Tag "polityka"

Powrót na stronę główną
Kraj

Zmarnowany rok po wyborach prezydenckich

Tak być nie musiało. 1 czerwca 2025 r. wynik wyborów mógł być inny. To jest rzecz oczywista: jeżeli głosowało 21 mln Polaków i między kandydatami była tak niewielka różnica, ok. 1%, oficjalnie 369 tys. głosów, wszystko mogło pójść inaczej. Gra toczyła się do końca. Ten wynik wskazuje, że nie zadecydowała wielka, historyczna fala, że to skutek tzw. małych punktów. Błędów rządzących. Błędów roku 2024, to po pierwsze, a po drugie – fatalnie poprowadzonej kampanii wyborczej. Fenomenem jest, że koalicja nie wyciągnęła z tego wniosków.

Wiara, że jesteśmy lepsi

To błąd numer 1, z niego bierze się reszta. Po co poprawiać, skoro jesteśmy świetni! W tym przekonaniu Koalicja Obywatelska tkwiła od zawsze, a po 15 października 2023 r. już w szczególności. Tamta wygrana wprawiła KO w stan samozadowolenia. Oto nastąpił koniec historii! Oni naprawdę uwierzyli, że PiS jest pokonane na zawsze i zaczyna się słodki okres ich rządów.

Widzieliśmy to w 2024 r. Najważniejszym problemem ówcześnie rządzących było podzielenie się posadami ministerialnymi, potem marsz na spółki itd. Proste myślenie: my się mościmy, a od polityki jest Tusk, on zawsze coś wymyśli.

Błąd numer 2. Zdradzenie wyborców. Obietnice, którymi tak szafowano w kampanii, słynne 100 konkretów, rozpłynęły się w niebycie. Zostały zastąpione tłumaczeniem, że się nie da. Że to nie tak szybko. Rozliczenia nie mogą być od razu przeprowadzone, bo mamy obstrukcję ze strony ludzi Ziobry ulokowanych w prokuraturze. Ustawy, które obiecał Donald Tusk, nie mogą być przyjęte, gdyż sprzeciwia się im prezydent Andrzej Duda. Dopiero – mówiono – jak będziemy mieli swojego prezydenta, przepchniemy nasze sprawy.

Tak opowiadali politycy koalicji, ale z każdym miesiącem wiara w te opowieści malała. Bo czy Dudę ktoś testował? Wrzucał mu niewygodne dla PiS ustawy? Nie! Tłumaczono, że i tak zawetuje. Była to stała wymówka, wyjaśniająca nieróbstwo rządzących. Czyli błąd numer 3.

Taki był rok 2024 – rok usypiania przez koalicję jej wyborców. Jest dobrze, więc o co chodzi?

Jak zniechęcić wyborcę?

To było polityczne samobójstwo. Dzisiejsze czasy wymagają stałego kontaktu z wyborcami, tłumaczenia, mobilizowania. Nie można ich lekceważyć. Na tym przecież polegał sukces PiS, które stale podkreślało, gdy było u władzy, że realizuje interesy swoich wyborców, mobilizowało ich i dawało im poczucie, że są słuchani i ważni. I że to jest ich czas.

Koalicja Obywatelska natomiast postąpiła jak zawsze – zapomniała o swoim elektoracie, zachwycona sobą i przekonana, że wyborca zrozumie. Wystarczy wołać, że PiS niedobre, a Kaczyński straszny, i to zapewni wygraną. Nie zapewniło.

Gdy koalicja usypiała swoich wyborców,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Prezydent dla swoich

Marcin Duma – analityk polityczny, założyciel IBRiS

Kto popiera obecnie Karola Nawrockiego? Owszem, spada mu poparcie, ale nadal jest bardzo mocne. I pewnie wygrałby wybory, jeśli byłyby dziś.
– Przez ten rok w polskiej polityce trochę się pozmieniało, i to niekoniecznie korzystnie z punktu widzenia Karola Nawrockiego. Stawka kandydatów pewnie też byłaby inna, więc nie wiadomo, czy dzisiaj by wygrał. Ale zwróciłbym uwagę na coś innego. We wszystkich badaniach, które dotyczą prezydenta, ujawnia się jedna podstawowa rzecz – jest figurą silnie polaryzującą. Tak naprawdę nie ma jednego Karola Nawrockiego w sensie wizerunkowym. Tych Karolów jest dwóch. Jest dr Jekyll i pan Hyde. Zależy, czy patrzy się na niego z lewej strony, czy z prawej. Mało kogo pozostawia obojętnym.

