Tag "medycyna"
Słuch przyszłości
Polska szkoła otochirurgii wkracza w erę medycyny precyzyjnej
Prof. dr hab. inż. Artur Lorens – kierownik Zakładu Implantów i Percepcji Słuchowej, Instytut Fizjologii i Patologii Słuchu.
Przełom miał miejsce w 1997 r., na międzynarodowej konferencji w Nowym Jorku prof. Henryk Skarżyński przedstawił koncepcję rozszerzenia wskazań do stosowania implantów ślimakowych. To była rewolucja – dotychczas implanty ślimakowe były stosowane głównie u pacjentów z całkowitą głuchotą. Tych trochę słyszących – odrzucano. Tymczasem prof. Skarżyński opracował metodę Partial Deafness Treatment (PDT), która opierała się na zachowaniu naturalnych struktur ucha wewnętrznego i jednoczesnym wykorzystaniu stymulacji elektrycznej. Swoista hybryda, bo pacjent odbierał dźwięki naturalnie, za pomocą sygnałów akustycznych, i poprzez implant – za pomocą elektrycznej stymulacji nerwu słuchowego. Dla otochirurgów było to najwyższym wyzwaniem – zakładając implant, musieli pracować tak, by nie uszkodzić w uchu tego, co działa.
Realizowane obecnie przedsięwzięcie, pod kierownictwem prof. Artura Lorensa, to kolejny krok w rozwoju tej koncepcji. Nowatorski w świecie. Elektrodę, którą chirurg wszczepia w ucho wewnętrzne, wykorzystano również jako narzędzie pomiarowe. Chirurg otrzymał w ten sposób pakiet informacji – pozwalający bezpiecznie przeprowadzić operację, a później precyzyjnie zaprogramować działanie implantu.
W ten sposób Światowe Centrum Słuchu w Kajetanach znów uciekło konkurencji.
Panie profesorze, porozmawiajmy o projekcie, nad którym sprawował pan nadzór merytoryczny. Ma bardzo długą nazwę: „Monitorowanie Stanu Ucha Wewnętrznego dla Optymalizacji i Personalizacji Implantacji Ślimakowej w Częściowej Głuchocie”. Realizowany jest w Światowym Centrum Słuchu Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu, a dofinansowany przez Agencję Badań Medycznych w ramach Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności. Na czym polega jego innowacyjność?
– Na tym, że wykorzystaliśmy elektrodę, czy właściwie wiązkę elektrod, która jest wszczepiana do ucha wewnętrznego i stymuluje nerw słuchowy do innych celów – do pomiarów sygnałów bioelektrycznych. Łatwo to sobie wyobrazić – jeżeli są metody typu EKG, czyli przyklejamy elektrody i rejestrujemy potencjały płynące od serca, to podobnie możemy odbierać sygnały z ucha wewnętrznego; tam są komórki, które generują potencjały. W naszym przypadku wygląda to tak, że prof. Skarżyński robi podejście chirurgiczne, czyli otwiera kość skroniową za uchem, wprowadza elektrodę do ślimaka, a my rejestrujemy te potencjały.
Za jej pomocą.
– Potem będzie ona stymulować, za pomocą prądu, nerw słuchowy. Ale w czasie operacji służy jako elektroda pomiarowa. Zbiera informacje z ucha i przesyła do systemu komputerowego.
Musi być zasilana.
– Jest zasilana prądem, wtedy kiedy stymuluje, kiedy jest częścią implantu ślimakowego. Wygląda to tak, że pacjent nosi za uchem procesor, który przetwarza dźwięk, przesyła do części wszczepialnej, tam przesyła energię elektryczną i tym prądem nerw słuchowy jest stymulowany. To taki rozrusznik nerwu słuchowego. Ale w trakcie naszego pomiaru ta elektroda jeszcze tak nie działa, ona zbiera potencjały. Jak naklejamy elektrodę na klatkę piersiową i robimy EKG, tak ona jest taką elektrodą pomiarową w uchu wewnętrznym.
Aparaty EKG to duże urządzenia.
– A tu mamy mikrochirurgię. To wszystko odbywa się pod mikroskopem.
Czyli ktoś wpadł na to, że tę elektrodę można wykorzystywać w dwojaki sposób?
