Tag "NATO"

Powrót na stronę główną
Kraj Wywiady

Polska może być w pierwszej grupie. Tylko musi tego chcieć

Rozmowa z Aleksandrem Kwaśniewskim

Gdy myślę o pańskiej drodze i o pańskim pokoleniu, zawsze przypomina mi się opowiadana przez pana sytuacja. Gdy w roku 1974 przyjechał pan po wakacjach w Londynie na studia, zaczepił pana dr Kamiński, pytając: „Był pan w Londynie, zauważył pan, że doganiamy Zachód?”. A pan nie wiedział, co odpowiedzieć.
– To był mój pierwszy wyjazd na Zachód, w 1974 r. spędziłem prawie trzy miesiące w Londynie i pod Londynem. Doznałem szoku poznawczego, a rozmowa z dr. Kamińskim po powrocie stanowiła puentę. Kamiński był pod czterdziestkę, mógł ocenić Polskę gierkowską, porównać ją z wcześniejszą i powiedzieć, że się zbliżamy. Natomiast dla mnie, wrzuconego z realnego socjalizmu, nawet gierkowskiego, do wolnorynkowego ustroju Zjednoczonego Królestwa, był to absolutny wstrząs. Pojechałem tam na zaproszenie krewnego naszych znajomych z Białogardu, pana Józefa Dypka, robotnika, który pracował w fabryce Rovera, miał żonę Angielkę, a do Anglii trafił w czasie wojny; był z pokolenia mojego ojca. Jeździł samochodem, mieszkał w bardzo zadbanym segmencie z małym ogródkiem, podobnych segmentów na tej ulicy było zresztą mnóstwo. Teza o ustroju, który w centrum uwagi stawia klasę robotniczą, w zderzeniu z sytuacją robotnika brytyjskiego nie dała się w żaden sposób wytłumaczyć. To były dwa światy. Nie było tu czego dokładniej analizować. Szok pogłębił się parę miesięcy później.

Historia puka nam do drzwi

Bo pojechał pan do Moskwy.
– Nasza grupa studencka zorganizowała wyjazd sylwestrowy do Moskwy, Władimira i Suzdalu. Moskwa – hotel Intourist. Straszny był. Zamiast WC – stopy Lenina, czyli dziura w podłodze. Jeżeli oglądasz w roku 1974 Londyn i Moskwę, twoja podatność na propagandę o wyższości ustroju socjalistycznego nad innymi ustrojami zupełnie się rozmywa. Przepada. I w gruncie rzeczy od tamtego czasu cała postawa moja i mojego pokolenia krążyła wokół pytania: jak to zmienić? Co zrobić, żeby bardziej dogonić tych z Zachodu, a nie iść w stronę modelu, który nie był żadnym wzorem.

I się udało.
– Mam z tego powodu wielką satysfakcję. W Londynie byłem tyle razy, że nie jestem w stanie zliczyć. A gdy mnie pytają, w jakich hotelach tam mieszkałem, odpowiadam, że w wielu, także w tym najbardziej prestiżowym, w pałacu Buckingham. Bo składając oficjalną wizytę z żoną, mieszkaliśmy w Buckingham. Ale jest i innego rodzaju satysfakcja, ważniejsza: dzisiaj różnice między Warszawą a Londynem są naprawdę niewielkie, a niektóre są wręcz na korzyść Warszawy. To dopiero radość!

Spełniło się marzenie pańskiego pokolenia? Bo to przecież było marzenie pokoleniowe: przejść na tamtą stronę.
– Spełniło się w ogromnym stopniu. Powiem więcej: miałem – dzisiaj to widzę – naiwną nadzieję, że możemy być najszczęśliwszym pokoleniem w historii. Dlaczego? Bo urodziłem się w 1954 r., czyli nawet fizycznie nie mogłem dotknąć stalinizmu. Polska PRL-owska była najweselszym barakiem w obozie socjalistycznym, co miało znaczenie, ale przecież dała nam coś, co jest naprawdę ogromną zasługą tamtego ustroju – przyzwoite, więcej, niezwykle porządne wykształcenie. Gierek dał nam otwarcie granic. Mogliśmy zacząć ten świat zwiedzać. I kiedy byliśmy już w dobrym wieku, z tym dobrym PRL-owskim wykształceniem, z tym obejrzanym światem, z możliwością porównania i próbą zaadaptowania niektórych wzorców z zewnątrz, okazało się, że dokonuje się wielki przełom, w którym miałem satysfakcję wziąć istotny udział. Polska staje się demokratyczna, my robimy kariery – jedni polityczne, drudzy biznesowe, jeszcze inni dziennikarskie. Kraj się rozwija…

Jak powiedział Fukuyama, koniec historii! Jest wspaniale!

I nagle historia zapukała!
– Pierwszym sygnałem, że wizja pokolenia, które omija wszystkie wojny i rafy, może zostać zachwiana, był dla mnie covid. Stanowił pierwszy szok: ten świat nie jest tak poukładany i bezpieczny. A później nastąpił szok absolutny, czyli agresja rosyjska na Ukrainę. I wszystko się pozmieniało. Raz, mamy wojnę za granicą. Dwa, mamy miliony uchodźców. Trzy, cała architektura świata się zmienia. Na razie jesteśmy na etapie chaosu, a co z tego chaosu się urodzi, nie wiemy. I to nie musi być lepszy świat.