Zwolennikom prawicy się podoba.
– Wyborcy PiS, Konfederacji czy nawet Grzegorza Brauna mają obraz prezydenta aktywnego, komunikatywnego, sprawczego, który jest dla nich widoczny i stanowczy w działaniu. Widać, że coś robi. W taki sposób o nim się wypowiadają. Co więcej, dostrzegają i doceniają to, że stara się nie tylko decyzje podejmować, ale też je tłumaczyć. Przywołują jego filmiki na YouTubie po decyzji w sprawie weta, gdzie ją tłumaczy. Mówią, że to nie jest dla środowisk opiniotwórczych, ale dla nich. Nawrocki do nich mówi. I to dużo dla nich znaczy.

A gdy popatrzymy na Karola Nawrockiego oczami zwolennika koalicji?
– To mamy obraz prezydenta, który przekracza swoje kompetencje. Boksuje powyżej swojej wagi. Składa obietnice, których nie jest w stanie zrealizować. W związku z tym pojawia się zarzut, że prezydent jest niepoważny, bo poważny człowiek nie składa obietnic, które nie leżą w jego gestii. Bardzo często przywoływana jest tu kwestia obniżki cen energii.

Zatrzymajmy się przy grupie tych, którzy go popierają. To ma związek ze statusem materialnym, z miejscem zamieszkania czy z sympatiami politycznymi?
– Przede wszystkim z sympatiami politycznymi. To, po której stronie się sytuujemy, będzie definiowało nasz stosunek do prezydenta. Oczywiście jest czynnik wykształcenia, wielkości miejscowości, w której się mieszka, wieku. W pewnym stopniu nawet płci. Natomiast mam wrażenie, że te cechy są w pewien sposób wtórne w stosunku do preferencji.

Profil wyborców, którzy są przeciwni Donaldowi Tuskowi, i profil osób, które stoją murem za prezydentem Nawrockim, jest mniej więcej taki sam.

Czyli wśród popierających Karola Nawrockiego mamy więcej osób z terenów wiejskich, mniejszych miejscowości, osoby z wykształceniem zasadniczym zawodowym, ewentualnie podstawowym. I praktykujące.
– Znacznie częściej. Ale też w grupie uplasowanej po prawej stronie, oceniającej dobrze prezydenta, mamy sporą rzeszę wyborców konfederackich. Czyli dużą grupę młodych ludzi, młodszą część społeczeństwa, która wydaje się wciąż stać za Karolem Nawrockim. A jest o tyle istotna,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Romanowski Felietony

Kac po krakowsku

Demokracja bezpośrednia ma w sobie zawsze odcień szaleństwa. Demokracja bezpośrednia, odwołująca samorządowca z początkiem kadencji, jest szaleństwem sama w sobie. Łamiąc kontrakt zawarty na rządy pięcioletnie, nie stanowi żadnego „triumfu demokracji” – jest tejże demokracji karykaturą, faktycznym zaprzeczeniem. Większość Krakowian – ta, co na referendum nie poszła – ma prawo czuć się oszukana.

Aleksander Miszalski nie był moim bohaterem. Pracował na pół gwizdka, sporo energii wkładał w prezentację nowoczesnego stylu rządów, jego taniec na dachu magistratu bądź sprzątanie lokalu mopem budziły politowanie. A przecież nie ciążyły na nim żadne skandale, żadne malwersacje, żadne niejasności. Mimo to został odwołany – jako pierwszy prezydent w historii Krakowa.

Szaleństwo, lecz i niesprawiedliwość. Bo niby dlaczego referendum ma być batem tylko na samorządowców? A Sejm, Senat, rząd,

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Z mądrością i godnością o głupocie

Jak przeuroczą okolicznością jest to, że niewielka objętościowo książeczka o głupocie wpada mi właśnie w ręce. Kryterium objętości jest w przypadku tej konkretnej tematyki ważne, za dużo o głupocie grozi rozmyciem tematu, osunięciem się w wodolejstwo – nie daj boże utonąć w zalewie słów tworzących morze głupot.

