Tag "przemoc wobec dzieci"
Kamilek i inne „niemowy”
Czy sprawa śmierci Kamilka czegokolwiek nas nauczyła? Chyba tylko tego, że dzieci są jak ryby i głosu nie mają. Być może jednak twierdzenie, że państwo polskie nienawidzi dzieci, jest zbyt daleko idące.
Sprawa Kamilka z Częstochowy, który został zakatowany przez ojczyma przy milczącej akceptacji członków rodziny, wstrząsnęła opinią publiczną. Czy wstrząsnęła również pracownikami sądów i prokuratury? To pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć. Każdy z faktów, jakie chcę przedstawić, jest swoistym aktem oskarżenia.
Dla tych, którzy mogą nie pamiętać: Kamilka sąd pozostawił z matką, która miała nowego partnera. Dziecko było przez niego regularnie katowane. Miało liczne obrażenia i złamania. Wreszcie ojczym polał chłopca wrzątkiem. Następnie rzucił na rozgrzany piec kuchenny. Być może dałoby się wtedy jeszcze Kamilka uratować, ale matka nie wezwała pogotowia. Nie zrobili tego także inni krewni mieszkający z nią i jej partnerem pod jednym dachem. Potwornie poparzone dziecko położono do łóżka i tam powoli konało. Trudno sobie wyobrazić, jakie musiało przeżywać męczarnie.
Gdy przedstawiciele szkoły zapytali, dlaczego uczeń jest nieobecny, matka odpowiedziała, że ma problemy zdrowotne. Wcześniej chłopiec przyszedł na lekcje z ręką w gipsie. Miał też siny policzek i rozciętą wargę. Wtedy wystarczyło wyjaśnienie, że się przewrócił i potknął. Gdy w mieszkaniu pojawiły się pracownice opieki społecznej, stały przed drzwiami pokoju, w którym chłopczyk konał. Ale do środka nie zajrzały. Nie sprawdziły, dlaczego matka nie chce go pokazać.
Do wyroku, jaki zapadł w tej sprawie, nie chcę teraz wracać, przeczytacie o nim w artykule „Niewidzialne dziecko” („Przegląd” nr 20/2026). Jest inna okoliczność, która każe zapytać o stosunek polskiego państwa do dzieci. To decyzja prokuratury. Już po raz drugi uznała ona, że ze strony funkcjonariuszy państwowych nie było takich zaniedbań, które można uznać za przestępstwa.
Kamilek zmarł w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach, gdzie został przewieziony po tym, jak zobaczył go tata. Ten, z którym chłopczyka decyzją sądu rozdzielono. Dopiero on wezwał pogotowie.
Kamilkiem do śmierci zajmowały się instytucje z południa Polski – z Olkusza, gdzie rodzina mieszkała najpierw, a potem z Częstochowy – do której się przeprowadziła. Być może słusznie więc badanie ewentualnej odpowiedzialności karnej przedstawicieli polskiego państwa powierzono Prokuraturze Regionalnej w Gdańsku. Pierwsze umorzenie badał Sąd Rejonowy w Kielcach. Uznał, że prokuratorzy słusznie przyjęli, że postawa nauczycieli, lekarzy i pracowników ochrony zdrowia nie nosiła znamion czynów zabronionych. Drugie umorzenie dotyczyło ewentualnej odpowiedzialności karnej urzędników, kuratorów sądowych, policjantów, prokuratorów i sędziów z wydziałów rodzinnych. Są bez winy.
Zamiast Kamilka dziewczynka
Dwa miesiące po śmierci Kamilka byłem w Sądzie Rejonowym w Olkuszu. Na sprawie toczącej się w wydziale rodzinnym. Tym samym, który zajmował się Kamilkiem. Sprawa też dotyczyła dziecka. W tym wypadku dziewczynki. Tenże sąd pozostawił dziecko z ojcem, który znalazł sobie nową partnerkę, matce zakazał zaś kontaktów z dzieckiem. Jakichkolwiek. Wypada więc napisać dwa słowa o matce. Jest tłumaczem przysięgłym z języka węgierskiego. Zarabia bardzo dobrze. Wychowuje drugie dziecko, także dziewczynkę. Mieszka w Katowicach. A co najważniejsze – nie ma żadnych sensownych powodów, dla których sąd zakazał jej kontaktów z córką.
