Tag "sztuczna inteligencja"
Fenomen Teatru STU
Nie ma teatru dramatycznego bez żywego słowa. Może paradoksalnie sztuczna inteligencja sprawi, że zatęsknimy za żywym słowem i prawdziwym aktorem
Krzysztof Jasiński – twórca legendarnego Teatru STU
Teatr przeżywał rozmaite lęki o swoją przyszłość. Wiek temu zagrażało mu kino, potem telewizja, a teraz sztuczna inteligencja?
– Pojawiają się takie opinie. Temat nabrzmiewa, a z każdym dniem obecność sztucznej inteligencji staje się coraz bardziej odczuwalna. Jedni lękają się, że ich zastąpi, drudzy liczą, że wzbogaci możliwości teatru. To ci, którzy wiążą z AI nadzieję na nasycenie teatru nowoczesnością. Są już w Europie spektakle ze sztuczną inteligencją w roli głównej. Zaangażowani w nowinki chcą zaprząc AI do roboty, choć zwykle w tych planach lekceważą najważniejszy podmiot.
Mianowicie?
– Słowo ucieleśnione. AI jest operatorem w zasobie słów, ale nie zastąpi żywego aktora. Fenomen teatru polega na tym, że mamy do czynienia ze specyficznym kontaktem międzyludzkim, często dość intymnym. Tu AI będzie bezsilna. Teatr jest po przeciwnej stronie – świat wyobraźni rozkwita raczej w krainie ducha. Mam nadzieję, że jeszcze zobaczę, jak zdycha dekonstrukcja, postmodernistyczny paradygmat. Jakąś rolę odegrał, nie przeczę, namieszał w humanistyce i sztuce, ale już jest anachroniczny.
Ze słowem w teatrze bywa różnie.
– Obserwujemy klęskę słowa, i to na wszystkich poziomach. Wyrzucono autora, próbując zastąpić go dramaturgiem albo nawet zespołem dramaturgów. Szkoły aktorskie już nie potrafią uczyć mówienia – młodzi aktorzy nie wiedzą, co to jest słowo ucieleśnione, metafizyka słowa. Mówią niewyraźnie, nie znają wagi samogłosek i ich szczególnej roli w przenoszeniu emocji. Niepotrzebny im taki warsztat, wystarczy mikrofon – i już słychać.
Może i słychać, ale co?
– Otóż to! Mikrofon deformuje relację aktor-widz. Siedzę w teatrze, który ma większą scenę, i nie wiem, kto mówi, bo słyszę w głośnikach. Słyszę radio, a nie żywego człowieka. Ale jest coś ważniejszego, co jest tajemnicą słowa – słowo ucieleśnione przez aktora. Jeśli jest przetworzone, oderwane od ciała – magia słowa ginie. Nie ma teatru dramatycznego bez żywego słowa. Może paradoksalnie AI sprawi, że zatęsknimy za żywym słowem, aktorem – magiem słowa. Elita, która przywróci kontakt z żywym słowem, wyłączy mikrofony, prąd i wróci do tradycyjnej, misteryjnej funkcji teatru – w większym stopniu, niż to dzisiaj bywa.
Czy słowo zawsze było dla pana jądrem teatru?
– Niewiele o tym mówiłem, bo nikt mnie o to nie pytał. Miałem szczęście, że kiedy jako „spadochroniarz” niespodziewanie wylądowałem w Krakowie, dyrekcję Starego Teatru sprawował jeszcze Władysław Krzemiński. Od tego czasu znałem wszystkich jego dyrektorów, a z niektórymi się przyjaźniłem. Stary Teatr zawsze był nowoczesnym teatrem dramatycznym. Zanim zapisano mnie do szkoły teatralnej, odwiedzałem Teatr 13 Rzędów w Opolu. Potem, już w Krakowie, poznałem bliżej Waldemara Krygiera, współpracownika Jerzego Grotowskiego – rzadko dzisiaj się go wspomina, a był malarzem, kostiumografem, wykonywał plakaty dla Grotowskiego, pamiętne linoryty do „Apocalypsis cum figuris”. Wtedy z Jerzym Gurawskim pomagał Grotowskiemu kształtować przestrzeń spektakli, architekturę, plastykę. To był czas, kiedy Grotowski przywiązywał jeszcze wagę do słowa, jego współpracownicy prowadzili lekcje wymowy. Kolegowałem się z nim przez kilka lat i pamiętam eksperymenty z rezonatorami ciała. Wtedy jeszcze Grotowski powoływał się na tradycję Reduty Juliusza Osterwy, potem po prostu opuścił teatr.