Książka Carla. M. Cipolli „Podstawowe prawa ludzkiej głupoty” unika raf pisania i takiego mówienia o głupocie, które może wychynąć ze zbędnego wielosłowia. Przebogata i wielowiekowa jest tradycja traktowania głupoty z niejaką powagą, poczynając od platońskich dialogów, przez greckie komedie i tragedie, po renesansową „Pochwałę głupoty” Erazma z Rotterdamu, który z mistrzowską wprawą kręcił retoryczne bączki: „Wiedziałam, że między wami żadnego nie ma do tego stopnia rozumnego albo raczej głupiego, owszem, słusznie mówię tak dalece mądrego, by innego był zdania. Stoicy nawet, chociaż przed gminem tysięcznymi potwarzami okrywają i poniewierają rozkosz, a podobno dlatego, aby odstręczywszy drugich, tym pewniej samym jednym nią się napawać i w niej rozpływać, chociaż mówię, starannie ukrywają swój do niej niepokonany pociąg, dziwna wszakże, jak w niej smakują. Niechże mi proszę powiedzą, któraż pora życia bez przyprawy rozkoszy, to jest głupstwa, nie jest nudna, smutna, przykra, ba, nawet nieznośna? A chociaż w tej mierze najlepszym jest świadkiem nieporównany Sofokles, który wyrzekł na moją pochwałę: życie bez rozumu to prawdziwa rozkosz”.

Cipolla formułuje pięć podstawowych praw głupoty.

Kiedy pisze: „Nikt z nas, nieustannie i nieuchronnie, nie docenia liczby głupców w otoczeniu”, przywołuje echo przestrogi Stanisława Lema, że gdyby nie internet, nie mielibyśmy pojęcia, ilu idiotów nas otacza.

Głupota jest żywiołem demokratycznym, nie wyróżnia i nie pomija z racji jakichkolwiek innych cech, przymiotów czy statusów: „Prawdopodobieństwo, że pewna osoba jest głupia, nie ma związku z żadną inną cechą tej osoby”. Nie chronią przed głupotą wykształcenie, majątek, przymioty

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Czyste zło

Dziki dokazują. Franek jechał na rowerze wąską ścieżką wśród krzewów – przypominam, że to nadal Warszawa. Nagle wyskoczył mu pod koła warchlak. Franek w ostatniej chwili zahamował. Przestraszony maluch zapiszczał, wtedy pojawiła się zaniepokojona matka. Mój synek zawsze drwił sobie z dzików, które stały się częścią naszego życia. Codziennie ćwiczy na siłowni, więc ma teraz okres poczucia wszechmocy – co to dla niego dzik. Na szczęście dał drapaka. To już przestaje być zabawne.

Po raz pierwszy od lat w sądzie. Jestem oskarżony o to, że napisałem na blogu, że moja była agentka Krystyna L. jest hochsztaplerką i mitomanką. Czekaliśmy na rozprawę dwa lata. Propozycja pojednania? Nie. Pojednać mogę się tylko z prawdą. A odsyłam do tekstu „Rola życia. Jak znani aktorzy wpadli w sidła agentki” Mateusza Baczyńskiego, dziennikarza śledczego, pracuje obecnie w Onecie. Sąd nawet mi się spodobał, bez grozy wielkiego urzędu. Wyznaczono kolejną rozprawę, dopiero ona daje możliwość powołania świadków. Moimi będą nabici w butelkę, też aktorzy żądający zwrotu pieniędzy, które nieostrożnie pożyczyli L., a to spore sumy.