Donald Tusk mówi, że żyjemy w epoce przedwojennej.
– Choć trzeba dzisiaj zachowywać bardzo dużo realizmu, a nawet w niektórych sytuacjach trochę wyostrzać, to przecież tego scenariusza odrzucić się nie da. Jeśli ktoś by pytał 10 lat temu, czy Polsce grozi fizyczna, wojskowa, bezpośrednia konfrontacja, odpowiedź brzmiałaby „nie”. Tym bardziej że jesteśmy w NATO, a kto by się chciał bić z NATO… Do dziś uważam, że to jest najlepsza tarcza i że Putin, chociaż coraz starszy i coraz bardziej oderwany od rzeczywistości, nie będzie się rzucał na NATO, bo nawet rzucenie się na Ukrainę nie przyniosło mu zwycięstwa szybko i łatwo, tylko krwawi. Jednak poczucie, że możemy być najszczęśliwszym pokoleniem w historii, zostało mocno zachwiane.

Moje rozmowy z Putinem

Parokrotnie spotykał się pan z Władimirem Putinem. Rozmawialiście też o Ukrainie. Co zaskakujące, Putin myślał, że Ukraina to taki obszar, o który Polska rywalizuje z Rosją.
– Tymi kategoriami myślał! Podczas jednej z rozmów powiedział: Ukraina to walka dwóch imperiów. Pierwsze imperium przyszło mi do głowy natychmiast, a drugie… Już bardziej myślałem o Turcji. A on twardo o Polsce. Tłumaczyłem więc: nasze imperialne ambicje ustały wraz z końcem I Rzeczypospolitej, zresztą brutalnie przez was zdławione, to odległa historia. Ja tego nie widzę nawet w polskiej mentalności.

Tak to przedstawiałem.

Przekonał go pan?
– Nie wiem. Ale był to dla mnie praktyczny powód do przyjazdu, kiedy Leonid Kuczma poprosił mnie o pomoc w czasie pomarańczowej rewolucji. Dołączył się do tego Wiktor Juszczenko, od razu zacząłem dzwonić do Javiera Solany i Valdasa Adamkusa, żeby nie być samemu. Bo jak przyjadę sam, będzie to absolutne potwierdzenie tezy, że dwa imperia walczą o Ukrainę. Przyjechaliśmy we trzech, to była międzynarodowa misja, co miało sens. Natomiast gdy mówimy o Putinie, moja całkiem intensywna znajomość z nim przypadła na lata 2000-2005. To był Putin numer 1. Gdy patrzę dzisiaj na jego ewolucję i rozwój putinizmu jako swoistej ideologii, która organizuje to państwo, myślę, że musimy mówić o Putinie numer 4, a nawet numer 5.

Tak bardzo się zmienił?
– Putin numer 1 chciał rozmawiać i słuchać. W 2002 r. po inauguracji piłkarskich mistrzostw świata w Korei, wracając do Warszawy, zatrzymałem się w Moskwie. Rozmawialiśmy prawie cztery godziny! W cztery oczy, bez tłumacza, co wszyscy liderzy bloku poradzieckiego lubią. W obecności tłumacza są bardziej usztywnieni. Bo nie wiadomo… Putin już wtedy wyłożył mi, mówiąc wprost, główne cele, które chce osiągnąć. Pierwszy – odbudowanie silnej pozycji Rosji na arenie międzynarodowej. To dla mnie cel oczywisty, każdy przywódca chce budować silną pozycję swojego państwa. A drugi cel to odbudować silną Rosję. No, jak słyszysz Wielikaja Rossija i jak jeszcze on powiedział, z kogo czerpie i kogo uważa za największych przywódców w historii tego kraju, czyli Piotra Wielkiego, Katarzynę Wielką i Iosifa Wissarionowicza, to wiemy, o jaką wielką Rosję chodzi! O wielką Rosję imperialną. A skoro on mówi o wielkiej Rosji, to Ukraina jest tu kluczowa, bo wielkiej Rosji bez Ukrainy zbudować się nie da. To oczywiście też oznacza, że w strefie rosyjskich wpływów są Białoruś, Kaukaz, Mołdawia, Azja Centralna… Ale Ukraina jest kluczowa.

Zatem już wtedy chciał ją podporządkować.
– To było jego marzenie. Ale później przyszła pomarańczowa rewolucja, która stanowiła dla niego szok. Uznał, że jeśli w Kijowie ulica może wymóc uczciwe wybory i zmiany polityczne, to oczywiste jest, że podobnie może być w Moskwie. I od roku 2004, od pomarańczowej rewolucji, marzenie Putina staje się planem Putina. Ten plan stara się on konsekwentnie realizować. Poprzez umocnienie wpływów politycznych na Ukrainie, poprzez prorosyjskie partie, poprzez odpychanie Kijowa od kontaktów z Zachodem. A od 2014 r., od Majdanu, od aneksji Krymu i Donbasu, zaczyna się już obsesja. Rezultatem owej obsesji jest ta wojna, absolutnie bezrozumna.

Gdyby Putin chciał mieć Ukrainę w strefie swoich wpływów, to metody soft power dałyby nieporównanie większy efekt. A tak tworzy podstawy do konfliktu ukraińsko-rosyjskiego na pokolenia. Bo nawet jeśli którego dnia – mam nadzieję, że tak się nie stanie – będzie miał całą Ukrainę w swojej strefie wpływów, to będzie ją miał razem z terroryzmem, partyzantami, wrogimi aktami i niską efektywnością pracy. Z niewolnika nie będzie miał przyjaciela. Duch ukraiński, który wzmocnił się za sprawą agresji Putina, będzie już stałym elementem.

