Tag "polityka"
Nasza delikatność
Można na powitanie kanclerza Niemiec odśpiewać „Rotę”, a zwrotkę „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz” nawet w przekładzie niemieckim. Można w Nowym Targu przywitać delegację z partnerskiego miasta słowackiego, np. Kieżmarku, wykonując widniejący do niedawna na stronie internetowej starostwa „Hymn Podhala” ze zwrotką „Nie damy Popradowej fali, Spisza z Orawą, z praojców sławą”, a nawet postraszyć gości dalszą zwrotką: „W Dunaju Chrobry bił granice, pójdziem na znoje, po ziemie swoje”. Można wreszcie, witając prezydenta Ukrainy, wręczyć mu książkę o zbrodniach ukraińskich na Wołyniu. Pewnie, że można. Byłby to afront? No chyba nie ma wątpliwości, że by był. Ale co, oprócz zademonstrowania chamstwa i wyrządzenia afrontu, można w ten sposób osiągnąć? Gdyby to miało prowadzić do jakiegoś pożytecznego celu, można by przeboleć nawet chamstwo. Jaki byłby jednak cel takiego afrontu? Co pożytecznego miałoby z niego wyniknąć? Sama przyjemność, że można go wyrządzić? Przełamanie kompleksu i pokazanie, że z nikim i z niczym się nie liczymy i stać nas na takie kabotyńskie gesty?
Gdy mam do załatwienia coś z sąsiadem, to nie idę do niego i nie rozpoczynam konwersacji od stwierdzenia: twoja prababka była k… a pradziadek złodziejem, choćbym informacje o prababce i pradziadku sąsiada posiadał z najbardziej wiarygodnego źródła. Nawet gdyby ofiarą tej strasznej pary pradziadków sąsiada padł w młodości, przed blisko stuleciem, mój pradziadek.
Polityka to – jak wyjaśnia słownik języka polskiego – „zręczne i układne działanie podjęte w celu osiągnięcia określonych zamierzeń”. Co zatem sądzić o „polityce”, która posługuje się takimi afrontami? Nie jest to ani zręczne, ani układne, na ogół też nie prowadzi do osiągnięcia określonych zamierzeń. Z reguły przeciwnie. To nie polityka zatem, tylko jej zaprzeczenie. Sposób na nieosiąganie zamierzonego celu.
To normalne, że te same zdarzenia są odmiennie oceniane przez dwa sąsiadujące państwa. Anglikom Trafalgar czy Waterloo kojarzą się ze zwycięstwem i napawają ich dumą. Francuzi mają tu akurat zupełnie przeciwstawne odczucia.
Gdy w 1992 r. przyjechałem do Wilna,
Polska zbrojeniówka: partner czy klient?
Co kryje się za kontraktami zbrojeniowymi?
Podczas wielu edycji Międzynarodowego Salonu Przemysłu Obronnego w Kielcach prezesi polskich firm zbrojeniowych w świetle fleszy, przy fanfarach i kieliszkach ściskali dłonie zagranicznych partnerów, podpisywali memoranda, listy intencyjne i „strategiczne partnerstwa”. Decyzje, które wówczas zapadały – mówiąc delikatnie – nie budziły zachwytu. Miliardy dolarów za gotowy sprzęt kupiony przez Wojsko Polskie wypływały za granicę, a polskie fabryki dostawały resztki z pańskiego stołu albo nie dostawały niczego.
W ostatnich latach polski przemysł obronny rozpięty był między dwoma biegunami – od spektakularnych sukcesów, głównie jednej prywatnej firmy, do równie spektakularnych porażek, które miały silny zapaszek polityczny.
W 2022 r., po ataku Rosji na Ukrainę, Ministerstwo Obrony Narodowej ruszyło na zakupy. Wszak trzeba było uzupełnić magazyny po przekazaniu Kijowowi (w postaci darowizny) 48 pakietów pomocy wojskowej o łącznej wartości przekraczającej 4,2 mld euro, czyli ponad 18 mld zł. W tym: 350 czołgów, 400 bojowych wozów piechoty BWP-1, 100 kołowych transporterów opancerzonych Rosomak, 54 armatohaubic Krab, 14 samolotów myśliwskich MiG-29 i 10-12 śmigłowców szturmowych Mi-24 – by wymienić tylko najważniejsze rodzaje uzbrojenia.