Jeśli prawica dojdzie do władzy, a nie dojdzie bez Brauna, to prezes będzie miał podobną sytuację, jaką ma paranoik Netanjahu, trzymając w rządzie jeszcze większego paranoika Ben-Gwira. Podobnie potłuczony jak Braun, po prostu faszysta. Jego partyjka ma zaledwie kilku posłów w Knesecie, ale Netanjahu, który tylko

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Bralczyk

Polubić manipulację

Właściwie już ją polubiliśmy. Wiemy, że jak ktoś coś nam mówi, a tym bardziej do nas (nie nam – to różni­ca), musi mieć jakiś interes. Dotyczy to zwłaszcza ję­zyka publicznego. I chce nas przekonać, najlepiej tak, żebyśmy nie wiedzieli, że przekonuje. Reklama, pi-ar, polityka – prze­cież to wszystko nakłanianie, a i reszta publicznych tekstów, w tym internetowych, jest po to chociażby, by skłonić do ich czytania. To banał, to oczywiste.

I oczywiste jest także, że coś z tego my, odbiorcy, musi­my mieć. Coś, co lubimy: obietnice, komplementy, wyrazy sympatii. Przekonujące odwoływanie się do bliskich nam wartości. Przecież w końcu i cała retoryka temu miała i ma służyć. I wolimy, kiedy ktoś nas nie przymusza, nie każe, nie szantażuje,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Twitterowa telenowela Trumpa

Przez kilka dni mieliśmy w Polsce zaskakujący pokaz jedności polityków prawie wszystkich opcji. Przymusiła ich do tego wolta Amerykanów, którzy zapowiedzieli zmniejszenie obecności swoich wojsk w Polsce. Dla tych, którzy opowiadali o wiecznej przyjaźni z USA i żelaznym sojuszu po wsze czasy, byłaby to wizerunkowa katastrofa. Od Tatr po Bałtyk poniósł się lament nad losem naszej ojczyzny. Co to będzie, co to będzie? Do USA polecieli chyba wszys-

cy, którzy kogoś tam znają. Misja była oczywista. Uprosić Amerykanów, by nie wyjeżdżali. Jakie posłańcy mieli argumenty? Przypominali każdemu, kto chciał słuchać, że to Polska jest najszybsza i najhojniejsza w wydawaniu kasy na zakupy w USA. Że jesteśmy najwierniejszym sojusznikiem. Lojalnym jak nikt na świecie. A za żołnierzy, których do nas przysyłają, płacimy w całości i przed terminem. I głośno nie mówimy, że na stałe jest tych żołnierzy trochę ponad 300, a reszta to ciągłe rotacje.

Jak nie ulec Polakom, którzy ledwo co wstali z kolan, a już wrócili do tej niewygodnej pozycji. Prosili, prosili i wyprosili. Trump ogłosił, że będzie u nas 5 tys. żołnierzy amerykańskich. Co to naprawdę znaczy, nie wie nikt. A przynajmniej w piątkowy wieczór, gdy piszę ten tekst, nikt nie potrafił powiedzieć,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Romanowski Felietony

Ojczyzna Europa

„Dzieje kultury europejskiej” Wojciecha Lipońskiego są książką nie do objęcia. Ukazuje się ona od 2019 r., początkowo rok po roku, w objętości rosnącej z tomu na tom. W minionym roku wydano tom czwarty, najobszerniejszy: „Barok-Oświecenie”. Gąszcz przytaczanych w nim faktów – czasem znanych, czasem zapomnianych, czasem nowych – działa obezwładniająco, a do zapamiętania jest niemożliwy. O ile więc pierwsza refleksja dotyczy możliwości percepcji czytelniczej, druga każe zadumać się nad możliwościami autora, który nad wytworzonym przez siebie tekstem w pełni przecież panuje.

Jak to robi? Można zrozumieć swobodę, z jaką ten profesor anglistyki porusza się w obszarze kultury Wielkiej Brytanii (swego czasu wydał „Dzieje kultury brytyjskiej”), można zrozumieć jego zadomowienie w innych kulturach europejskich, trudniej pojąć, że z tym samym znawstwem referuje osiągnięcia narodów zarówno niewielkich, jak i leżących formalnie już poza Europą: Armenii czy Gruzji. Jest sprawą oczywistą, że bibliografia przedmiotu nie mogła tu zostać wyczerpana, a przecież obecny w przypisach wykaz wielojęzycznych monografii i artykułów sprawia wrażenie kompletności. Oto więc owoc nieludzkiej wręcz kompetencji, zdającej się przekraczać możliwości jednego autora.