– O tym wiedzieliśmy od dawna. To było potwierdzone, że elektroda może przesyłać informacje. Ale nie było opracowanej technologii, która by pozwalała to wykorzystać w warunkach klinicznych, u pacjentów z częściową głuchotą. W nielicznych miejscach na świecie są przeprowadzane zabiegi u pacjentów z częściową głuchotą. Najczęściej implantowani są ci, którzy są całkowicie głusi. Nasz instytut jest pionierem rozszerzenia kryterium kwalifikacji, czyli możemy pomagać dużo większej liczbie pacjentów.
Także tym z częściową głuchotą.
– To jest sytuacja, w której pacjent coś słyszy, zwłaszcza niskie,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Kubańscy medycy w Kalabrii
W kalabryjskich szpitalach mieszają się języki i akcenty. Na pomoc tamtejszej służbie zdrowia przybyli karaibscy lekarze
W Polistenie mieszkańcy żartują, że nim na sali operacyjnej ich szpitala Santa Maria degli Ungheresi zapadnie decyzja, jak ciąć, zdarza się jeszcze jedna dyskusja – o pizzy. Czy lepsza jest neapolitańska, czy kalabryjska. Ta anegdotka dobrze oddaje atmosferę placówki, w której od kilku lat pracują lekarze z różnych stron świata.
Polistena leży u podnóża gór Aspromonte, na południu Włoch. Miasteczko jest niespełna 10-tysięczne, ale tutejszy szpital obsługuje nawet 200 tys. osób z okolicznych miejscowości. Jego pacjenci zaś przyzwyczajają się do mieszanki języków i akcentów – włoski bowiem przeplata się z hiszpańskim.
Na ławkach przed gabinetami czekają głównie starsi mieszkańcy okolicy. Wielu przyjeżdża z górskich wiosek, czasem pokonując kilkadziesiąt kilometrów. W tej części Kalabrii publiczna służba zdrowia od lat zmagała się z brakami kadrowymi: konkursy na stanowiska lekarskie kończyły się bez rozstrzygnięcia, starsi medycy przechodzili na emeryturę, a młodsi wyjeżdżali na północ Włoch lub za granicę.
Ratunek przyszedł z daleka. W 2022 r. do Kalabrii przyjechało prawie 400 lekarzy z Kuby: kardiologów, ortopedów, anestezjologów i specjalistów intensywnej terapii. Dla wielu szpitali na południu kraju była to ostatnia szansa, by utrzymać funkcjonowanie oddziałów i zapewnić mieszkańcom dostęp do publicznej opieki zdrowotnej.
Polityka a deficyty kadrowe
Dziś obecność kubańskich lekarzy stała się jednak przedmiotem międzynarodowego sporu. Według doniesień dyplomatycznych USA naciskają na władze regionu, aby nie przedłużały współpracy z Kubą. Dla władz Kalabrii sprawa tymczasem jest jednoznaczna: bez zagranicznych lekarzy część szpitali może przestać istnieć.
Spór zwrócił uwagę na dramatyczny stan publicznej służby zdrowia na południu Włoch. W regionie, gdzie bezrobocie sięga ok. 20%, szpitale mają ogromne problemy z pozyskaniem personelu medycznego. Ci, którzy zostali, pracują ponad siły.
Kalabria należy do najbiedniejszych regionów Włoch, a jej gospodarka w dużej mierze opiera się na rolnictwie. Wydatki na ochronę zdrowia należą tu do najniższych w kraju i wynoszą ok. 1748 euro na mieszkańca, podczas gdy średnia krajowa przekracza 2,1 tys. euro. Z powodu chronicznego deficytu finansowego w 2009 r. nadzór nad regionalną służbą zdrowia przejął rząd centralny w Rzymie.
Problemy jednak nie zniknęły, a pandemia COVID-19 tylko je pogłębiła. Od 2021 r. z publicznego systemu odeszło we Włoszech ponad 11 tys. pracowników medycznych. Wielu lekarzy, którzy podczas pandemii byli bohaterami pierwszej linii frontu, po jej zakończeniu zdecydowało się odejść z zawodu, przejść do sektora prywatnego lub wyjechać za granicę. Poza tym młodzi medycy z południa wolą pracę w bogatszych regionach północnych – w Lombardii czy Emilii-Romanii – albo wyjeżdżają do Niemiec, Szwajcarii czy Francji,
Po 7. Kongresie „Zdrowie Polaków”. Rekomendacje i nagrody
Prof. Henryk Skarżyński: Coraz lepiej radzimy sobie z zarządzaniem chorobą, a nie potrafimy zarządzać naszym zdrowiem
„Zdrowie – każdy element ma znaczenie” – to motto 7. Kongresu Zdrowia, zorganizowanego w listopadzie w Centrum Kongresowym Światowego Centrum Słuchu w Kajetanach.