I Zachód, i Rosja zmarnowały swój czas

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat Wybory w USA

Ameryka – krajobraz po bitwie

W polityce wewnętrznej USA borykają się ze zbyt wieloma problemami, aby program kontynuacji mógł być dla większości Amerykanów zadowalający

Donald Trump zwyciężył w wyborach prezydenckich. Udało mi się to przewidzieć, a może lepiej powiedzieć, że intuicyjnie wyczuć. Nie rozumowałem na podstawie sondaży. Sondaże okazały się bałamutne. Wyciągałem wnioski ze zgromadzonej wiedzy na temat Ameryki, z rozmów ze specjalistami akademikami, z pogawędek z niespecjalistami dobrze znającymi amerykańskie realia i z mieszkającymi oraz działającymi w Stanach Zjednoczonych biznesmenami. W sierpniowym „Przeglądzie” pisałem: „Amerykanie – podobnie jak wyborcy w innych krajach – w przeważającej mierze głosują na podstawie twardych faktów ekonomicznych i żadne ideologiczne zaklinanie rzeczywistości nie przekona ich, że jest świetnie, jeśli nie odczuwają tego w swoich portfelach. W tym wyraża się ich pragmatyzm, który, można się obawiać, zwycięży w zderzeniu z pełnym idealizmu, chwytającym za serce hasłem o konieczności obrony ginącej demokracji”.

Nie ulega wątpliwości, że Kamali Harris nie ułatwił sprawy wciąż urzędujący prezydent Joe Biden. Nie tylko dlatego, że zbyt długo kazał się namawiać do rezygnacji z walki o reelekcję. Jeszcze większym problemem okazało się zogniskowanie kampanii Harris na tematach wymyślonych przez Mike’a Donilona, jednego z najbliższych współpracowników prezydenta Bidena. Donilon był przekonany, że jest niemożliwe, aby większość Amerykanów zagłosowała na człowieka, który dopuścił się zamachu na demokrację. Grubo się pomylił. Zastanawia mnie także prostota, by nie powiedzieć prymitywizm, kalkulacji w obozie demokratów, że oto wystawienie kobiety jako kandydata gwarantuje zebranie głosów znakomitej większości kobiet. Uderza mnie to, bo punkt pierwszy w elementarzu politologicznym brzmi: wyborcy, oddając głos, kierują się nie kwestią płci, lecz interesami. Gdyby zawsze głosowali na osoby własnej płci, wówczas faktycznie wszystko, co należałoby zrobić w ustroju demokratycznym, to zgłosić kobietę jako kandydatkę. Wygrana murowana z uwagi na przewagę liczebną kobiet.

Zdecydowanie logiczniej zachowywali się w okresie II Rzeczypospolitej ludowcy, odgrywający rolę wzorowych demokratów. Byli obrońcami demokracji, bo tak długo, jak odbywały się wolne wybory, mieli otwartą drogę do rządzenia, ponieważ chłopi stanowili większość społeczeństwa. Chłopi nie zawodzili ludowców w głosowaniu – tak jak białe kobiety zawiodły Harris – głosując bowiem na partie chłopskie, byli przekonani, że bronią swoich najlepiej pojętych interesów.

Zastanawia mnie również prymitywizm kalkulacji, że wystawienie czarnoskórej kandydatki daje gwarancję uzyskania miażdżącej większości głosów czarnoskórych wyborców. Dlaczego Afroamerykanin na nie najlepiej płatnej posadzie miałby głosować na wiceprezydentkę Harris, jeśli trumpiści skutecznie wbili mu do głowy, że wybór Harris oznacza zalew Ameryki przez migrantów, którzy czyhają na jego miejsce pracy? Trumpiści jako wirtuozi propagandy zrobili zresztą coś więcej. Przekonali naszego przykładowego Afroamerykanina, że to nie Trump, lecz Harris zniszczy amerykańską demokrację. To Harris – w narracji trumpistów bezrefleksyjnie opowiadająca się za polityką promigracyjną i za prędkim nadawaniem migrantom amerykańskiego obywatelstwa – chce następnie przesiedlić tych nowych obywateli do tzw. swing states rozstrzygających o wynikach wyborów w USA. Czy ci wdzięczni demokratce Harris migranci z obywatelstwem nie będą głosować na demokratów do końca życia i jeden dzień dłużej, a głosując, przesądzać o stałym zwycięstwie demokratów? Czy to nie jest prawdziwy zamach na demokrację?

Trumpiści sformułowali jeszcze jeden, znacznie poważniejszy zarzut pod adresem demokratów o instytucjonalne niszczenie demokracji. Chodzi o starania sprzed i w trakcie szczytu NATO

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Polski głos w amerykańskich wyborach

Polonia w Stanach Zjednoczonych jako całość jest dla kraju swoich przodków enigmą

Korespondencja z USA

Szaleństwo wybuchło 10 września. Podczas debaty prezydenckiej Kamala Harris kilka razy użyła słów Polish oraz Polish Americans, choć kontekst jej wypowiedzi raczej mroził krew w żyłach. Wytknęła Trumpowi, że Putin „zjadłby go na lunch”, a 800 tys. Amerykanów polskiego pochodzenia z Pensylwanii na pewno by się nie ucieszyło, gdyby amerykański prezydent wycofał Stany Zjednoczone z NATO i zostawił kraj ich przodków sam na sam z rosyjskim niedźwiedziem.

Pytanie, kogo poprą Amerykanie o polskich korzeniach, rozbrzmiewało wszędzie, bo zarówno w Pensylwanii, jak i w Michigan czy Wisconsin, stanach wahających się, które przesądzą o wyniku wyborów, takich osób jest sporo. W Michigan mniej więcej tyle, co w Pensylwanii, w Wisconsin około pół miliona. W 2016 r. DonaldTrump zwyciężył w przeszło 12-milionowej Pensylwanii ledwie 3 tys. głosów.

O ile w sferze anglojęzycznej po stronie amerykańskiej dominowały pytania, czy coś takiego jak głos polskiego bloku wyborczego istnieje, o tyle przestrzeń polskojęzyczna puchła z dumy. Oto nas, Polaków, dostrzeżono i doceniono. Losy świata – stawka w tych wyborach jest wysoka – są w polskich rękach. Trafność tej konstatacji zdawały się potwierdzać dalsze działania samych kandydatów na prezydenta. Donald Trump udzielił wywiadu Telewizji Republika i podobno rozważał pomysł spotkania się z Andrzejem Dudą w Doylestown w Pensylwanii (do czego nie doszło). Kamala Harris poprosiła o pomoc w kampanii legion demokratycznych polityków i celebrytów o polsko brzmiących nazwiskach. 17 października znana aktorka polskiego pochodzenia Christine Baranski wraz ze stanowym kongresmenem Eddiem Pashinskim odwiedzała domy w hrabstwie Luzerne w Pensylwanii, gdzie wielu mieszkańców ma środkowo- i wschodnioeuropejskie korzenie.