Dzieło nie do objęcia, lecz przez naukę możliwe do wykorzystania w przeróżny sposób. Najpierw, przy badaniach którejkolwiek z kultur narodowych, jako solidny rekonesans, traktujący dane zagadnienie z lotu ptaka i na tle kultur sąsiednich. Potem – włączający to zagadnienie w kontekst szerszy, w krwiobieg całości kultury naszego kontynentu. W czasach, w których istnieją rzesze znakomitych specjalistów, synteza o takim oddechu onieśmiela, choć mędrców szkiełka i oka może też prowokować do wychwytywania omyłek, potknięć, lapsusów i literówek. W istocie, pewnie wyszłoby dziełu na dobre nieco powolniejsze tempo wydawania, choć i tak od poprzedniego tomu („Renesans”, 800 stron) do tomu obecnego (900 stron) upłynął okres – jak na Lipońskiego – wyjątkowo długi,

„Dzieje kultury europejskiej” Wojciecha Lipońskiego są książką nie do objęcia. Ukazuje się ona od 2019 r., początkowo rok po roku, w objętości rosnącej z tomu na tom. W minionym roku wydano tom czwarty, najobszerniejszy: „Barok-Oświecenie”. Gąszcz przytaczanych w nim faktów – czasem znanych, czasem zapomnianych, czasem nowych – działa obezwładniająco, a do zapamiętania jest niemożliwy. O ile więc pierwsza refleksja dotyczy możliwości percepcji czytelniczej, druga każe zadumać się nad możliwościami autora, który nad wytworzonym przez siebie tekstem w pełni przecież panuje.

Jak to robi? Można zrozumieć swobodę, z jaką ten profesor anglistyki porusza się w obszarze kultury Wielkiej Brytanii (swego czasu wydał „Dzieje kultury brytyjskiej”), można zrozumieć jego zadomowienie w innych kulturach europejskich, trudniej pojąć, że z tym samym znawstwem referuje osiągnięcia narodów zarówno niewielkich, jak i leżących formalnie już poza Europą: Armenii czy Gruzji. Jest sprawą oczywistą, że bibliografia przedmiotu nie mogła tu zostać wyczerpana, a przecież obecny w przypisach wykaz wielojęzycznych monografii i artykułów sprawia wrażenie kompletności. Oto więc owoc nieludzkiej wręcz kompetencji, zdającej się przekraczać możliwości jednego autora.

Dzieło nie do objęcia, lecz przez naukę możliwe do wykorzystania w przeróżny sposób. Najpierw, przy badaniach którejkolwiek z kultur narodowych, jako solidny rekonesans, traktujący dane zagadnienie z lotu ptaka i na tle kultur sąsiednich. Potem – włączający to zagadnienie w kontekst szerszy, w krwiobieg całości kultury naszego kontynentu. W czasach, w których istnieją rzesze znakomitych specjalistów, synteza o takim oddechu onieśmiela, choć mędrców szkiełka i oka może też prowokować do wychwytywania omyłek, potknięć, lapsusów i literówek. W istocie, pewnie wyszłoby dziełu na dobre nieco powolniejsze tempo wydawania, choć i tak od poprzedniego tomu („Renesans”, 800 stron) do tomu obecnego (900 stron) upłynął okres – jak na Lipońskiego – wyjątkowo długi,

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Świat

Upadek ostatniego Mohikanina

Lula miał zatrzymać Trumpa. Dziś bliżej mu do końca własnej kariery

Na nagraniach publikowanych w mediach społecznościowych widać go coraz częściej na siłowni. Chętnie fotografuje się z młodymi, wśród których jest całkiem popularny. Choć ma już 80 lat, w brazylijskiej polityce funkcjonuje od półwiecza, a niedawno przeszedł operację czaszki z powodu nagłego krwotoku, nie zamierza rezygnować – ani z walki o kolejną kadencję w roli prezydenta, ani o spełnienie wielkiego marzenia: liderowania lewicowej międzynarodówce. To ostatnie jest dla niego tak ważne, że chce przewodniczyć światowym progresywistom.