16 marca, w salach Senatu RP, przyszła zaś pora na przyjęcie rekomendacji z tamtych obrad i wręczenie nagród w konkursie „Perspektywy Medycyny”.
To logiczne podsumowanie prac kongresu – po to się rozmawia, debatuje, by dochodzić do konkretnych wniosków. I wnioski z tamtych spotkań były prezentowane – w obecności marszałkini Senatu Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, ministrów, senatorów, rektorów, ludzi medycyny, nauki, mediów. Czyli nie zawisły w próżni.
„Jestem zadowolona, że rozmowy o zdrowiu Polaków, o tym, co można poprawić, żeby Polacy czuli się zaopiekowani medycznie, toczą się w Senacie – mówiła Małgorzata Kidawa-Błońska. – To daje nam dobrą przestrzeń do przygotowania rozwiązań, które moglibyśmy przedstawić ministerstwom. Nauka, ochrona zdrowia, potrzebują odwagi. Odwagi potrzebują lekarze, żeby wprowadzać nowoczesne metody leczenia. Szczególnie w czasach, kiedy jest tyle zakłamania, teorii spiskowych na temat zdrowia, kiedy pojawiają się szarlatani, odwaga lekarzy ma ogromne znaczenie”.
Każdy element jest ważny
Oto sposób działania prof. Henryka Skarżyńskiego – kongres jest miejscem, w którym toczy się wymiana myśli, nieskrępowana, merytoryczna, jak najdalsza od partyjnych awantur. Szeroka – odbyło się bowiem 17 debat plenarnych, ponad 20 paneli interdyscyplinarnych, 70 wykładów. Wszystko z udziałem prawie 400 panelistów i wykładowców. A potem przychodzi czas podsumowania, spisania ustaleń i przekazania ich na ręce decydentów, tak by łatwiej było im podejmować decyzje. I druga rzecz – gdy profesor mówi: „każdy element jest ważny”, to również podkreśla, że dopiero dobrze połączone stanowią całość.
Kropla drąży skałę. Kongres przyjął rekomendacje w 10 obszarach. Stanowią one obraz najważniejszych wyzwań, przed którymi stoi dziś system ochrony zdrowia:
1. Nowoczesna medycyna (AI, telemedycyna) odpowiedzią na wyzwania systemu ochrony zdrowia.
2. Parlamentarzyści,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Czas Henryka Skarżyńskiego
Oto zmiana, która ma swojego autora
Przełomowe momenty w historii Kajetan:
- 1992 – pierwsze w Polsce implantacje u dziecka i osoby dorosłej.
- 1993 – uruchomienie Ośrodka Diagnostyczno-Leczniczo-Rehabilitacyjnego Cochlear Center (pierwszy w Polsce, drugi w Europie ośrodek diagnostyczno-leczniczo-rehabilitacyjny).
- 1996 – powołanie Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu.
- 2002 – światowy krok milowy w leczeniu częściowej głuchoty.
- 2003 – otwarcie pierwszej części obecnego Światowego Centrum Słuchu.
- 2012 – otwarcie drugiej części Światowego Centrum Słuchu.
- 2007 do dziś – rozwój programu edukacyjnego Window Approach Workshop (od 2007 r. 88 edycji, udział ponad 8 tys. lekarzy, ponad 2 tys. operacji pokazowych).
- 2024 – pierwsze w świecie operacje wszczepienia implantów ślimakowych całkowicie wszczepialnych.
- 2025 – rozwiązania z AI (Hearbox Mobile) i rozwój powszechnych, masowych programów profilaktycznych do badań słuchu, głosu i mowy – jedynych takich w świecie.
Od 22 lat w Kajetanach każdego roku przeprowadzanych jest najwięcej na świecie operacji poprawiających słuch. Prawie 250 tys. procedur chirurgicznych wykonał osobiście prof. Henryk Skarżyński.