Polonia, o której nie myślicie

Niedługo po debacie prezydenckiej opublikowałam komentarz „Polonia, o której myślicie, nie przesądzi o wyborach” („Nowy Dziennik”, Nowy Jork, 21 września 2024 r.). Skłoniła mnie do tego wymiana opinii w polskojęzycznym internecie. „Czy ktoś jest w stanie mi wyjaśnić, dlaczego amerykańska Polonia popiera Trumpa? Tego człowieka mało obchodzi jego własny naród, a co dopiero inne?”, pytał ktoś spoza USA. Wylała się na niego fala hejtu, i to z obu stron. Jedni się obrażali, że operuje szkodliwymi uogólnieniami, bo przecież nie wszyscy popierają. Drudzy stwierdzali, że jeśli nie rozumie, dlaczego należy popierać Trumpa, to ma zlasowany mózg. Tych ostatnich było znacznie więcej. Wyobraziłam sobie, że sama zadałam takie pytanie, bo moje opinie o tym, kim jest i jak głosuje amerykańska Polonia, są kształtowane przez media społecznościowe w nie mniejszym stopniu niż przez wiadomości w mediach tradycyjnych. Co istotne, są to przekazy w języku polskim od Polonii polskojęzycznej, środowiska liczącego w USA niecałe pół miliona osób.

Dlaczego to takie ważne? Bo mówiąc o polskich Amerykanach, Kamala Harris zwracała się do grupy dużo większej – do niemal 9 mln amerykańskich wyborców, którzy przyznają się do polskich korzeni i stanowią 3% wszystkich wyborców w USA (spis powszechny z 2020 r.). Polonia polskojęzyczna, czyli w przeważającej części osoby urodzone w Polsce (emigranci pierwszego pokolenia), stanowi niecałe 3% tej grupy i 0,1% ogółu amerykańskich wyborców.

Polonia, którą przeceniacie

Z przyczyn oczywistych (język!) Polonią, do której uderzają podczas wizyt w USA polscy politycy i działacze i u której najczęściej zasięgają opinii polskojęzyczne media, również jest wspomniana społeczność polskojęzyczna.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Przesmyk strachu

Znowu druty, zapory, zamknięte granice. Szkoda otwarcia na sąsiadów z Rosji, z Białorusi. Wszystkim to się opłacało

W upalny dzień w końcu sierpnia ambasador USA Mark Brzezinski przy okazji odwiedzin na Suwalszczyźnie wykąpał się w Kanale Augustowskim, niedaleko granicy z Białorusią. Przekaz był oczywisty: tu jest bezpiecznie, nie ma czego się bać, Ameryka jest z wami.

Czy rzeczywiście uspokoił mieszkańców tzw. przesmyku suwalskiego, wąskiego pasa wzdłuż granicy Polski z Litwą? Granica ta ma 104 km. W linii prostej to 65 km. Tyle wystarczyłoby Rosjanom, aby przebić się z Białorusi do obwodu kaliningradzkiego (dziś królewieckiego) i tym samym odciąć Litwę, Łotwę i Estonię od pozostałych krajów NATO.

Strach, który teraz gasi amerykański ambasador, w dużej mierze jest dziełem Amerykanów. Już rok po aneksji Krymu przez Rosjan ówczesny dowódca sił zbrojnych USA w Europie gen. Benjamin Hodges twierdził, że przesmyk suwalski to „jeden z najbardziej zapalnych punktów na mapie świata”. Po napaści Rosji na Ukrainę portal Politico opublikował w czerwcu 2022 r. komentarz w tonie wręcz dramatycznym: „Najgroźniejsze miejsce na Ziemi znajduje się teraz w Polsce”. I dodatkowo postraszył, że USA i inne kraje NATO niekoniecznie zaryzykują globalną wojnę w obronie takiego skrawka.

Przy granicy

Pół wieku z okładem, dokładnie 56 lat, spędził tuż przy granicy z obwodem Andrzej Krajewski, który 44 lata był nadleśniczym, z czego ogromną większość w przygranicznych Żytkiejmach. Gdy byłem u niego przed pięcioma laty, żartował, że rosyjscy pogranicznicy bez trudu mogą sprawdzać, co jego żona podaje na obiad, bo do granicy raptem kilkaset kroków, a okno szerokie, panoramiczne. I choć już wtedy stosunki między Polską a Rosją mocno się schłodziły, przecież rozmawialiśmy nie o wojnie, zasiekach, przesmyku, ale o tym, że państwa Krajewskich odwiedzają łosie, jelenie, sarny, czasami nawet coś wyskubią w ogrodzie, co trudno zwierzakom brać za złe. – Teraz znowu wszystko zamknięte jak dawniej, znowu zapory, zwoje drutu kolczastego, znowu zona… Zwierzyna ginie. Mój wnuczek – już leśniczy – niedawno znalazł martwego łosia. Zaplątał się w drut kolczasty. Tragedia.

A przecież mogło być, już bywało, normalnie. Syn nadleśniczego, Jaromir, oczywiście z wykształcenia leśnik, od wielu już lat jest dyrektorem Parku Krajobrazowego Puszczy Rominckiej. Puszczę, tak jak wszystko tutaj, przecięła granica. – A puszcza to jeden organizm, więc choćby z tego powodu nasze kontakty z kolegami leśnikami z obwodu były intensywne – mówi Jaromir Krajewski. – Ale w ogóle kontakty były bardzo rozbudowane. W obydwie strony udawali się sportowcy, dziennikarze, samorządowcy. Wszystkim to się opłacało, granica, kiedyś tak tajemnicza i groźna, stawała się coraz bardziej oswojona, ludzie nawiązywali kontakty osobiste, rodziły się przyjaźnie.