A mnie wymowy w szkole teatralnej uczyła Halina Gallowa, żona Iwona Galla, aktorka Reduty. Potem naszą nauczycielką była Danuta Michałowska, ukształtowana w Teatrze Rapsodycznym Mieczysława Kotlarczyka, wielkiej szkole słowa scenicznego. Kotlarczyk nawiązywał do niemieckiej metody sprachgestaltung, opracowanej w latach 20. ubiegłego wieku przez Rudolfa i Marię Steinerów. Ich nowe podejście do języka zainspirowało wielu twórców i pedagogów teatru. Sam Kotlarczyk wydał książkę „Sztuka żywego słowa. Dykcja, ekspresja, magia” (Rzym, 1975). W Polsce cenzura nie chciała puścić trzeciego rozdziału, „Magia”, i całość ukazała się dopiero w Watykanie nakładem Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego z przedmową Karola Wojtyły.
Wracając do „moich uniwersytetów” – w PWST wiersza uczył mnie Jerzy Merunowicz, dawał mi nawet „prywatne” lekcje. A sprawa była prosta: zamiłowanie do mowy wpoił mi w liceum znakomity nauczyciel łaciny – do dzisiaj z pamięci mogę recytować fragmenty Owidiusza.
Podobno potem sam pan dawał lekcje wymowy?
– Dokształcałem aktorów – zwracałem uwagę na wymowę, a tak naprawdę na to, jak to jest z tą magią słowa, jakie są podstawowe tajemnice sztuki aktora. Młode pokolenie postmodernistyczne, które teraz króluje na scenach, nie ma zielonego pojęcia, czym jest metafizyka słowa w teatrze.
Brakuje dawnych mistrzów?
– Bardzo nam brakuje Jerzego Treli – mieliśmy wspólne plany. Na jubileusz 60-lecia STU przygotowuję spektakl oparty na „Fauście” Goethego. Dostrzegłem inspirujące paralele. Goethe pracował 60 lat nad „Faustem”, STU właśnie obchodzić będzie 60-lecie.
Jerzy Trela kilkanaście lat grał mistrzowski monodram „Wielkie kazanie księdza Bernarda” Leszka Kołakowskiego. Jak trzeba było jakiegoś demona czy ducha albo samego diabła zagrać, to Jerzy Trela był najlepszy. W „Hamlecie” Duch Ojca, w „Weselu” Chochoł – i dalej w „Wyzwoleniu” i „Akropolis”, bo graliśmy cały tryptyk pod wspólnym tytułem „Wędrowanie”. „Hamlet” jest już grany przez 25 sezonów i bezcielesny głos Jerzego Treli elektryzuje przedstawienia.
Ale już wcześniej grzmiał z wawelskiej wieży: „Wyzwolin ten doczeka się dnia, kto własną wolą wyzwolony” w trakcie widowisk podwawelskich, kiedy podczas wianków krakowskich gromadziło się 200 tys. ludzi. Teraz w scenariuszu „Fausta” zatrudnimy sztuczną inteligencję, żeby mówiła głosem Treli. To będzie mefistofeliczny, cyfrowy głos Jerzego Treli – inaczej mówiąc, diabelska robota.
Czyli sztuczna inteligencja jednak na coś się panu przyda.
– Owszem, będzie służyła, nabierze lucyferycznych znaczeń, będzie na swoim miejscu.
Często powtarza pan nazwisko Wyspiańskiego
Brawo Australia!