Kajetany to:
- około 5 mln konsultacji i badań,
- ponad 650 tys. procedur chirurgicznych,
- ponad 25 tys. wystąpień naukowych,
- ponad 20 tys. wszczepionych implantów słuchowych,
- ponad 1,5 tys. odznaczeń, nagród i wyróżnień.
Kajetany: 30 lat temu – ściernisko, dziś – najnowocześniejsza klinika na świecie.
Jeśli chcielibyśmy szukać symbolu wielkiej przemiany i sukcesu Polski w ostatnich 30 latach, to Kajetany są wyborem oczywistym. Nie może być inaczej. Tu, gdzie stoją budynki Światowego Centrum Słuchu, jeszcze 30 lat temu były orne pola. W tamtym czasie polska otolaryngologia dreptała 20 lat za światem. Dziś jest światowym liderem. Oto zmiana, która ma swojego autora. I aż się prosi o pytanie, jak to się stało.
Najważniejsze są początki, wyjście z otaczającej rzeczywistości. Ten pierwszy krok. Pytanie do prof. Henryka Skarżyńskiego jest więc oczywiste:
Na początku lat 90. polska otolaryngologia była 20-25 lat za światową czołówką. Czy wtedy wierzył pan, że można dogonić świat?
– Tak, wierzyłem i byłem przygotowany, bo inaczej nie zaczynałbym programu implantów ślimakowych. Na początku lat 90. rzeczywiście byliśmy 20-25 lat za czołówką, ale widziałem dwie kwestie. Po pierwsze, ogromną potrzebę społeczną. Po drugie, potencjał ludzi. Już w latach 1990-1991 rozpocząłem przygotowania do programu leczenia głuchoty, a w 1992 r. wykonałem pierwsze w Polsce wszczepienia implantów ślimakowych u dziecka i osoby dorosłej. To nie była teoria – to był dowód, że możemy wejść na tę samą ścieżkę co świat, a potem ją współtworzyć.
A jak goni się świat? Czytając fachowe opracowania? Odbywając staże? Więcej pracując?
– To nigdy nie jest jeden element. Oczywiście trzeba czytać publikacje naukowe, uczestniczyć w konferencjach, wyjeżdżać na staże i obserwować, jak pracują najlepsi. Ale równie ważne jest to, co się z tą wiedzą zrobi po powrocie. Ja po moich wizytach w Paryżu i Wiedniu wróciłem z pełnym przekonaniem, że możemy robić to, co tam widziałem, równie dobrze. Musiałem tylko, z wielkim wysiłkiem, stworzyć odpowiednie zaplecze diagnostyczne, kliniczne i rehabilitacyjne oraz tak zorganizować pracę zespołu,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Gdy słoń choruje
Ludzie obserwują zwierzęta w poszukiwaniu leków dla siebie
Od wieków ludzie spoglądali na zwierzęta, szukając w nich inspiracji dla własnej wiedzy medycznej. Według legendy pewnego razu pasterz imieniem Kaldi, w rejonie Kaffa na terenie dzisiejszej Etiopii, zauważył, że jego kozy po zjedzeniu jagód pewnego krzewu kawowego stają się niezwykle ożywione i skore do figli. To skłoniło opata pobliskiego klasztoru do uprażenia tych jagód i zaparzenia z nich napoju, od którego dziś wielu z nas jest uzależnionych (…).
Z kolei zwyczaj żucia liści krzewu koki Erythroxylum coca, mający korzenie w Peru, najprawdopodobniej zainspirowały lamy, które spożywały je podczas zejścia w niższe partie Andów, aby zwiększyć swoją wytrzymałość. (…) Rdzenni uzdrowiciele Ameryki Północnej często przypisywali niedźwiedziom miano mistrzów natury w sztuce leczenia. Gdy budzą się one z trwającej kilka miesięcy hibernacji, z upodobaniem spożywają korę wierzby, co łagodzi bóle i stany zapalne. Kora ta zawiera kwas salicylowy – związek chemiczny, który stał się prekursorem aspiryny.