W przypadku dyrektora Krajewskiego była to ta najważniejsza przyjaźń w życiu, bo w Kaliningradzie poznał żonę, która trafiła tu z dalekiej Syberii. Jej rodzice zostali w Kaliningradzie, więc dziś, po zerwaniu wszelkich kontaktów, trudno im się spotkać z córką i wnukami. – Tragedia – powtarza dziadek z Polski, nadleśniczy Krajewski. – Niby tak blisko, a przecież znowu, jak za radzieckich czasów, bardzo daleko.

Trójstyk nieprzyjaźni

Tuż obok Żytkiejm, które też po części przecięła granica, znajduje się trójstyk, gdzie spotykają się granice Rosji (obwodu), Litwy i Polski. To m.in. stąd, z głębi dziewiczego lasu, może ruszyć w kierunku Białorusi rosyjska nawała, by odciąć kraje bałtyckie od reszty Sojuszu i utorować drogę lądową z obwodu do kraju Łukaszenki. Kiedyś trójstyk przyciągał turystów, stanowił oczywistą atrakcję nie tylko dla miejscowych. Na parkingu pojawiały się autokary z całej Polski, a nawet zagraniczne. Dziś jest tylko jeden samochód osobowy z miejscową rejestracją; kiosk z pamiątkami i lodami nieczynny. I jakaś, znowu nieprzyjazna, cisza. Widok pięknego lasu psują potężne zwoje drutu kolczastego. To granica imperium. Wystarczy podejść kilkaset metrów, by trafić na „zęby smoka”, zaporę, która ma zatrzymać czołgi. – Czy zatrzyma czołgi i żołnierzy, tego nie wiemy – zwraca uwagę dyrektor parku. – Zwierzynę na pewno.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Żyjemy w czasach epokowej zmiany

Stany Zjednoczone tracą wyłączność na roszczenie sobie prawa do przywództwa w świecie.

Frank Deppe – (ur. w 1941 r.) emerytowany profesor nauk politycznych na Uniwersytecie Philippsa w Marburgu, gdzie wykładał w latach 1968-2006 (jako profesor od 1972 r.). W 2010 r. ukończył pięciotomową serię książek „Myśl polityczna w XXI wieku”. Zasiadał m.in. w zarządzie niemieckiej Fundacji im. Róży Luksemburg, regularnie publikuje w czasopismach.

W ostatniej książce, noszącej tytuł „Zeitenwenden?” („Zmiana czasów?”), analizuje pan starą zimną wojnę w porównaniu z tym, co określa pan jako nową zimną wojnę. Chodzi o konflikt między USA – lub ogólniej Zachodem – a Chinami i Rosją albo, szerzej, państwami BRICS, czyli poza tymi dwoma Brazylią, Indiami i RPA. Jak można porównać te konflikty?
– Urodziłem się w 1941 r., co oznacza, że przeżyłem II wojnę światową i jej koniec. Dorastałem zaś we Frankfurcie nad Menem w czasach zimnej wojny, a później zaangażowałem się w ruch pokojowy. Protesty były skierowane przeciwko stacjonowaniu broni nuklearnej. W latach 70. ruchy protestacyjne i pokojowe zyskały większy wpływ na politykę. Świadczą o tym polityka wschodnia niemieckiego kanclerza Willy’ego Brandta i konferencje helsińskie w latach 70. Była to era odprężenia, choć ograniczonego. Z tego powodu możliwy powrót do ery zimnej wojny wywołuje u mnie wiele negatywnych wspomnień i obaw; zwłaszcza z powodu wojny w Ukrainie i w Strefie Gazy widzimy tendencję do zbrojeń i kolejnych konfrontacji. Niesie to niebezpieczeństwo eskalacji, szczególnie w przypadku wojny w Ukrainie, która może również doprowadzić do konfliktu nuklearnego.

Jako politologa, który zajmuje się kwestiami międzynarodowych stosunków sił, interesują mnie podobieństwa między tamtymi a dzisiejszymi czasami. Istnieją one np. w prymacie polityki zbrojeniowej i konfrontacji ideologicznej, mającym obecnie miejsce.

Dla przykładu niszczycielska wojna koreańska toczyła się w latach 1950-1953, mniej więcej na początku zimnej wojny. Czy można ją porównać z obecną wojną Rosji przeciwko Ukrainie, wspieranej przez Zachód?
– Należy wspomnieć, że jeszcze przed tym, co działo się w Korei, w następstwie II wojny doszło do całej serii konfliktów zbrojnych, szczególnie w Azji: w Chinach wojna domowa między Czang Kaj-szekiem i Mao Zedongiem, a także wojny w Malezji, Indonezji i oczywiście w Wietnamie. Wszystkie one toczyły się na tle starych warunków kolonialnych w Azji Wschodniej. Wojna koreańska pochłonęła straszliwe ofiary. Amerykanie zrzucili na Koreę więcej bomb niż na Niemcy podczas II wojny światowej, a liczbę zabitych szacuje się dziś na 4,5 mln. Był to rezultat niemożności uzgodnienia przez USA i Związek Radziecki, kto przejmie przywództwo w Korei po zakończeniu II wojny światowej. Pamiętam, że jako dziecko w 1950 r. słyszałem, jak mama w rozmowie ze znajomą pyta z przerażeniem: „Czy będzie kolejna wojna?”. To był strach, który ogarniał społeczeństwo i który zwłaszcza w Europie doprowadził do zaostrzenia frontów podczas zimnej wojny. Był on stałym towarzyszem i przedmiotem politycznej manipulacji, tak jak dzisiaj manipuluje się strachem przed inwazją lub agresją ze strony Rosji.