Wreszcie ktoś się odważył powiedzieć: dość! Rzucić wyzwanie faktycznym władcom świata – wielkim korporacjom internetowym z Doliny Krzemowej. Chodzi o zakaz korzystania z mediów społecznościowych przez osoby, które nie ukończyły 16. roku życia. Rząd australijski wziął na poważnie to, co wiadomo od dawna i co zostało potwierdzone licznymi badaniami. Media społecznościowe szkodzą, przede wszystkim dzieciom i młodzieży. Uznaje się zasadnie, że odpowiadają za lawinowe pogarszanie się stanu zdrowia młodych ludzi – psychicznego, a poniekąd i fizycznego (epidemia otyłości wynikającej m.in. z braku ruchu). Ich fatalne oddziaływanie nie budzi już dziś żadnych wątpliwości. Dzieci i młodzież nie wytrzymują psychicznie hejtowania w sieci (mnożą się samobójstwa), ciągłego porównywania się z innymi, które skutkuje obniżonym poczuciem własnej wartości, przebodźcowania związanego z zalewem informacji płynących z sieci (w większości marnej wartości), wyobcowania ze środowiska rówieśniczego oraz, szerzej, społecznego, co wywołuje poczucie samotności. Źle znoszą dostęp do treści internetowych skoncentrowanych na silnych emocjach, najczęściej o charakterze negatywnym, zderzanie się z całym złem tego świata znajdującym odzwierciedlenie w internecie. Nie przesadzę, jeśli powiem, że media społecznościowe stały się trucizną, która niszczy wchodzące w życie pokolenia. Nie tylko obniżają ich standard życia rozumianego w kategoriach psychicznych, ale także przyczyniają się do zmniejszania ich zdolności interaktywnych, społecznych, wspólnotowych, być może też intelektualnych.
Ta ostatnia sprawa jest elementem szerszego zjawiska – pogłębiania się zidiocenia ludzkości.
Stefania lubi mówić nie
Zbyt mało osób podejmuje studia pielęgniarskie, bo ma przed oczami pielęgniarstwo z dawnych lat, a ono już tak nie wygląda
Adrian Nowakowski – pielęgniarz w Klinice Neurologii Centralnego Szpitala Klinicznego przy ul. Banacha w Warszawie. Zwycięzca polskiej edycji konkursu o Nagrodę Pielęgniarską Królowej Sylwii, skierowanego do pielęgniarek i pielęgniarzy, którzy opracowali innowacyjne rozwiązania w tej branży. Jest też studentem informatyki.
Stefania nie ma rąk ani nóg. Mieści się w dużej walizce, jeśli ułoży się ją po przekątnej. Taką walizkę na kółkach Adrian Nowakowski ciągnie, kiedy jedzie na spotkanie lub wywiad. Na miejscu wydobywa Stefanię, stawia na stole, poprawia biały sweter i łańcuszki na szyi, żeby wyglądała schludnie. Oczami Stefanii jest kamera, uszami mikrofon, a narządem mowy – głośnik. Bez komputera jest bez życia. Do komputera wgrany został program, który stworzył Adrian. To tajemnica. Ten program ożywia Stefanię. Z założenia jest ona dojrzałą pacjentką z demencją. Adrian proponuje, żebym z nią pogadała, wcielając się w rolę pielęgniarki. Gadanie z manekinem wymaga przełamania oporu.
Jakoś trudno traktować fantom jak człowieka.
– Ona mnie peszy, nie wiem, jak rozmawiać z takim stworem – usprawiedliwiam się.
Adrian, który ma już ponadroczne doświadczenie w słownych potyczkach ze Stefanią, bierze na siebie konwersację.
– Dzień dobry, pani Stefanio. Może się umyjemy, dobrze? – pyta łagodnym głosem.
Stefania reaguje nerwowo:
– Dzień dobry. Kim pan jest? Co tu się dzieje? Dlaczego jestem tutaj, a nie w domu?
Pacjentka ocenia otoczenie, które widzi kamera, i wie, że nie ma tu nic, co świadczyłoby o tym, że jesteśmy w mieszkaniu: żadnej sofy, żadnego stołu, telewizora, bamboszy.
– A może jednak pójdziemy się umyć? – ponawia zaproszenie Adrian.
– Nie, dziękuję. Dlaczego miałabym się myć tutaj? Nie wiem, co tu robię.
– Proszę pani, jesteśmy w redakcji, przyszedłem tu udzielić wywiadu – wyjaśnia Adrian.
– Wywiad? – Stefania jest zaskoczona. – Nie pamiętam, żebym się na coś takiego umawiała. Ale może powinnam się jakoś przygotować, skoro to taki ważny dzień?
– Wobec tego umyjemy się, a potem zrobię pani ulubioną herbatę.