Zjawiłem się na rozprawie, która dotyczyła zniesienia tego zakazu, trwającego już kilka lat. Chciałem poznać przesłanki, którymi kierował się sąd, wydając tak surowe postanowienie. Sąd jednak utajnił rozprawę i musiałem opuścić salę posiedzeń. Wobec tego skierowałem do sądu pytania,
Lex Kamilek – lex bubel
Ustawa była przedstawiana jako przełom w ochronie dzieci
Lex Kamilek, nazywana też Ustawą Kamilkową, to nowelizacja przepisów dotyczących ochrony małoletnich, uchwalona po śmierci ośmioletniego Kamilka z Częstochowy. Najważniejsze przepisy weszły w życie 15 lutego 2024 r. Placówki i podmioty pracujące z dziećmi miały czas na wdrożenie standardów ochrony małoletnich do 15 sierpnia 2024 r.
Ustawa objęła m.in. szkoły, przedszkola, placówki opiekuńcze, wychowawcze, medyczne, sportowe, rekreacyjne, artystyczne i religijne, a także inne miejsca, w których przebywają dzieci. Wprowadzono obowiązek spisania zasad reagowania na podejrzenie krzywdzenia dziecka, dokumentowania interwencji, wyznaczania osób odpowiedzialnych za zgłoszenia oraz sprawdzania osób dopuszczanych do pracy z małoletnimi.
Przedstawiano ustawę jako przełom w ochronie dzieci. Miała być narzędziem, które pozwoli szybciej wykrywać przemoc, zaniedbanie oraz wykorzystywanie małoletnich. Społeczeństwo dostało więc sygnał, że po tragedii Kamilka państwo wyciągnęło wnioski i stworzyło system skutecznej ochrony dzieci przed przemocą. Ale to nieprawda.
- Największa wada Lex Kamilek polega na tym, że ustawa nadal opiera się na zaufaniu do tych samych instytucji, które mają być kontrolowane. Zakłada, że szkoła, pomoc społeczna, kurator albo inna placówka rzetelnie opiszą własne działania; jeśli ktoś czegoś nie zrobił, sam to ujawni. To założenie naiwne.
Jeżeli pracownik instytucji przymknął oko, zlekceważył sygnał albo ograniczył się do czynności pozorowanych, nie napisze tego w sprawozdaniu. Jeżeli dyrektor szkoły chce chronić placówkę, może napisać, że wszystko sprawdzono i niczego niepokojącego nie potwierdzono. Bez zewnętrznej kontroli taki dokument staje się tarczą dla instytucji, a nie ochroną dziecka.Ten mechanizm dobrze widać w innych sprawach, niezwiązanych bezpośrednio z Kamilkiem. Oto przykład z życia. Do organu prowadzącego szkołę trafia zawiadomienie rodzica, że nauczyciel mógł się dopuścić zachowań seksualnych wobec dziecka na wycieczce szkolnej. Organ prowadzący prosi dyrektora szkoły o wyjaśnienia. Ten po pewnym czasie odsyła kilkustronicowe pismo, że przeprowadzono postępowanie i nie stwierdzono molestowania.
I na tym sprawa może się skończyć. Urząd wierzy dyrektorowi. Nie sprawdza, czy postępowanie naprawdę się odbyło, nie pyta, kto rozmawiał z dziećmi, czy rozmowy były dokumentowane. W aktach zostaje kilka stron wyjaśnień. Bez raportów, protokołów,
Niewidzialne dziecko
Oprawców Kamilka skazano. Instytucje pozostały bez winy
3 kwietnia 2023 r. nad Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach pojawił się śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Na pokładzie był ośmioletni chłopiec z Częstochowy, Kamilek. Śmigłowiec osiadł na lądowisku ostrożnie. Każde szarpnięcie, każde drgnięcie noszy mogło spowodować nowe obrażenia. Gdyby Kamilek był przytomny, oznaczałyby też dla dziecka ból trudny do wyobrażenia. Chłopiec miał rozległe, nieleczone rany oparzeniowe. W wielu miejscach odsłonięta była żywa tkanka. W niektórych ranach rozwijało się zakażenie, w innych już była martwica. Do Katowic przywieziono dziecko w stanie skrajnie ciężkim. Nie po wypadku czy nagłym nieszczęściu. Po dniach cierpienia, którego nikt w porę nie przerwał.