Czy także pod względem skutków istnieją podobieństwa między wojną koreańską a wojną w Ukrainie?
– Wojna w Korei – wraz z innymi czynnikami, takimi jak plan Marshalla i wprowadzenie marki niemieckiej w 1948 r. – jest uważana za początek długiej fazy wzrostu gospodarczego na Zachodzie, tzw. cudu gospodarczego lub złotego wieku kapitalizmu. Faza ta trwała do lat 70. XX w. Branże eksportowe w RFN doświadczyły w tym okresie mocnego ożywienia, bo w tym samym czasie w USA nastąpiła ponowna, jak podczas II wojny światowej, ogromna koncentracja na sektorze obronnym. Zapanował „militarny keynesizm”. Oznaczało to olbrzymi wzrost wydatków na obronę, który jednocześnie napędzał wzrost gospodarczy – w przemyśle obronnym poprzez miejsca pracy, ale przede wszystkim w systemie naukowo-badawczym, łączącym badania z wojskiem.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Król bidoków

J.D. Vance wykiwał już chyba wszystkich w amerykańskiej polityce – ale musi uważać, żeby nie wykiwać też samego siebie.

Na początek odrobina prywaty, żeby czytelnicy mogli dobrze mnie zrozumieć. Ja też przeczytałem książkę Vance’a i przez długi czas byłem pod jej silnym wpływem. „Elegia dla bidoków” ukazała się w czerwcu 2016 r. i natychmiast stała się absolutnym hitem. Sprzedażowym oraz intelektualnym, co ma miejsce coraz rzadziej, zwłaszcza w przypadku autorów nieznanych i debiutujących. Świat wyglądał wtedy nieco inaczej niż teraz, na pewno jeśli patrzy się na niego z pozycji szeroko pojętego liberalizmu. Donald Trump coraz wyraźniej czołgał się po republikańską nominację prezydencką, żeby kilka miesięcy później pokonać Hillary Clinton w wyborach, które zdefiniowały politykę pierwszych dekad XXI w. Na początku, jeśli czytelnicy wybaczą tę wycieczkę w przeszłość, nikt Trumpa ani do końca nie rozumiał, ani nie brał na poważnie. Dopiero kiedy ten zmiótł z planszy Clinton, modelową kandydatkę liberalnych elit, stał się poważnym graczem i obiektem zaawansowanych badań czy diagnoz społecznych.

Podłoże.

Wpisany w szerszy kontekst Trump nie był oczywiście aż takim odchyleniem od normy. W końcu chwilę wcześniej wydarzył się brexit, inny polityczny happening. Na Węgrzech szalał Viktor Orbán, a w Polsce trwał już demontaż instytucji państwowych pod szyldem Zjednoczonej Prawicy. Narendra Modi cementował swoje poparcie w Indiach, a Jair Bolsonaro właśnie wjeżdżał na autostradę po prezydenturę w Brazylii. Niby ta populistyczno-antyestablishmentowa rewolucja była wokół nas wszędzie, niby formacje sceptyczne wobec liberalnej demokracji pokonywały centrum atakami z lewa i z prawa, a jednak wciąż brakowało odpowiedzi na kluczowe pytanie: dlaczego?

W świecie nauk społecznych furorę robił wtedy artykuł Pippy Norris i Ronalda Ingleharta, naukowców z Uniwersytetu Harvarda. Dowodzili oni, że eksplozja poparcia dla populistów wzięła się z wybuchowej mieszanki marginalizacji ekonomicznej i poczucia wykluczenia kulturowego. Ludzie, którzy głosowali na Trumpa, europejskich antyliberałów czy torysów chcących rozwodu z Brukselą, przez lata odczuwali pogorszenie swojego statusu materialnego, głównie z powodu procesów związanych z globalizacją, takich jak automatyzacja produkcji, przenoszenie jej do Azji czy Ameryki Łacińskiej. Jednocześnie mieli wrażenie, że nie rozpoznają już świata, który ich otacza. Nie rozumieją i nie akceptują procesów społecznych uderzających w ich fundamenty kulturowe: sekularyzacji, zmiany modelu rodziny, emancypacji kobiet czy pełniejszego włączania mniejszości w życie społeczne. Cytując tytuł innej głośnej książki z tego okresu, popularnej również w Polsce monografii Arlie Russell Hochschild, stali się „Obcymi we własnym kraju”.

Nie brakowało więc analiz tego, co działo się w rozwiniętych społeczeństwach. Co nie znaczy, że stało się to zrozumiałe, bo język analiz socjologicznych, nawet najbardziej przystępny, był wciąż wyłącznie zestawem skomplikowanych diagnoz, opatrzonych komentarzami o złożoności tych procesów. Naukowcy, zgodnie z podstawowymi zasadami ich zawodu, zastrzegali, że mogą się mylić, a w różnych krajach przyczyny eksplozji populizmu mogą być diametralnie różne. Brakowało kogoś, kto powiedziałby światowej opinii publicznej, na czym naprawdę polegały te marginalizacje i wykluczenia. Ale w życiu codziennym, w zmaganiach z rzeczywistością, a nie na wykresach opatrzonych zdaniami długimi na kilkanaście linijek.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Dlaczego naszym się nie udaje?

Wieści dyplomatyczne z ostatnich dni są takie: Tomasz Szatkowski, niedawny ambasador przy NATO, był w wąskiej grupie kandydatów na stanowisko zastępcy sekretarza generalnego NATO. Ale minister Sikorski go odwołał, więc przepadł. Mateusz Morawiecki z kolei rozmawiał z premier Włoch Giorgią Meloni i m.in. namawiał ją, by Włochy nie udzieliły agrément kandydatowi RP na ambasadora w Rzymie, Ryszardowi Schnepfowi. Dziwne?