– Ale nie mogłabym zostać tutaj i odpocząć? Chciałabym czuć się swobodnie. Nie potrzebuję się myć. Kiedyś to ja decydowałam, kiedy co mam robić. Teraz wszystko mi się miesza. Może byście zostawili mnie samą? Kiedyś miałam więcej siły, więcej jasności.
Jednak herbata brzmi kusząco. No dobrze, niech będzie ta herbata.
Stefania jest tak zaprogramowana, żeby na każdą propozycję reagować z pewnym oporem. Jest bowiem stworzona do nauki komunikacji. Gdyby na wszystko natychmiast się zgadzała, konfrontacja nie byłaby możliwa. Zwykle pod wpływem argumentów wyraża zgodę, ale bywa, że nic nie jest w stanie jej przekonać, aby powiedziała „tak”. Albo szuka wymówek. Kiedyś, gdy rozmowa z Adrianem odbywała się w jego pokoju, bez ogródek powiedziała mu: „Musi pan tu posprzątać, bo mogę się przewrócić”. Stefania wie, że jest fantomem, ale nie ma świadomości, że jest pozbawiona kończyn.
Zdarza się, że nieoczekiwanie poddaje się refleksjom. Jak teraz, gdy po obróceniu fantomu w oku kamery pojawia się regał z książkami. Jest zachwycona tym widokiem.
– Książki na półkach przypominają mi tamte czasy, kiedy mogłam czytać. Może bym teraz poczytała? Pamiętam, jak eseje z tych książek czytałam całymi godzinami. A może to były inne książki? Pamiętam, że kiedyś miałam ulubione, były pełne mądrości, inspirowały mnie. Ale może wszystko mi się myli? – zastanawia się.
Stefania potrafi rozmawiać dzięki sztucznej inteligencji. Ale kiedy snuje refleksje, rodzi się podejrzenie, że po tej drugiej stronie jednak musi być człowiek.
Pana Stefania jest zaskakująco ludzka z tym rozkojarzeniem, zagubieniem i wątpliwościami. Po co pan ją stworzył?
– Na pierwszym roku pielęgniarstwa studenci mają zajęcia na fantomach plastikowych. Taki fantom nie ma możliwości nawiązania kontaktu ze studentem, bo nie mówi, nie może wyrazić zgody na zabiegi lub się sprzeciwić. Pomyślałem: a co by było, gdyby dać mu wzrok, umiejętność mowy, możliwość zbuntowania się? Wtedy student musiałby znaleźć nić porozumienia z pacjentem, umieć się skomunikować. Szczególnie trudne jest to w przypadku chorych z demencją, którzy czują niechęć do zmian, często nie chcą się poddawać koniecznym zabiegom. Chodzi o to, żeby studenci, kończąc studia i idąc do szpitala, już mieli pojęcie, jak rozmawiać z pacjentem. Dlatego stworzyłem panią Stefanię. Do jej zbudowania użyłem zwykłego manekina.
Ale przecież to nie jest zwykły manekin.
– Oczywiście, że nie. Aby go ożywić, potrzebna jest sztuczna inteligencja. Dlatego nieodzowną częścią pani Stefanii jest komputer z odpowiednim oprogramowaniem, które stworzyłem. Oprogramowanie to moje autorskie połączenie różnych elementów, które wcześniej istniały. Pomysł wykorzystuje już istniejące mechanizmy, takie jak modele językowe. To tak, jakby z istniejących klocków Lego budować nowatorskie obiekty. Właśnie z takich elementów zbudowałem program, dzięki któremu mój manekin może się porozumiewać z otoczeniem.
Czy z panią Stefanią da się rozmawiać o wszystkim?
– Generalnie tak, ale nie można wkraczać w problematykę dla niektórych osób kontrowersyjną, np. rozmawiać na tematy seksualne. Zakres rozmów dotyczy różnych kwestii, zwłaszcza tych, które porusza się w codziennych kontaktach z pacjentem z demencją.
Co najskuteczniej przekonuje ją, żeby na coś się zgodziła?