Za Kamilka oddychał respirator. Lekarze wprowadzili chłopca w śpiączkę farmakologiczną, by ograniczyć ból i móc rozpocząć leczenie ran. Usuwano tkanki martwicze, wykonywano przeszczepy skóry, walczono z chorobą oparzeniową, niewydolnością oddechową i zakażeniem całego organizmu. Na ostatnim etapie pobytu w szpitalu konieczne było użycie ECMO, czyli aparatury do pozaustrojowego natleniania krwi i wspomagania krążenia.
Kamilek zmarł 8 maja 2023 r., po 35 dniach walki o życie. Miał poparzone 25% powierzchni ciała. Oparzenia obejmowały głowę, tułów i kończyny. Lekarze stwierdzili także złamania kończyn, w tym starsze obrażenia.
Bezpośrednią przyczyną śmierci była niewydolność wielonarządowa spowodowana chorobą oparzeniową i ciężkim zakażeniem organizmu. Ale medyczny opis śmierci nie wyjaśnia najważniejszego – dlaczego dziecko, już wcześniej maltretowane w okrutny sposób, nie otrzymało pomocy. I dlaczego nie zostało ochronione przed kolejnymi aktami sadyzmu.
Pod okiem urzędników i służb
Rodzina Kamilka była znana instytucjom socjalnym. W czerwcu 2022 r., czyli rok przed przewiezieniem nieprzytomnego Kamilka do Katowic, MOPS w Częstochowie skierował do sądu pismo z wnioskiem o zabezpieczenie dzieci w pieczy zastępczej. Sprawą zajmował się również sąd w Olkuszu, bo rodzina przemieszczała się między gminami i powiatami. Były ucieczki dziecka z domu, wagary i sygnały ze szkoły, że w tej rodzinie nie dzieje się dobrze. Już wcześniej zauważono poważne obrażenia. Była ręka w gipsie i ślady przemocy, a także tłumaczenia dorosłych i brak właściwej reakcji. Krótkie życie nauczyło Kamilka, że nie powinien się skarżyć, bo to nic nie da, a potem będzie gorzej.
Rodzina zmieniała miejsca zamieszkania: Częstochowa,
Mają krew na rękach
Kościół anglikański zatajał czyny brutalnego prześladowcy chłopców i młodych mężczyzn
Wybitny brytyjski prawnik John Smyth sadystycznie wykorzystywał uczniów na chrześcijańskich obozach letnich pod koniec lat 70. i na początku lat 80. zeszłego wieku. Kiedy odkryto nadużycia, za zgodą urzędników kościelnych przeniósł się za granicę. W Afryce, gdzie zamieszkał, nadal wykorzystywał dzieci i młodzież.
Ucieleśnienie szatana
John Smyth przyjechał do Londynu w latach 70. Rozwijał karierę prawniczą, ale jako wolontariusz rozpoczął też pracę dla Kościoła anglikańskiego, pełniąc funkcję dyrektora Iwerne Trust w latach 1974-1981. Ów fundusz powierniczy organizował obozy religijne dla chłopców z elitarnych szkół, a jego założycielem był ks. Eric Nash, nazywany Bashem. Obozy, na które uczniowie dostawali imienne zaproszenia, miały strukturę wojskową, Bash był ich komendantem, jego zastępca i liderzy grup – oficerami. Z czasem zaczęto organizować obozy dla chłopców z drugoligowych szkół oraz dla dziewcząt.
Przez obozy Basha przeszło wielu zwierzchników Kościoła, wśród nich arcybiskup Canterbury Justin Welby. Najliczniejszy narybek pochodził z Winchester College, szkoły o religijnych korzeniach. To z niej przyjechał na obóz przyszły biskup Guildford, Andrew Watson, jedna z ofiar Smytha. Smyth wykorzystywał obozy do uwodzenia chłopców, których zapraszał do prywatnej rezydencji niedaleko Winchester. Tam, w ogrodowej szopie, wymierzał im brutalne kary cielesne.