Być może słyszałeś o „zielu napalonej kozy”, roślinie z rodzaju Epimedium. Według legendy pewien chiński pasterz zaobserwował, że jego kozy po zjedzeniu tej rośliny stawały się, cóż… wyjątkowo pobudzone. Badania laboratoryjne wykazały, że u szczurów karmionych ikariiną – flawonoidem pozyskiwanym z tej rośliny – wzrastała produkcja spermy, a nawet kastrowane osobniki odzyskiwały zdolność do wzwodu. Roślina została opisana jako środek leczniczy już w chińskim klasyku medycyny Shen Nong Ben Cao Jing sprzed 400 lat, a także uwzględniona w najsłynniejszym chińskim kompendium medycznym Ben Cao Gang Mu. W Chinach, Japonii i Korei ziele to stosuje się w leczeniu impotencji, a także w terapii zapominalstwa i osteoporozy. Dziś ziele napalonej kozy dostępne jest nie tylko jako dodatek do wina czy wody, ale także w postaci tabletek, a nawet makaronu.
Przypomnijmy Mohamediego Seifu Kalunde, który przez wiele lat współpracował z Michaelem A. Huffmanem, badając samoleczenie u szympansów w Tanzanii. On i jego rodzina obserwowali i naśladowali jeżozwierze, słonie, dziki, szympansy i inne zwierzęta, by tworzyć nowe metody leczenia biegunek i infekcji bakteryjnych. Dziadek Mohamediego, Babu Kalunde, również opracował roślinny środek leczniczy, inspirując się zachowaniem słonia. Według opowieści zauważył on słonia z rozstrojem żołądka, który przeżuwał lekko liście drzewa Piliostigma thonningii, mieszał je z wodą w swoim worku gardłowym (organie służącym do przechowywania wody u podstawy języka), po czym wypijał tę miksturę, odrzucając same liście. Babu Kalunde zaczął wykorzystywać wodne ekstrakty z tej rośliny w leczeniu problemów żołądkowych ludzi. Roślina ta,
Ołowiana prawda
Dla „swoich dzieci” potrafiła nawet przekabacić „anioła stróża” z SB. Ale Jolanta Wadowska-Król nie działała sama
Udźwignięcie tego, co naprawdę wydarzyło się w śląskich Szopienicach, nie leżało poza zasięgiem Netfliksa. Jednak z jakiegoś powodu producent Orient Film, reżyser Maciej Pieprzyca, a nade wszystko scenarzysta Jakub Karolczuk wybrali drogę
na skróty. Czym ten zabieg usprawiedliwić? Potencjalnymi zasięgami produkcji? Kuszącą wizją wykreowania „polskiego Czarnobyla” w Szopienicach? Albo chęcią przedstawienia kolejnej „prawdy objawionej” o Polsce lat 70., łatwą okazją do ugruntowania stereotypu ówczesnej komunistycznej władzy, nieczułej na problemy chorych dzieci?
Jeśli taki był zamysł twórców, to niestety się udał. Niestety, bo kosztem jest prawda.
Do tej pory na temat tej produkcji wypuszczono na świecie już 52,4 mln publikacji, a w Polsce 17,2 mln (Instytut Monitorowania Mediów, 26 lutego 2026). W Stanach Zjednoczonych i w Niemczech porównuje się ją do serialu „Czarnobyl” i traktuje jak ekologiczny thriller o systemowym tuszowaniu prawdy (zapewne także z powodu boleśnie przez sztuczną inteligencję przerysowanych obrazów szopienickich familoków, podwórek i hutniczych hal), a świat przestał już pytać, jak to było w PRL – świat po serialu Netfliksa już wie.
Tymczasem prawda o tym, co się wydarzyło w Szopienicach, nie jest nawet bardziej skomplikowana i zniuansowana. Ona jest po prostu inna.
Marzena Michałek
Ta opowieść mogłaby być ciekawsza, a na pewno byłaby prawdziwsza – szkoda, że Netflix nie pokazał pełnej historii trzech niezłomnych Ślązaczek.
Gdyby wśród polskich lekarzy wskazać wzór do naśladowania, postać godną pomnika, z pewnością taką osobą byłaby Jolanta Wadowska-Król, o której powstał głośny serial „Ołowiane dzieci”. Serial budzący spory, i słusznie, gdyż utrwala kiepski stereotyp Górnego Śląska jako polskiej Katangi. W dodatku z drugiej pomnikowej postaci serial ten zrobił kogoś zupełnie innego.