– Nie ma zasady. Może byłaby bardziej przewidywalna, gdyby miała bardziej rozbudowany i złożony charakter, opisujący różne aspekty życia i jej stosunek do różnych spraw. Jeśli chodzi o charakter pacjentki, to eksperymentuję na drugim projekcie, który jeszcze nie jest gotowy. Ten drugi program, pod który można podłączyć fantom, ma także wiedzę z internetu dotyczącą m.in. wydarzeń na świecie czy pogody. Jest w stanie w pewnym momencie spytać: „A słyszał pan, co przed chwilą powiedzieli na temat wyborów w Polsce?” albo: „Czytałam ostatnio w gazecie, że 2,5 mln Polaków żyje w skrajnym ubóstwie. Bardzo się obawiam, że mnie też może się to przydarzyć”. Albo, mając dane o lokalizacji i o pogodzie, na propozycję spaceru może zareagować: „Nie mam ochoty, bo pada deszcz” lub „Nie chce mi się, jest za zimno”.
Do ćwiczeń ze studentami pielęgniarstwa nie jest jej potrzebna taka wiedza?
– W zasadzie nie jest potrzebna, choć bez wątpienia konwersacja byłaby bardziej interesująca.
Tworzenie przyszłości Twojej marki w Polsce dzięki Web3 i AI
W erze cyfrowej ekspansji rozwój technologii takich jak Web3 i sztuczna inteligencja (AI) otwiera przed markami nieskończone możliwości. Dla firm planujących rozwój na dynamicznym polskim rynku, wykorzystanie tych innowacji może być kluczem do sukcesu. Dowiedz
VI Edycja Our Future Forum – 25 listopada
JUŻ 25 LISTOPADA RUSZA VI EDYCJA OUR FUTURE FORUM – NAJWIĘKSZEJ KONFERENCJI EDUKACYJNEJ W POLSCE W poniedziałek, 25 listopada w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie ponad 1000 studentów i licealistów weźmie udział w VI edycji Our
Sztuczna inteligencja nie boi się autorytetów
Stopniowo tracimy autonomię i podmiotowość na rzecz rosnącej roli AI w codziennym życiu
Dr Berenika Dyczek – doktor nauk społecznych, adiunkt w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Naukowo zajmuje się socjologią kultury i sztuki, a przede wszystkim socjologią cyberprzestrzeni i socjoinformatyką. Prowadzi badania nad wpływem sztucznej inteligencji na społeczeństwo. Autorka dwóch monografii i licznych artykułów publikowanych w czasopismach międzynarodowych.
W jak dużym stopniu sztuczna inteligencja oddziałuje dziś na społeczeństwo?
– Z moich badań wynika, że stopniowo tracimy autonomię i podmiotowość na rzecz rosnącej roli sztucznej inteligencji w codziennym życiu. Wpływa to na organizację naszego dnia, który coraz częściej kształtują technologie. „Pamięć ciała” wymusza na nas sprawdzanie telefonu, w którym czeka już gotowy scenariusz: zaplanowane zadania, artykuły do przeczytania czy treści, które będziemy oglądać. Wielu już się nie zastanawia, co będą dzisiaj robić, czytać i myśleć.
Zdecydowanie coraz mniej osób odwiedza strony konkretnych redakcji, żeby czegoś się dowiedzieć. I sprawdza kilka, aby zobiektywizować sobie przekaz.
– Przegląd codziennej prasy staje się reliktem przeszłości. To media społecznościowe – za pomocą precyzyjnie zaprogramowanych algorytmów – decydują, co zostanie nam „podane na tacy”. Inaczej mówiąc, to one dyktują, czym dziś nasycimy umysły. Obecnie mamy do czynienia z zaawansowanymi systemami manipulacji – zwanymi systemami rekomendacyjnymi – które w rzeczywistości sprawują nad nami kontrolę. Jednak utrzymuje się nas w iluzji, że to my mamy władzę. Bo decydujemy, w który artykuł klikniemy. Tymczasem nasze cyfrowe „ja” jest już nakarmione. Moje badania pokazują, że ludzie rzadko analizują ten wpływ sztucznej inteligencji na swoje życie.
Coraz więcej osób korzysta również z czatów GPT. Wydaje się jednak, że mamy małą świadomość tego, jak one działają. Ta technologia wcale nie jest neutralna i bezstronna.