Wzrost, ale za wolny

4 października Luiz Inácio Lula da Silva, ostatni Mohikanin socjalistycznej, robotniczej lewicy, który przeszedł z wielkiego zakładu przemysłowego do jeszcze większej polityki, znów zawalczy o prezydenturę. Jeszcze w grudniu ub.r. jego zwycięstwo wydawało się niemal pewne, nawet jeśli czynniki strukturalne nie działają na korzyść obecnej głowy państwa. Gospodarka wprawdzie rośnie, ale powoli i poniżej oczekiwań. Według danych brazylijskiego banku centralnego wzrost na koniec pierwszego kwartału tego roku wyniósł zaledwie 1,9%, czyli poniżej ubiegłorocznych prognoz. To ważne z punktu widzenia nie tylko statystyki i makroekonomii, ale też politycznego układu sił.

Brazylia, największy i najsilniejszy gospodarczo kraj w Ameryce Południowej, ma znaczącą klasę przedsiębiorców, często związaną z tradycyjnymi gałęziami przemysłu: wydobyciem ropy, hutnictwem czy przemysłem drzewnym. Ci ludzie są raczej konserwatywni, ale w poprzednich wyborach, w 2022 r., gremialnie poparli właśnie Lulę, a nie jego prawicowego przeciwnika Jaira Bolsonara. Ekspercki konsensus głosił, że „Trump tropików” przegrał, ponieważ jego fatalne zarządzanie w kryzysie pandemii koronawirusa doprowadziło gospodarkę na skraj przepaści. Kiedy potem próbował nie dopuścić do zmiany władzy, organizując nawet wojskowy komitet w celu przeprowadzenia zamachu stanu, przedsiębiorcy i latyfundyści dali mu do zrozumienia, że od nich poparcia dla takiego pomysłu nie dostanie.

Chociażby z tego powodu Lula powinien się martwić mikrym wzrostem, bo ludzie biznesu są barometrem nastrojów społecznych, a im mniej są chętni do publicznych deklaracji wsparcia, tym bardziej jest prawdopodobne, że go nie udzielą.

Mimo to Lula w sondażach trzymał się dzielnie. Jeszcze w listopadzie intencję głosowania na niego deklarowało 45,1% Brazylijczyków – wynika z danych Americas Society i agencji Atlas International. W tym samym czasie Flávia Bolsonara, syna byłego prezydenta – kandydata wciąż hipotetycznego, bo nie potwierdzono jego startu w wyborach – popierało zaledwie 23%. Pół roku później obraz nie wygląda już tak różowo. Lula ma 43%, Bolsonaro awansował do ponad 40%. A pojedyncze sondaże, nawet tak renomowanych pracowni jak Datafolha, pokazują wręcz wyniki remisowe, czasem też przewagę prawicowego polityka.

To jeszcze nie powód do paniki, Bolsonaro junior jest niedoświadczony, nie wiadomo nawet, czy dotrwa do wyborów. Jednak Lula i jego sztab nie mogą czuć się pewni wygranej. Zwłaszcza że w ostatnim opublikowanym sondażu, gdzie respondentom zadano pytanie o drugą turę wyborów, Bolsonaro prowadzi 47% do 46%.

Mylny byłby jednak wniosek o gigantycznej polaryzacji w brazylijskiej polityce. W systemach prezydenckich takich jak ten, ustrojowo modelowanych na konstytucji Stanów Zjednoczonych, łatwo o fałszywą dychotomię. Ponieważ z reguły ścierają się tam przedstawiciele dwóch obozów: postępowego i konserwatywnego, kuszące jest stwierdzenie, że istnieją dwa odrębne plemiona. W rzeczywistości mamy do czynienia z czymś poważniejszym i bardziej niebezpiecznym dla przetrwania samej demokracji: z odrzuceniem klasy politycznej jako takiej.