Zbrojeniowe zakupy
Już w lipcu 2022 r. Polska podpisała z Koreą Południową umowy ramowe, które obejmowały dostawę około tysiąca czołgów K2 Black Panther, produkowanych przez Hyundai Rotem, 360 haubic K9 z Hanwha Aerospace i 48 samolotów FA-50 z Korea Aerospace Industries. Łącznie kosztowało to równowartość kilkudziesięciu miliardów złotych. Plusem tych umów była rzadko uzyskiwana w przypadku naszego kraju zgoda zagranicznych partnerów na transfer technologii. Koreańczycy zgodzili się na stopniową polonizację czołgów – wariant Black Panther K2PL ma być montowany w zakładach Bumar-Łabędy, haubice K9PL zejdą z linii produkcyjnej Huty Stalowa Wola, a Hanwha wraz z prywatną Grupą WB uruchomi w Polsce produkcję rakiet do wyrzutni Homar-K, czyli polską wersję południowokoreańskiego systemu artylerii rakietowej K239 Chunmoo, będącą odpowiednikiem amerykańskich wyrzutni HIMARS.
Wydawać by się zatem mogło, że odchodzimy od modelu lansowanego głównie przez Amerykanów, czyli kupowania gotowych produktów bez przenoszenia know-how nad Wisłę. Problem w tym, że polonizacja koreańskiego uzbrojenia idzie wolniej, niż zapowiadano. Część komponentów wciąż płynie z Korei, a przedstawiciele krajowego przemysłu obronnego ostrożnie przyznają, że pełne uniezależnienie potrwa lata. Na podobne rozwiązania nie możemy liczyć w przypadku zakupów w Stanach Zjednoczonych. A za ocean popłynęły największe pieniądze.
W marcu br. szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz przy okazji podpisania umów offsetowych do kontraktu na śmigłowce Apache powiedział, że polskie „obecne zobowiązania związane z pożyczkami i zakupami w USA to ponad 200 mld zł”. Kwota obejmuje wartość wszystkich głównych umów: na dostawy systemów artylerii rakietowej HIMARS,
Wentyle i kotły
Dawniej mówiono o wentylach bezpieczeństwa. Miały to być takie zachowania ze strony władzy, które czyniły znośniejszym to, co wynikało z jej działań, a nie cieszyło się poparciem powszechnym. Dotyczyło to np. poluzowań cenzury, które można było skądinąd postrzegać jako jej nieuwagę czy słabość. Takie choćby wyglądające na ryzykowne kabaretowe żarty, takie nieco zbyt przejrzyste aluzje czy wręcz manifestacje lekkiego sprzeciwu wobec władzy niektórych dziwiły, innym nasuwały myśli o nie takiej znów silnej (lub nie tak znów nieznośnej) opresji
Polityka strachu
Wiele szkód, które robi Trump 2.0, jeszcze przez wiele lat będzie się kładło cieniem na świecie
Europejscy członkowie NATO powinni nie tylko zdecydowanie potępiać Rosję za jej napaść na Ukrainę, lecz także dystansować się od szaleństw USA pod prezydenturą Trumpa. Co ciekawe, niektórzy obserwatorzy zauważają jakby prawidłowość, że krytycyzm względem USA rośnie wprost proporcjonalnie do odległości od granicy z Rosją. No ale ani Władimir Putin, ani Donald Trump to nie geografia, która się nie zmienia. To historia, która przemija. Dlatego też politykę – w tym tę odnoszącą się do bezpieczeństwa – trzeba prowadzić, mając na uwadze upływ czasu. Wiele szkód, które robi Trump 2.0, będzie kładło się na świecie, w tym w Polsce, długim cieniem jeszcze przez wiele lat, kiedy to w Białym Domu po nim zostanie już tylko swąd, ale nie można bieżącej polityki podporządkowywać jego choremu widzimisię.
Dyplomatyczny chłód zamiast militarnej gorączki
Z Putinem i Trumpem albo i bez nich militarna gorączka trwa. Najwyższy czas zastąpić ją dyplomatycznym chłodem, jak proponuje to premier Belgii Bart De Wever. USA potrafią rozmawiać z Iranem, Syria z Turcją, Izrael z Libanem, Kongo z Rwandą, Indie z Pakistanem, a Unia Europejska nie potrafi rozmawiać z sąsiednią Rosją? Czy zaiste oczekiwanie czegoś podobnego także od polskich przywódców jest mrzonką? Nawet jeśli ktoś uważa, że jakiekolwiek rozmowy ze zbrodniarzem wojennym Putinem nie mają sensu, bo jego nieustępliwość wobec Ukrainy i wojenne inklinacje są nieprzezwyciężalne, to na Kremlu są jeszcze politycy, którzy nie utracili poczucia przyzwoitości. Nadejdzie przecież czas, kiedy z Rosją znowu będziemy rozmawiać, więc warto skracać okres oczekiwania na ten moment i już zawczasu wypatrywać interlokutorów oraz się z nimi kontaktować.
