyć”, mówiła matka, ale ciągle wysyłała listy do Czerwonego Krzyża. Ciągle ich obu szukała.

Informacja o ojcu przyszła dwa dni po moich 18. urodzinach. Zamordowany w obozie w Buchenwaldzie w 1943 r. O Wojtku ani słowa. Jakby się rozpłynął w powietrzu gdzieś po drodze. Mama zamknęła twarz w dłoniach i widziałam tylko jej drgające ramiona. Przytuliłam i poczułam nagle, jak łzy toczą mi się po policzkach, a po nich ogarnął mnie taki gniew, wiedziałam, że muszę w coś go zamienić. Obiecałam sobie, że i ja nie spocznę, dopóki go nie odnajdę. Zajęło mi to 20 następnych lat. Traciłam już nadzieję. Wróciłam z pracy w archiwum i jak zwykle otworzyłam skrzynkę pocztową. Leżał tam list. „Panu Wojciechowi T. zmieniono nazwisko na A. Został adoptowany przez rodzinę kanadyjską, która zgodziła się z Panią skontaktować. Proszę o odpowiedź na adres…”.

Zastanawiałam się, dlaczego Wojtek sam nas nie szukał. Byłam nawet trochę na niego zła. Wyjaśnienie pojawiło się, kiedy wylądował w Warszawie. Podczas pobytu w obozie przeszedł ostre zapalenie opon mózgowych – cud, że przeżył, ale już do końca życia miał mieć problemy z pamięcią.

Mama stała w hali lotniska, wypatrując dziecka, które zniknęło na pace ciężarówki. Zza drzwi sali przylotów wyszedł bardzo wysoki mężczyzna, już lekko siwiejący, który – kiedy tylko ujrzał mamę – od razu do niej podbiegł. Ten moment, ta chwila ich mocnego uścisku już nigdy się nie powtórzyła. Jednorazowe odczucie pełni szczęścia.

Halina, 85 lat

 

 

„Przygoda”, myślałem sobie, kiedy kolega powiedział mi, że można się zaciągnąć do Legii Cudzoziemskiej. Miałem wtedy niecałe 18 lat, musiałem poczekać jeszcze dwa miesiące do pełnoletniości. Nie powiedziałem nic rodzicom. Zresztą nie wiem, czy i tak by coś zauważyli. Ciągle byli w procesie trzeźwienia. Były wakacje, więc tylko rzuciłem im na dzień przed wyjazdem do Francji, że jadę z kumplami i nie wiem, kiedy wrócę. Od ojca dostałem nawet 100 zł. To wtedy było dużo. W Aubagne nazajutrz po przyjeździe do Legii zaczęła się ostra harówka fizyczna. Niby wiedziałem, że przejdę szkolenie, ale nie sądziłem, że będzie aż tak ciężko. W moim rodzinnym mieście chadzałem na siłownię, więc byłem dość wytrzymały fizycznie. A tu po ośmiu godzinach różnorodnego treningu trzęsło mi się całe ciało. Myślałem, że nie wytrzymam. Ale kumpel się trzymał, więc i ja musiałem.

Po trzech miesiącach szkolenia przyjęto mnie do Legii. Z radości spiłem się do nieprzytomności i spałem na plaży w Marsylii. Port w Marsylii znany jest zresztą z podobnych widoków. Chłopaki z Legii i marynarze jakoś muszą odreagować albo misję, w której biorą udział, albo daleki rejs i mordęgę na statku. Wieczorem lepiej się tam nie zapuszczać, bo można stracić nie tylko zęby, ale nawet życie. Po każdym kontrakcie – a to w Gujanie Francuskiej, a to w Czadzie – wracałem i praktycznie nie trzeźwiałem. Zdarzały się też narkotyki – najlepszej jakości, przemycane przez marynarzy.

Wydawało mi się, że jestem nie do zdarcia. A potem przyszła wojna na Bałkanach. Wysłali nas do Sarajewa jako obserwatorów pokojowych, mieliśmy ewentualnie reagować, jeśli któraś ze stron naruszyłaby konwencję genewską. Wtedy nawet nie pomyślałem, że sama wojna to  już jest jej naruszenie, jeśli ktokolwiek – szczególnie kobiety, dzieci i starsi ludzie – w niej ginie, zostaje zamordowany czy zastrzelony przez snajperów. Jeździliśmy po mieście opancerzonymi wozami i wypatrywaliśmy luf w rozbitych oknach, bo co rusz ktoś padał na ulicy i nie mogliśmy dostrzec, w którym miejscu ukrywa się snajper.

Fragmenty książki Izy Klementowskiej, Szczęście i inne przypadki. Mikroreportaże, Marginesy, Warszawa 2024

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.