– Przede wszystkim czat GPT wciąż się zmienia, ponieważ ciągle się uczy. Na początku model ten był trenowany na ogromnych ilościach danych pochodzących z różnorodnych źródeł, takich jak teksty z internetu, artykuły czy książki. W pewnym momencie do poprawy jego działania zaczęto wykorzystywać również crowdsourcing. To proces, w którym grupy ludzi oceniają i poprawiają odpowiedzi AI.
Poglądy ludzi z tych grup wpływają więc na „światopogląd” AI?
– Z naukowego punktu widzenia w crowdsourcingu
Inteligencja może sztuczna, zwolnienia prawdziwe
Od czasu udostępnienia usługi ChatGPT i kolejnych wcieleń zabawkowej „sztucznej inteligencji dla początkujących” dyskusja o rozwoju tej technologii, tego instrumentu czy narzędzia jest jedną z najczęściej podejmowanych publicznie. Czy AI jest groźna, czy zapanuje nad światem, kiedy zacznie zagrażać ludziom, jak szybko osiągnie samoświadomość, do czego jest zdolna, czy jest błogosławieństwem, czy przekleństwem. Ta debata musi się toczyć, na wiele pytań już znamy odpowiedzi. Wiemy, że Izrael w Gazie wykorzystał narzędzie AI o nazwie Gospel (Ewangelia). Wyznaczało ono cele bombardowań, szacując liczbę potencjalnych zabitych i – jak to sztuczna inteligencja – nie przejmując się tym w ogóle. Wszak spust czy enter naciskał już oficer albo żołnierz IDF.
Bez tej dyskusji możemy utknąć w dawnym złudzeniu o dobrodziejstwie internetu jako takiego. Nauczka z tamtej przygody: stworzenie zmonopolizowanego potwora władzy i mnożenia majątku przez nielicznych, poddanego absolutnej kontroli i mocy wykluczania, wygenerowanie systemu globalnego uzależnienia, zarówno na poziomie ogólnym, jak i osobistym – wszystko to powinno nam świecić na alarm w kwestiach AI. Bajki o szansach powszechnej edukacji i rozwoju medycyny to cyfrowo-algorytmowa zasłona dymna.
Tymczasem mamy kamyczek, polski, do globalnego koszyczka tej dyskusji. Otóż istnieje w Krakowie OFF Radio Kraków, które jest odgałęzieniem publicznego Radia Kraków
Profesorowie bez dyplomów
Poldi włada biegle językami krajów, w których robił karierę
Ekscentryczna promocja radia-którego-nikt-nie słuchał udała się w stu procentach. Deepfake’owy wywiad bota dziennikarskiego z botem noblowskim, czyli niejakiej Emi z Wisławą Szymborską, nieżyjącą od 12 lat, pokazał, co już może sztuczna inteligencja w służbie mediów i jakie wynikają z tego niebezpieczeństwa. Otóż AI może manipulować perfekcyjnie i bezkonkurencyjnie – wskrzeszona poetka komentowała własnym głosem twórczość tegorocznej laureatki z Korei tak zmyślnie, że przyklasnął temu sam najjaśniejszy sekretarz Fundacji Wisławy Szymborskiej, Michał Rusinek.
Ta kuriozalna „rozmowa” dowiodła, że w świecie symulakrów nikt nie może się czuć bezpiecznie – nie tylko szeregowi pracownicy (jak dziennikarze rzeczonego radia, którym rozwiązano umowy, bo AI może wybierać listę utworów do grania za darmo), lecz także pracownicy zasłużeni i legendarni (jak lektor Jarosław Juszkiewicz, którego po wielu latach Google Maps właśnie zastąpiło głosem bota), a nawet zmarli wieszcze. Groza i lament, do których nie mogę się nie przyłączyć, chociaż z czystej przekory dodam, że lepsza sztuczna inteligencja niż jej naturalny brak, którym grzeszy cała armia dostarczycieli kontentu, uważających się za aktywnych dziennikarzy.