Ta sama baza danych Atlas International, która symulowała wyniki drugiej tury, przedstawiała też pomiar elektoratu negatywnego – odsetka wyborców, którzy nigdy nie zagłosowaliby na konkretnego kandydata. To nieco inne badanie z punktu widzenia metodologii, gdyż udzielić można więcej niż jednej odpowiedzi. Pokazuje ono ogromne napięcia i frustracje społeczne. 51% respondentów nigdy nie poparłoby Luli, 46% Bolsonara. Łącznie aż pięciu wiodących kandydatów w tegorocznej kampanii miało wynik negatywny przekraczający 40%, w tym popularny w najmłodszej części elektoratu aktywista Renan Santos. Uprawnione jest zatem stwierdzenie, że Brazylijczycy chcą w polityce nowego otwarcia, co akurat dla Luli, ubiegającego się o czwartą kadencję prezydencką, nie zwiastuje nic dobrego.

Lepsze karty

Trzeba jednak powiedzieć, że wciąż walczy. Stara się, a nawet wykazuje większym wizjonerstwem niż większość dzisiejszych polityków obozu liberalno-progresywnego. Latem był, nie pierwszy zresztą raz, obiektem westchnień europejskich przywódców, bo jako jeden

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Polityczne zmiany w Bułgarii

Czy Rumen Radew, jako premier, powstrzyma dalszy rozpad państwa?

Korespondencja z Bułgarii

Przeprowadzone 19 kwietnia wybory parlamentarne w Bułgarii przyniosły miażdżące zwycięstwo formacji byłego prezydenta Rumena Radewa, Postępowej Bułgarii. Można przyjąć, że o ile nie zajdzie żadna nadzwyczajna okoliczność, były to ostatnie wybory z długiej serii przedterminowych elekcji – ośmiu od 2020 r.

Niedoszacowani i przeszacowani

Ugrupowanie Radewa uzyskało wynik całkowicie niedoszacowany przez ośrodki badania opinii publicznej – sięgający 45% poparcia, co przełożyło się na 131 mandatów w 240-osobowym, jednoizbowym Zgromadzeniu Narodowym. Drugie miejsce zajęła partia GERB Bojka Borisowa – polityka, który przez ponad 15 lat pozostawał swoistym właścicielem bułgarskiego życia politycznego – uzyskując wynik niemal trzykrotnie niższy, nieco ponad 13%. A mowa o ugrupowaniu, które przez lata funkcjonowało jako rdzeń obecnego systemu władzy i jego główny beneficjent.

Trzecie miejsce przypadło koalicji Kontynuujemy Zmianę – Demokratyczna Bułgaria (PP-DB), będącej ekspozyturą polityczną liberalnej inteligencji bułgarskiej, radykalnie proeuropejskiej i przywiązanej do euroatlantyckiego kursu państwa. Do parlamentu weszły także DPS-Nowy Początek (7%) oraz partia Odrodzenie (4,3%). Kilka innych istotnych dotąd formacji – w tym Bułgarska Partia Socjalistyczna – nie przekroczyło progu wyborczego.

Fakt, że ugrupowanie Borisowa, stworzone dwie dekady temu przy wsparciu niemieckich konserwatystów i przez lata rozwijane pod ich politycznym parasolem, uzyskało dziś wynik raptem nieco przekraczający 10%, ma ogromne znaczenie i zwiastuje koniec pewnej epoki. Mówimy o partii, która długo była osią systemu władzy w Bułgarii, a sam Borisow sprawował w tym czasie wręcz dyktatorską kontrolę nad instytucjonalnym i gospodarczym porządkiem państwa. Tak głęboki spadek poparcia należy zatem traktować jako totalną dezintegrację jego zdyscyplinowanego dotąd elektoratu, który zapewniał mu poparcie wystarczające do rządzenia. Konsekwencje tego krachu dopiero zaczną się ujawniać.

To właśnie wokół tej formacji i tej osoby ukształtował się śródziemnomorski oligarchiczny model rządów, oparty na sieciach powiązań politycznych, biznesowych i instytucjonalnych, na granicy świata formalnej polityki i układów kryminalnych. Istotnym punktem odniesienia pozostaje tu Deljan Peewski i jego DPS-Nowy Początek, który w ostatnich latach wyrósł na jednego z głównych pretendentów do przejęcia części tego wpływu. Choć oba ośrodki były wobec siebie konkurencyjne, teraz najpewniej zaczną wspólnie kontrować projekt Radewa,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.