To rzecz znana od lat – Polska i polscy urzędnicy są niedoreprezentowani w instytucjach międzynarodowych, zarówno oenzetowskich, jak i unijnych. Jaki jest tego powód?

Po pierwsze, Polak Polakowi podstawia nogę. Jeśli ktoś jest nie z mojej partii, nie z mojej grupy – to bum! Robię wszystko, by go zatrzymać. Choć historia z Szatkowskim jest bardziej skomplikowana. Fakt, że znajdował się na krótkiej liście, nie oznacza, że dostałby stanowisko, poza tym od 15 października wiadomo było, że nie ma on przyszłości jako ambasador przy NATO i podobnie będzie w instytucjach natowskich. Mądrością MSZ byłoby zatem namówić go odpowiednio wcześniej do wycofania kandydatury (bo Duda nie pomoże), do jej podmienienia itd. Za coś. A zostawiono sprawę samą sobie. I skończyło się tak, jak musiało się skończyć.

Nawiasem mówiąc, podstawianie nogi miało miejsce szczególnie w czasach PiS. Witold Waszczykowski tym się chlubił. To on np. zatrzymał kandydaturę Tomasza Chłonia na szefa przedstawicielstwa NATO w Moskwie. Chłoń przeszedł wieloetapowe sito testów, oczekiwał tylko na akredytację naszego MSZ. I jej nie dostał. Ministerstwo w tamtym czasie hamowało też kariery innych wysokich urzędników, którzy aplikowali na stanowiska w Unii Europejskiej.

Po drugie, w ONZ czy w Unii ważny jest nie tylko kandydat, ale i państwo, które za nim stoi. To państwo musi mieć dobrą markę. W ONZ mieliśmy (i chyba wciąż mamy) kłopot, bo postrzegani jesteśmy jako mało samodzielni, wsłuchujący się w głos USA. W Unii proamerykanizm przeszkadzał Polsce mniej, ale inna rzecz miała swoją wagę – PiS. Przez osiem lat Polska miała przyklejoną gębę państwa antydemokratycznego, antyunijnego, wroga Brukseli, awanturnika itd. Ku zadowoleniu wielu. W takim klimacie trudno było o promowanie nawet niezłych kandydatów.
Trzecia kwestia – owo promowanie. Nie jest proste, trzeba to dobrze przygotować. Swego czasu były nawet w MSZ powoływane zespoły, które taką politykę miały prowadzić, ale efektów to nie przyniosło…

Przypomnijmy więc zasady: trzeba najpierw mieć przygotowany kalendarz wyborczy, ale taki z wyprzedzeniem przynajmniej dwóch-trzech lat, by wiedzieć, jakie wybory i gdzie będą miały miejsce. To jest czas na zawieranie różnych koalicji, różne zabiegi, w grę wchodzą i takie sprawy jak równowaga geograficzna, parytety. Pamiętajmy, kandydowanie ad hoc to pewna porażka. Tak jak przegrana Włodzimierza Cimoszewicza w wyborach na stanowisko sekretarza generalnego Rady Europy w roku 2009. Przegrał wówczas z byłym premierem Norwegii Jaglandem 80:165.

I teraz jest okazja, by niektóre kwestie naprawić. Będzie nią przewodnictwo Polski w Unii Europejskiej w pierwszej połowie 2025 r. Jego sprawne przeprowadzenie może zmienić obraz Polski. Może też wylansować grupę urzędników.

To może się udać. I nie warto tego zmarnować.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Spokojny pan od wojny

Mark Rutte był i jest bardzo dobrym politykiem z europejskiego centrum. Czy to wystarczy, by uratować NATO przed starciem z Rosją?

Oficjalna intronizacja nastąpi zapewne w okolicach najbliższego szczytu NATO, który odbędzie się w Waszyngtonie 9-11 lipca. Pod wieloma względami będzie to impreza newralgiczna. Sojusz jest wprawdzie liczniejszy niż kiedykolwiek, ale też pierwszy raz w pozimnowojennej historii w podejmowaniu decyzji bierze pod uwagę realną perspektywę bezpośredniej wojny z wrogim mocarstwem. W dodatku wbrew zapewnieniom sprzed dekady zaledwie 11 państw członkowskich wydaje co najmniej 2% swojego PKB na obronność.

Szczyt odbędzie się także na podwórku Joego Bidena, którego listopadowa walka o reelekcję ma silniejszy niż kiedykolwiek wymiar multilateralny. Od jego zwycięstwa zależy nie tylko wszystko, co kluczowe w amerykańskiej polityce krajowej, ale również, bez cienia przesady, przetrwanie powojennego liberalnego systemu międzynarodowego. Jeśli do Białego Domu wróci Donald Trump, USA nie opuszczą NATO całkowicie – głównie dlatego, że wcale nie muszą. Wystarczy, że wstrzymają lub ograniczą swoje zaangażowanie, w krytycznym momencie przysyłając np. okrojone siły wojskowe do Europy Wschodniej zaatakowanej przez Rosjan. Dla mniejszych krajów członkowskich byłby to wyrok śmierci, dla Trumpa triumf izolacjonizmu w białych rękawiczkach.

Twój ugodowy sąsiad.

Tę listę można długo rozwijać. Wojna hybrydowa, coraz wyraźniejsza aktywność rosyjskich agentów wpływu na terytorium NATO, mnożące się zagrożenia na Południu. Choć teoretycznie nie jest to obszar działalności Sojuszu Północnoatlantyckiego, nikt w jego dowództwie nie może sobie pozwolić na całkowite ignorowanie eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie. Ewentualne kłopoty Izraela pochłoną niemałą część amerykańskiej uwagi politycznej i zasobów militarnych, a coraz bardziej prawdopodobne włączenie się w konflikt Hezbollahu grozi migracją terroryzmu do krajów europejskich. To ostatnie byłoby już natowskim kłopotem.