Dla przykładu przeanalizujmy przypadek pana Pipsztyckiego z pewnego tabloidu, który w ubiegłym tygodniu postanowił zarobić na życie tekstem o wybitnym sportowcu. Owóż ten nieborak zechciał przyciągnąć uwagę „sensacyjną” wiadomością o wykształceniu Lukasa Podolskiego; najwyraźniej algorytm podsunął Poldiego jako gorącą postać po hucznym benefisie w Kolonii. Kilkanaście dni temu dziesiątki tysięcy fanów przyszło zobaczyć mecz, w którym Górnik Zabrze zasilony jednorazowo gwiazdami Bundesligi (m.in. Manuelem Neuerem w bramce i Matthiasem Ginterem w obronie) wygrał z FC Köln – macierzystym klubem Poldiego, który zagrał po połowie w obu drużynach. To był hołd dla mistrza świata, najlepszej lewej nogi w historii niemieckiej piłki, człowieka, który doskonale pojął gramatykę futbolu, ale włada też biegle językami krajów, w których robił karierę – mówi po niemiecku, angielsku, polsku, śląsku, a i po turecku zagadać potrafi.
Rolnictwo 4.0
Na naszych oczach dokonuje się rewolucja w polskim rolnictwie. Sztuczna inteligencja oraz nowoczesne formy upraw roślin to początek
Stan rolnictwa i poziom produkcji żywności od czasów biblijnych był przedmiotem szczególnej troski rządzących. Klęski głodu niemal zawsze prowadziły do buntów, a co najmniej do poważnych problemów politycznych. W czasie wojen wyżywienie wojska i ludności cywilnej decydowało o zwycięstwie lub klęsce.
Na początku XX w. na świecie żyło ok. 1,7 mld ludzi. Dziś naszą planetę zamieszkuje ponad 8 mld. Eksperci ONZ szacują, że w roku 2086 będzie nas 10,4 mld. Wszystkich trzeba będzie wyżywić. To zadanie ludzi związanych z rolnictwem i przemysłem rolno-spożywczym.
W XX w. dokonały się rewolucyjne zmiany, które w efekcie ograniczyły występowanie klęsk głodu na świecie. W pierwszej połowie ubiegłego stulecia była to mechanizacja rolnictwa. Pozwoliła ona na znaczące zwiększenie areału upraw i wzrost produkcji, głównie zbóż. Kolejnym krokiem stało się upowszechnienie w latach 60. nawozów sztucznych oraz środków ochrony roślin, co zaowocowało zwiększeniem wysokości plonów. I znów dotyczyło to szczególnie zbóż. W latach 70. i 80. w instytutach naukowo-badawczych i laboratoriach wielkich firm powstały zmodyfikowane genetycznie odmiany roślin. Były odporne na choroby, wymagały mniej wody i zapewniały jeszcze wyższe plony. Dziś najbardziej znane i najczęściej uprawiane, oznaczone jako GMO, są: soja, kukurydza, rzepak i bawełna. Dla jednych ich pojawienie się było symbolem postępu w rolnictwie. Dla drugich dowodem, że świat zmierza w przepaść.
W Europie, Australii i Ameryce Północnej w pierwszej połowie XX w. udało się wyeliminować klęskę głodu. W Azji sporadycznie zdarzały się one jeszcze w latach 60., a w Afryce, na terenach objętych działaniami wojennymi, dzieje się tak nawet dziś.
Unia Europejska, dzięki Wspólnej Polityce Rolnej, zapewniła mieszkańcom naszego kontynentu pełne bezpieczeństwo żywnościowe. Francja, Niemcy, Polska, Hiszpania czy Włochy są od lat poważnymi eksporterami produktów rolnych.
Nawet Rosja, która w czasach Związku Radzieckiego nie była w stanie zapewnić odpowiednio wysokiego poziomu produkcji zbóż i zmuszona była importować pszenicę, głównie ze Stanów Zjednoczonych i Kanady, jest dziś największym eksporterem zbóż na świecie. Wystarczyło odejść od gospodarki nakazowo-rozdzielczej i pozwolić ludziom działać.
Dziś stoimy na progu kolejnej rewolucji w rolnictwie, której celem będzie zwiększenie produkcji, ograniczenie wpływu zmian klimatycznych na uprawę roślin, wykorzystanie najnowszych technologii informatycznych, w tym sztucznej inteligencji, w produkcji rolnej. I oczywiście obniżka kosztów produkcji. Nazywa się ją „Rolnictwem 4.0” albo „Rolnictwem czwartej generacji” i dzieje się ona także w Polsce.