Radosław Sikorski, kiedy po raz pierwszy był ministrem spraw zagranicznych w rządzie premiera Donalda Tuska w latach 2007-2014, chociaż było to trudne, potrafił rozmawiać z Moskwą, spotykając się niejednokrotnie z Siergiejem Ławrowem, ministrem spraw zagranicznych Rosji, podobnie zresztą jak jego pryncypał, który kilka razy spotykał się z Władimirem Putinem, w latach 2008-2012 będącego premierem (prezydentem w tym czasie był Dmitrij Miedwiediew). Teraz natomiast powiada, że jedyny język, jaki rozumieją na Kremlu, to język siły, jak to ostro sformułował podczas szeroko komentowanego wystąpienia na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa ONZ w dniu 24 lutego 2025 r., w trzecią rocznicę rosyjskiej agresji na Ukrainę. Fakt, że ta napaść wiele zmieniła, ale czy zaiste dyplomację może zastąpić
Fragment książki Grzegorza W. Kołodki Niebezpieczne bezpieczeństwo, Polskie Wydawnictwo Ekonomiczne, Warszawa 2026
Nie mamy polityki wschodniej
Dyskusja po kolejnej bulwersującej Polaków decyzji prezydenta Zełenskiego pokazuje, jak niewiele w gruncie rzeczy wiemy o naszym sąsiedzie. Jedni widzą tam wszystko, co najgorsze. Triumfalny marsz banderyzmu i nacjonalistów po władzę. Korupcję o trudno wyobrażalnej skali, w której tkwią ludzie z najbliższego otoczenia Zełenskiego. I coraz częściej pojawiający się zarzut, że to prezydent jest patronem tego układu korupcyjnego. Tak szerokiego, że na korupcji przyłapano m.in. byłego prezesa Sądu Najwyższego.
Na drugim biegunie są ci, którzy patrzą na Ukrainę z bezgraniczną wyrozumiałością. Jakby ciągle wierzyli niemądrej deklaracji, że
Wracamy do sporu o historię
Wydawało się, że w relacjach polsko-ukraińskich nastąpił zasadniczy przełom. Reakcją na napaść Rosji na Ukrainę i bohaterski opór stawiany przez Ukraińców pod przywództwem prezydenta Zełenskiego była zarówno spontaniczna pomoc, jakiej polskie społeczeństwo udzieliło ukraińskim uchodźcom, jak i pomoc humanitarna udzielana walczącej Ukrainie. Zdawało się to tworzyć zręby nowych relacji między naszymi zwaśnionymi narodami. Pomoc państwa polskiego w przekazywaniu broni i wszelkiego sprzętu wojskowego budowała dobre relacje na szczeblu międzypaństwowym. Przywódcy naszego kraju demonstrowali wręcz nie tylko dobre stosunki z Ukrainą, ale nawet serdeczne, przyjacielskie, osobiste stosunki z prezydentem Zełenskim. W Polsce dominowało przekonanie, że Ukraińcy odpierający rosyjską agresję bronią także nas przed odbudową rosyjskiej dominacji w tej części Europy. Świadomość, że tym razem oni walczą „za swoją wolność i naszą”, wydawała się w Polsce powszechna. Wydawała się tylko. Niestety.
Narastające w Polsce nastroje antyukraińskie, zrazu demonstrowane sporadycznie w różnych, początkowo marginalnych środowiskach, zostały wywleczone do głównego nurtu dyskursu politycznego. Nienawistne wypowiedzi Brauna, głupkowate Mentzena sączyły jad nienawiści plemiennej skierowanej i przeciw uchodźcom z krajów muzułmańskich, których jest relatywnie niewielu, ale łatwo ich wypatrzeć po kolorze skóry, i przeciw Ukraińcom, których jest już w Polsce niemal 2 mln. Niechęci do ukraińskich uchodźców towarzyszyło szczucie na ukraińskie państwo.
Znów, po ponad 80 latach, aktualna stała się sprawa rozliczeń za ludobójstwo ukraińskie na Wołyniu i w Galicji Wschodniej, a problem ekshumacji szczątków ofiar tych zbrodni stał się nagle niezwykle palący. Każdemu należy się godny pochówek, tym bardziej należy się on ofiarom zbrodni ludobójstwa. Podejrzewam,
Wymazywanie Atatürka
Znikające popiersia, zmiana nazw stadionów – część polityków pisze historię kraju na nowo
Korespondencja z Turcji
Region Yenipazar w tureckiej prowincji Aydın. Ze szczytu wzgórza od lat 80. spoglądał na miasto neonowy Mustafa Kemal Atatürk. W kwietniu świetlistą sylwetkę zlikwidowano. Zastąpił ją ekran reklamowy, na którym wyświetlają się nazwy firm, modele telefonów i adresy sklepów. Wodza próżno wśród nich szukać. Upamiętnienie niedawno wróciło, ale w inne miejsce i zmienione, bo już nie neonowe. Burmistrz twierdzi, że planował tylko odświeżenie wizerunku wodza, ale miejscowi komentują, że ugiął się pod naciskami.