Na tę gęstą mapę wyzwań i zagrożeń nakłada się krucha konstrukcja polityczna. Viktor Orbán, naczelny hamulcowy rozwoju NATO, musi być nieustannie przekupywany, by łaskawie zgodził się na wpuszczenie nowego członka sojuszu czy na kolejny transfer broni i pieniędzy dla Kijowa.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Jeszcze nie jest za późno

Wojna na Ukrainie może się zakończyć sensowniejedynie przy stole negocjacyjnym,a nie na bitewnych polach. Trzeba rozmawiać.

Lot ćmy do ognia trwa. Psują się stosunki międzynarodowe, narasta brak wzajemnego zaufania w relacjach między państwami, nasilany jest zimnowojenny amok, toczą się krwawe konflikty, których końca nie widać. Tak bynajmniej być nie musi, ale niestety jest i przez czas jakiś będzie. Jak długo, tego nie wie nikt. Dramatyzm sytuacji tkwi w tym, że w niejednym kraju bardziej wpływowe okazują się siły prące do starć niż do pokojowego dialogu, górę biorą militaryści, a nie pacyfiści, prowojenne grupy nacisku bywają silniejsze od pokojowych kręgów politycznych. Bezmyślnie lansuje się jedną z najgłupszych sentencji w dziejach: chcesz pokoju, szykuj się do wojny. Otóż nie; jeśli pragnie się pokoju, do niego należy się gotować, a nie olbrzymim kosztem zbroić się po zęby, które przez innych zbrojących się mogą zostać wybite. Teraz już nawet jakiś drobny incydent może doprowadzić do wielkiej katastrofy. Ale jeszcze nie jest za późno…

Ryzykowny wyścig.

Akcja wywołuje reakcję. Od pewnego momentu nie jest już ważne, kto zaczął napinać swoje żołnierskie muskuły, oczywiście przez wszystkich określane jako obronne, a nie wojenne.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Ćwierć wieku po interwencji NATO

Niemogąca wyjść z cienia Srebrenicy i Kosowa Serbia szuka nowych sojuszników i przyjaciół.

Korespondencja z Belgradu

Brzozy rosnące na dachu ruin przy alei Kneza Miloša zdają się podpowiadać mieszkańcom Belgradu, że może pora zapomnieć o tragicznych wydarzeniach z końca ubiegłego stulecia. Ale wiosną 2024 r. nikt tych pokojowych podpowiedzi natury nie słucha. Bo nikt w Serbii nie ma zamiaru wymazywać z pamięci tego, co przy Kneza Miloša działo się ćwierć wieku temu. Przeciwnie, zbombardowane w marcu 1999 r. w wyniku nalotów NATO i operacji Allied Force budynki Ministerstwa Obrony są pomnikiem tamtych dni. Świadkami czasu strachu i śmierci. Mają przypominać Serbom o krzywdach, jakich doznali od tzw. kolektywnego Zachodu. A działania prezydenta Aleksandara Vučicia i jego patriotyczno-populistyczne hasła podsycają u rodaków poczucie niesprawiedliwości i podziały na przyjaciół (których szukają zawsze i wszędzie) oraz tzw. obcych nieprzychylnych, którzy nie rozumieją serbskiej wizji świata.

Koniec „świętej ziemi”?

Symboliczne ruiny ministerstwa otoczone są dziś gigantycznymi plakatami pokazującymi siłę i możliwości serbskiej armii. Armii od nikogo niezależnej i niemożliwej do pokonania. Przez całą dobę okolica pilnowana jest przez wojskowe patrole. Z kolei na pobliskiej alei Nemanjina wisi plakat o jasnej treści – na tle serbskiej flagi możemy przeczytać: „Kiedy serbskie wojska wrócą do Kosowa?”. Podobnych plakatów, banerów i graffiti w wielu miejscach stolicy jest więcej.

Choć wydaje się to nieprawdopodobne, symbol agresji NATO na Serbię wkrótce może zniknąć. Jak podała telewizja NOVA, minister budownictwa Goran Vesić podpisał dokument, na mocy którego „święta ziemia” w sercu Belgradu i znajdujące się na niej ruiny mają trafić do firmy należącej do rodziny Jareda Kushnera, zięcia Donalda Trumpa, a także do innej amerykańskiej firmy ze stanu Delaware. Nigdy nie wiadomo, kto w oczach Serbów jest częścią tzw. kolektywnego Zachodu.

Ruiny ministerstwa to jedyne zachowane do dziś w Belgradzie ślady tragicznych wydarzeń sprzed ćwierć wieku. 29 kwietnia 1999 r. bombowce NATO doszczętnie zniszczyły też Avalski toranj, wieżę telewizyjną na wzgórzu Avala na południe od Belgradu. Życie straciło tam 16 pracowników państwowej telewizji RTS. O tym tragicznym dniu przypomina tablica pamiątkowa. Avalski toranj odbudowano w latach 2006-2009 i dziś mierząca 205 m wieża należy do najnowocześniejszych na świecie.

W wyniku trwających 78 dni bombardowań NATO ucierpiała też sąsiednia Bułgaria. Wystrzelona przez bombowiec NATO 29 kwietnia 1999 r. rakieta nie trafiła w cel w mieście Nisz i uderzyła w dom mieszkalny na przedmieściach Sofii. Rakieta zmiotła górną kondygnację budynku. Jakimś cudem rodzinie, która w tym czasie była na parterze, nie spadł nawet włos z głowy!

Z kolei 7 maja 1999 r. amerykański bombowiec omyłkowo zbombardował chińską ambasadę w Belgradzie. Zginęło trzech chińskich dziennikarzy, a 21 pracowników zostało rannych.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.