Na początku lat 80. uczniowie donieśli na Smytha. W 1982 r. dyrektor college’u John Thorn odbył z nim rozmowę, zresztą musiał być świadom czynów Smytha, skoro w pamiętnikach nazwał go „ucieleśnieniem szatana”. W tym samym roku fundusz powierniczy Iwerne wszczął dochodzenie przeciwko Smythowi. Raport końcowy sporządził duchowny, który pod koniec studiów mieszkał z przyszłym arcybiskupem Welbym w jednym pokoju. Opis kar cielesnych był przerażający – 100 uderzeń za masturbację, 400 za grzech pychy. Ośmiu chłopców otrzymało w sumie 14 tys. uderzeń kijem, a dwóch innych 8 tys. uderzeń w ciągu trzech lat. Jeden z nich powiedział autorowi raportu, że czuł, jak krew rozpryskuje mu się po nogach.
Ofiary złożyły zeznania, przeprowadzono dochodzenie, ale zarówno szkoła, jak i fundusz powierniczy nie zawiadomiły policji. Zamiast tego dyrektor Winchester College poprosił Smytha o niezbliżanie się do budynku szkoły i zaprzestanie kontaktów z uczniami.
Raport Iwerne Trust nie został upubliczniony do 2016 r. Minęły dekady, zanim nazwisko Smytha trafiło na łamy gazet.
Nieświęty Mikołaj
Skompromitowany rzecznik praw dziecka kończy pięcioletnią kadencję Gdy jesienią 2018 r. partia rządząca przedstawiła w Sejmie kandydaturę Mikołaja Pawlaka na urząd Rzecznika Praw Dziecka, z jego biogramu można było się dowiedzieć, że skończył prawo na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, a promotorem jego pracy magisterskiej był oskarżany o tuszowanie afer pedofilskich abp Andrzej Dzięga. Pawlak w latach 2005-2016 pełnił funkcję adwokata przy sądach kościelnych w sprawach o unieważnienie małżeństwa, a więc uczestniczył – w rozumieniu doktryny katolickiej
Państwo nie broni najsłabszych
Matki się dziwią: dlaczego sąd rodzinny staje się ich kolejnym oprawcą, wzmacniając sprawców przemocy Anna* – założycielka stowarzyszenia Eurydyka, które pomaga matkom w starciu z sądami Stowarzyszenie Eurydyka powstało, by pomagać matkom w sprawach sądowych. Po co takie stowarzyszenie w państwie prawa? – Problem polega na tym, że my, polskie matki, żyjemy w świecie bezprawia, a niedawny wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 22 czerwca 2022 r. (który uznał za niezgodne z konstytucją nakładanie na matki kar pieniężnych za niezrealizowane
Czarna księga niewiedzy
150 czy 500? Nie wiadomo, ile osób zginęło w Polsce w 2021 r. w wyniku przemocy domowej. Nikt nic nie wie. I nie chce wiedzieć W maju 2021 r. Marikę Dziobę, 32-letnią matkę dwojga dzieci z Kościelca, mąż (i ojciec dzieci) zaatakował nożem. Znaleziono ją w kałuży krwi, z gardłem rozciętym od ucha do ucha. Jej serce przestało bić. Lekarzom udało się przywrócić funkcje życiowe, jednak jej stan był bardzo ciężki. Rok leżała w śpiączce, a po tym jak została z niej
Kat traci władzę
Przemoc nie kończy się wraz z odejściem sprawcy. Często się nasila Ola miała nadzieję, że po rozstaniu z ojcem jej rocznego syna jakoś się dogadają. Nawet się umówili, w końcu chodziło nie o nich, ale o małego. Wcześniej bywało różnie. Kłócili się. Bardzo. Od terapeutki par dowiedziała się, że to, czego doświadcza w domu, to przemoc. Odeszła. Żeby wszystko było w papierach, wniosła sprawę do sądu. O alimenty i ograniczenie władzy. Na początku jakoś to szło („Różowo nie było, ale ja tam sobie