Mniej może znaczyć więcej
Impas z Intelem
Intel wycofuje się z inwestycji w Polsce, a wicepremier Gawkowski dziwi się tak samo jak wtedy, gdy sprzedali mu kradzione auto
Jeszcze w piątek 13 września wicepremier, minister cyfryzacji chwalił się, że już niebawem pod Wrocławiem zacznie się budowa fabryki amerykańskiego producenta procesorów, Intela. Miał to być jeden z wielkich sukcesów nowego rządu. W fabryce półprzewodników w Miękini zatrudnienie miało znaleźć ok. 2 tys. osób. Jednak w poniedziałek Krzysztof Gawkowski musiał ogłosić, że Intel wycofuje się z inwestycji. W komunikatach medialnych Ministerstwo Cyfryzacji kładło bardzo mocny nacisk na fakt, że producent procesorów wycofuje się nie z winy rządzących, ale z powodu sytuacji finansowej w samym Intelu. Firma zawiesiła na dwa lata swoje inwestycje w całej Europie. Tylko czy ta sytuacja rzeczywiście jest takim zaskoczeniem? A może wystarczyło wpisać w wyszukiwarkę Google hasło „Intel” i przeczytać kilka artykułów o tym producencie mikroprocesorów?
Trzy małpy
Japońskie przysłowie: mizaru, kikazaru, iwazaru oznacza: nie widzieć, nie słyszeć i nie mówić nic złego. Jego przedstawieniem jest rzeźba lub rysunek trzech siedzących obok siebie małp, z których jedna zasłania sobie uszy, druga oczy, trzecia pysk. Działanie decydentów w sprawie inwestycji w fabrykę Intela przypomina trochę taką konformistyczną postawę wobec przeciwności losu.
Ale zacznijmy od początku. Dla niezorientowanych – Intel to jeden z największych producentów mikroprocesorów na świecie. W ostatnich latach pozycja firmy z Santa Clara w Kalifornii zaczęła jednak słabnąć na rzecz konkurencji.
Ludzie z Ministerstwa Cyfryzacji powinni być doskonale zorientowani, z kim robią interesy i w jakiej kondycji jest firma potencjalnego partnera. To nawet nie zdrowy rozsądek, lecz podstawowa zasada w biznesie.
Czy zatem kłopoty z Intelem były do przewidzenia? Nawet jeśli ktoś nie chce stawiać się w roli wszechwiedzącej wyroczni, może stwierdzić, że tak. Zła passa kalifornijskiej firmy trwa już od kilku lat, ale ostatnie miesiące są wręcz spektakularną klapą. Na początku sierpnia 2024 r., czyli zaledwie miesiąc temu, Intel zwolnił 15 tys. pracowników, obcinając przy tym koszty w samych Stanach Zjednoczonych o 40 mld dol. Działania firmy w ostatnim czasie ogólnie raczej nie odpowiadają inwestorom, co odzwierciedlają ceny jej akcji, które z 70 dol. spadły do zaledwie 20 dol. (tak nisko akcje Intela nie stały od 11 lat). Tylko od początku tego roku cena akcji zmalała o 58%.
Gigant w kłopocie
Rada nadzorcza Intela już zeszłej wiosny sugerowała prezesowi Patowi Gelsingerowi, aby ten zwrócił większą uwagę na strategię dotyczącą sztucznej inteligencji. Obawiano się, że koncern straci rynek produkcji chipów dla generatywnej sztucznej inteligencji, która pojawiła się wraz z uruchomieniem ChatGPT przez OpenAI. Nie trzeba wspominać, że ten nowy rynek jest dziś wart setki milionów dolarów. Jak widać po sytuacji na rynku mikroprocesorów, Gelsinger albo nie posłuchał, albo coś mu nie wyszło, Intel bowiem jest w ogonie sprzedaży procesorów AI. Być może dlatego, że właściwie nie ma ich w ofercie. Pozostaje w tyle zarówno za Nvidią (producentem kart graficznych), jak i za swoim wieloletnim konkurentem AMD. Aby zobrazować skalę problemu, dość powiedzieć, że Nvidia w ostatnim roku zbliżyła się do wartości 3 bln dol., podczas gdy wartość Intela w tym samym czasie spadła ze 150 mld dol. do zaledwie 80 mld dol.