Szopienice, dzielnica Katowic, również dziś są biedniejsze niż inne części miasta. Huta Metali Nieżelaznych już nie działa. Ale ołów w ziemi pozostał. Zarówno w Katowicach, jak i w wielu innych miejscowościach Górnego Śląska jest sporo miejsc, gdzie znajdziemy całą tablicę Mendelejewa.
Pierwsza huta została wybudowana w Szopienicach w latach 30. XIX w. Nazywała się Wilhelmina. Obok powstały huty Walther Croneck, Uthemann oraz inne zakłady hutnicze. Uthemann rozpoczął działalność w 1912 r. To ważne dla naszej opowieści, ponieważ rok później w Szopienicach założono szkołę specjalną. Wiele dzieci z hutniczych rodzin było upośledzonych.
Nieprawdą jest, że nie wiedziano o zagrożeniu trującymi oparami. I chodziło nie tylko o wyziewy ołowiu, lecz także np. kwasu siarkowego, który powstawał przy wytopie cynku. Hutnicy byli wyposażeni w maski, ale przeciwpyłowe, a nie takie, które odfiltrowywały opary kwasu siarkowego w powietrzu. Radzili sobie, wkładając pod maskę szmatę. Gdy szmata robiła się mokra, wymieniali ją.
Wszyscy wiedzieli, że
Odebrana seksualność
Dysfunkcje seksualne po lekach antydepresyjnych mogą dotyczyć setek tysięcy Polaków
Julia Linke – autorka badania „Characteristics and risk factors of Post-SSRI Sexual Dysfunction (PSSD)” przeprowadzonego na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu, rezydentka neurologii dziecięcej w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Poznaniu. Zainteresowana pograniczem neurologii i psychiatrii oraz bezpieczeństwem farmakoterapii i jej długoterminowymi konsekwencjami.
Ewa Majcherek – współautorka badania „Characteristics and risk factors of Post-SSRI Sexual Dysfunction (PSSD)” przeprowadzonego na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu, rezydentka położnictwa i ginekologii w Specjalistycznym Zespole Opieki Zdrowotnej nad Matką i Dzieckiem w Poznaniu, członkini zarządu Polskiego Towarzystwa Zdrowia Seksualnego i Reprodukcyjnego.
W Polsce świadomość PSSD – zespołu zaburzeń seksualnych po lekach antydepresyjnych z grupy SSRI, takich jak Zoloft, Sertralina czy Prozac, oraz SNRI, czyli np. Duloksetynie i Wenlafaksynie – wydaje się znikoma, zarówno w społeczeństwie, jak i wśród lekarzy.
Julia Linke: – Gdy podczas studiów po raz pierwszy natknęłyśmy się na ten problem, byłyśmy w szoku, że kompletnie nic o nim nie wiemy. Zaczęłyśmy rozmawiać z innymi badaczami i lekarzami – okazało się, że wiedza większości z nich również jest bliska zeru.
Ewa Majcherek: – Pomyślałam wtedy, że musi to być jakieś niezwykle rzadkie zjawisko. Zaczęłyśmy drążyć temat i odkryłyśmy, że wcale nie jest rzadkie – po prostu jest rzadko badane. Większość pacjentów po zakończeniu leczenia psychiatrycznego nie wraca do lekarza z tym problemem, próbując poradzić sobie z nim na własną rękę. To bardzo utrudnia zbieranie danych. Warto dodać, że sam problem bynajmniej nie jest marginalny. Skala spożywania leków jest w Polsce ogromna: z oficjalnych statystyk wynika, że ok. 4 mln osób przyjmuje obecnie antydepresanty. Co oznacza, że te dysfunkcje seksualne mogą dotyczyć bardzo wielu Polaków – możliwe, że dziesiątek czy nawet setek tysięcy.
Czym PSSD różni się od objawów pierwotnych zaburzeń, z którymi pacjent zgłasza się do psychiatry?
J.L.: – PSSD pojawia się po włączeniu leków antydepresyjnych, a czasem – choć rzadziej – dopiero po ich odstawieniu. Jeśli chodzi o same symptomy chorób, z powodu których przepisuje się te leki – najczęściej depresji, zaburzeń lękowych czy zaburzeń odżywiania – to jednoznaczne rozróżnienie bywa trudne.