Atatürka nie znajdziemy już na okładkach, w których tureccy uczniowie klas początkowych otrzymują świadectwa semestralne. W lutym, ku zdumieniu nauczycieli, okazało się, że tradycyjną teczkę z wodzem i tekstem hymnu narodowego zastąpiła nowa – z grafiką przedstawiającą bawiące się dzieci.
Wódz zniknął też z logo różnych instytucji i niektórych urzędów. W logo miejskich wodociągów w czarnomorskim Samsunie Atatürka na koniu zastąpiła graficzna kropelka. Założyciela republiki nie ma już także w nazwie kilku stadionów i szpitali.
To najnowsze przykłady zmian w myśleniu o wielkim wodzu i bohaterze narodowym. Wielu analityków zauważa, że rządząca od przeszło 20 lat konserwatywna Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), na której czele stoi premier, a następnie prezydent Recep Tayyip Erdoğan, mniej lub bardziej subtelnie, ale konsekwentnie pozbywa się samego Atatürka i jego ideałów (np. w kwestii świeckości państwa) z przestrzeni publicznej i polityki. Z głównego placu w nadmorskim mieście Rize, z którego pochodzi rodzina prezydenta Erdoğana, posąg bohatera zniknął już przed dekadą.
Ale nie chodzi tylko o pomniki i stadiony. Choć obcokrajowcom może się to wydawać dziwne, uwielbienie dla Mustafy Kemala przez niemal 100 minionych lat demonstrowane było na każdym kroku. Nie ma w Turcji szkoły, w której nie byłoby popiersia lidera. Do niedawna nie było miasta bez jego pomnika albo, jak w Antalyi i Izmirze, gigantycznego popiersia w skale. W żadnej sali sądowej czy dyrektorskim gabinecie nie mogło zabraknąć jego podobizny na zdjęciu bądź obrazie olejnym. Do tego naklejki na szyby, koszulki, a nawet dziecięce śpioszki czy tatuaże przedstawiające podpis Atatürka.
Tymczasem już kilka lat temu zaproszony do telewizyjnego Kanal A pisarz i członek partii rządzącej Said Alpsoy nazwał Atatürka łapownikiem. Jego partyjna koleżanka, przemawiając w parlamencie, porównała ojca narodu do terrorystów z Partii Pracujących Kurdystanu,
Z UPA na piedestale
Państwowa polityka historyczna Ukrainy została oparta na kłamstwie
27 maja br. prezydent Wołodymyr Zełenski nadał Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy imię Bohaterów UPA. Wywołało to słuszne oburzenie części polityków i mediów w Polsce. Jednak oburzeni zachowują się tak, jakby tego typu wydarzenie było na Ukrainie jakąś nowością. Przedstawiciele najwyższych władz polskich chyba dopiero teraz zauważyli, że państwo ukraińskie gloryfikuje i heroizuje najbardziej skrajne nurty nacjonalizmu ukraińskiego w ramach swojej polityki historycznej i tożsamościowej.
Zełenski nie był pierwszy
Czyżby polscy politycy pielgrzymujący w lutym 2014 r. na kijowski Majdan nie widzieli powiewających tam flag banderowskiej frakcji Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów? Czyżby nie byli wtedy świadomi, do jakich historycznych upiorów odwołują się przywódcy i uczestnicy popieranego przez nich przewrotu? Nie byli świadomi, na czym nowe władze, zainstalowane w Kijowie w wyniku tego przewrotu z pomocą polską i zachodnią, oprą politykę historyczno-tożsamościową? Nie wiedzieli, że tzw. komendant Euromajdanu Andrij Parubij (1971-2025), który na pomajdanowej Ukrainie został przewodniczącym parlamentu i sekretarzem Rady Bezpieczeństwa Narodowego, był w 1991 r. założycielem partii politycznej o nazwie Socjal-Narodowa Partia Ukrainy, w mało zawoalowany sposób nawiązującej do nazwy NSDAP? A może dzisiaj twierdzą, że ich tam wtedy nie było? Niestety, zachowały się liczne zdjęcia z kijowskiego Majdanu z lutego 2014 r., na których można zobaczyć wielu dzisiejszych wzburzonych heroizacją UPA przez Zełenskiego.
Wypada zatem przypomnieć, że heroizacja nacjonalizmu miała miejsce na Ukrainie od 1991 r., czyli od wyjścia Ukrainy z rozpadającego się Związku Radzieckiego. Na szczebel państwowej polityki pamięci i tożsamości została po raz pierwszy wyniesiona po pomarańczowej rewolucji w 2004 r.,