E.M.: – Dotychczasowe badania są niestety bardzo fragmentaryczne, dotyczą niewielkich populacji – bo dostęp do pacjentów jest mocno ograniczony – i nie dają jasnej odpowiedzi, jakie czynniki są tu najważniejsze. Myślę, że długo nie doczekamy się dużego, przekrojowego badania. Psychiatria nie jest dziedziną, w której z badania krwi lub za pomocą innego obiektywnego narzędzia możemy jednoznacznie zdiagnozować daną chorobę.
Czyli najważniejszy jest pogłębiony wywiad z pacjentem.
J.L.: – Zazwyczaj to pacjent opisuje, jak się czuje: czy faktycznie ma obniżony nastrój lub inne objawy zaburzeń, czy chodzi wyłącznie o symptomy seksualne i czy podobne dolegliwości występowały, jeszcze zanim zaczął brać leki. Jeśli pojawiły się one dopiero po odstawieniu antydepresantów, niekoniecznie mamy wtedy do czynienia z nawrotem depresji czy zaburzeń lękowych, bo te choroby zazwyczaj wracają w dość podobnej formie.
E.M.: – Natomiast sytuacja,
Cicha śmierć
Z powodu sepsy w Polsce umiera rocznie ok. 25 tys. osób
Według danych opublikowanych przez Światową Organizację Zdrowia na sepsę w 2017 r. zachorowało na całym świecie prawie 50 mln osób. Zmarło ok. 11 mln.
Polska mimo licznych apeli lekarzy i naukowców nie ma ogólnokrajowego elektronicznego rejestru sepsy. Eksperci oceniają, że rocznie zapada na nią 47-50 tys. osób. Przy czym wskaźnik śmiertelności jest wyższy niż ten globalny i sięga na oddziałach intensywnej terapii ok. 50%. Innymi słowy, co roku umiera 23,5-25 tys. pacjentów. Znane są jednak szacunki wskazujące, że na sepsę zapada nawet 100 tys. Polaków.
Problem w tym, że zdaniem lekarzy jest ona trudna do zdiagnozowania, zwłaszcza w początkowym stadium, stan chorych bardzo szybko się pogarsza i niestety następuje śmierć.
Burza w organizmie
Sepsa nie jest taką chorobą jak np. gruźlica, którą wywołują bakterie Mycobacterium tuberculosis, czy grypa – wywoływana przez wirusy z rodziny Orthomyxoviridae. Nie jest też jednostką chorobową, lecz złożonym zespołem zaburzeń wynikających z nieprawidłowej, nadmiernej odpowiedzi organizmu na zakażenie.
Właśnie ta nieadekwatna reakcja, a nie konkretny drobnoustrój, prowadzi do uszkodzenia tkanek, niewydolności narządów i zagrożenia życia. Okazuje się, że sepsę mogą wywołać nie tylko bakterie i wirusy, lecz także grzyby i pasożyty.
W ostatnich dekadach definicja sepsy ewoluowała wraz z rozwojem wiedzy z dziedziny immunologii, biologii molekularnej i patofizjologii. Współczesne ujęcie podkreśla, że kluczowe znaczenie ma dysfunkcja narządowa wynikająca z rozregulowania odpowiedzi immunologicznej.
To odejście od dawnych,
Zagadka weterynarii
Awantury w gabinetach, hejt w internecie
„Myślałam, że to świetny zawód. Okazuje się, że to nie jest zawód dla kobiet, które chcą mieć rodzinę. Bardzo ciężko jest to pogodzić. Dodatkowo w zawodzie, gdzie leczy się zwierzęta, wcale dużo się nie zarabia. Jest to zawód bardzo obciążający psychicznie”, mówi jedna z lekarek weterynarii w badaniu MEDWET, przeprowadzonym na zlecenie Krajowej Izby Lekarsko-Weterynaryjnej (KILW).
Twarde dane, twarde życie
W Polsce jest ponad 20 tys. weterynarzy z prawem wykonywania zawodu. Według danych Krajowej Izby Lekarsko-Weterynaryjnej obecnie w całym kraju działa 7,6 tys. placówek świadczących pomoc zwierzętom. Według najnowszego badania Federation of Veterinarians of Europe (FVE, Europejska Federacja Lekarzy Weterynarii) przeciętny weterynarz w Europie ma 44 lata i jest kobietą. Na całym kontynencie ma zaś być ok. 330 tys. lekarzy weterynarii.
Krajowe dane z głównych uczelni weterynaryjnych wskazują, że dziś aż 65% lekarzy weterynarii to kobiety. Ich udział od 2018 r. wzrósł o 7%, a trend feminizacji tego zawodu się utrzymuje. Co więcej, kobiety dominują we wszystkich sektorach pracy weterynarzy. Stanowią nie tylko 65% pełnoetatowych lekarzy weterynarii, ale też 56% właścicieli firm weterynaryjnych lub partnerów w takich firmach. Według danych FVE co czwarty europejski weterynarz ma własny gabinet.
49% weterynarzy może się pochwalić przeszło 15-letnim doświadczeniem w zawodzie. 66% europejskich weterynarzy pracuje w pełnym wymiarze godzin, najbardziej doświadczeni – w niezależnych praktykach. Najczęstszym sektorem zatrudnienia jest praktyka kliniczna (63%). Przy czym mówimy głównie o praktykach koncentrujących się na małych zwierzętach, takich jak koty i psy. Weterynaria jest więc demograficznie zawodem młodym. Wyjątek stanowią tu weterynarze pracujący ze zwierzętami gospodarskimi. Krajowa Izba Lekarsko-Weterynaryjna bije na alarm, ponieważ ich liczba drastycznie spada.
Absolwenci weterynarii nie chcą pracować na wsiach. Przedstawiciele KILW zwracają uwagę, że
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
Medycyna kosmiczna
Kiedy Ziemia nie będzie już potrzebna
Wiele badań wychodzi z założenia stanowiącego istotę innowacji: znaleźć rozwiązania problemów, których celowo się szuka, by w przyszłości okazały się przydatne w rozwiązywaniu trudności występujących w bardziej sprzyjających warunkach lub w mniej wrogim środowisku. Brytyjczycy np. udoskonalili precyzję zegarów, ponieważ musieli mierzyć odległości pokonywane na pełnym morzu, gdzie jedynymi punktami odniesienia są Słońce i gwiazdy. Instrument ustawiony na czas Greenwich umożliwiłby porównanie wysokości Słońca i odpowiednie określenie długości geograficznej.
Wracając do naszego tematu – czy wyruszenie w kosmos nie jest jak żeglowanie po otwartym morzu? Gdy ląd jest daleko, trzeba rozwiązywać problemy, których nie uświadczy się w porcie.
Dotyczy to również, a może nawet w szczególności, innych ciał niebieskich. W sytuacji awaryjnej nie da się opuścić Księżyca czy Marsa i powrócić do domu po kilku godzinach lotu na ISS (Międzynarodowa Stacja Kosmiczna – przyp. red.). Podróż z Księżyca zajmuje kilka dni. Z Marsa – kilka miesięcy, a poza tym Ziemia musi być w korzystnej pozycji do powrotu, co występuje raz na 36 miesięcy. „Jeśli opuścisz Ziemię, nie będziesz mógł po prostu zawrócić: musisz pokonać całą drogę na Marsa i z powrotem, a to zajmuje co najmniej półtora roku. Pierwsze misje będą miały niewielką załogę, powiedzmy sześciu astronautów. W jej skład na pewno wejdzie lekarz, którego możemy nazwać MacGyverem chirurgii”, pisze Tommaso Ghidini, szef wydziału inżynierii mechanicznej w ESA (Europejska Agencja Kosmiczna – przyp. red.).
Naprawianie ludzkiego ciała na orbicie
W lipcu 2019 r. na pokładzie wahadłowca towarowego firmy SpaceX przybyła na ISS drukarka 3D tkanek biologicznych BioFabrication Facility (BFF). Podobnie jak w przypadku organizacji białek, grawitacja wpływa również na reprodukcję komórek i wzrost tkanek, zwłaszcza jeśli chodzi o wytwarzanie narządów w laboratorium. Nieważkość staje się narzędziem do sztucznej replikacji warstw tkanek, np. z komórek macierzystych. BFF wykorzystuje białka pochodzące z dorosłych ludzkich tkanek i komórek (macierzystych lub
Fragmenty książki Emilia Cozziego, Władcy wszechświata. Wyścig o geopolityczny podbój kosmosu, tłum. Tomasz Kwiecień, Szczeliny, Kraków 2025








