Taka piękna katastrofa. Aż nazbyt piękna…

Taka piękna katastrofa. Aż nazbyt piękna…

This aerial footage courtesy of WBZ via CBS shows the suspect national guardsman Jack Teixeira taking into custody by FBI agents in a forested area in North Dighton, in the northeastern state of Massachusetts. - FBI agents on Thursday arrested a young national guardsman suspected of being behind a major leak of sensitive US government secrets -- including about the Ukraine war. (Photo by Handout / WBZ via CBS / AFP) / RESTRICTED TO EDITORIAL USE - MANDATORY CREDIT "AFP PHOTO / WBZ via CBS " - NO MARKETING - NO ADVERTISING CAMPAIGNS - DISTRIBUTED AS A SERVICE TO CLIENTS

Wyciek danych z Pentagonu wygląda na wpadkę, ale czy rzeczywiście nią jest? O dokumentach Departamentu Obrony USA, które wyciekły do internetu, od wielu dni piszą największe światowe agencje prasowe. Te zachodnie robią to zwykle w tonie mocno sensacyjnym, czasem wręcz histerycznym, zostawiając uważnego czytelnika z poczuciem dysonansu. Dramatyczne wnioski wywodzi się bowiem z danych, które z jednej strony z daleka pachną dezinformacją, a z drugiej są znanymi faktami, których potencjalne skutki od dawna pozostają przedmiotem publicznych debat. Utrzymywaniu się napięcia sprzyja postawa waszyngtońskiej administracji, której przedstawiciele przyznają, że doszło do niekontrolowanej dystrybucji materiałów opatrzonych gryfem „ściśle tajne”. To osobliwa reakcja, nieprzystająca do znanych schematów – najoględniej mówiąc. Amerykanie nie mają w zwyczaju zbyt szybko przyznawać się do tego, że „spuszczono im spodnie”. O co więc w tym wszystkim chodzi? Na wyciek składa się setka sfotografowanych slajdów i dokumentów wyglądających jak wewnętrzne informacje wywiadowcze. Z ustaleń grupy śledczej Bellingcat wynika, że pierwsze zdjęcia pojawiły się w obiegu na początku marca tego roku. Umieszczono je na Discordzie, popularnej platformie komunikacyjnej, w sekcji zdominowanej przez miłośników gry Minecraft. Nierodzące większych emocji pliki znajdowały się tam przez kilka tygodni, do 7 kwietnia – usunięto je, gdy redakcje z całego świata zaczęły pisać o aferze szpiegowskiej. Powodem zainteresowania mediów były wpisy na innej platformie – Telegramie, gdzie na początku kwietnia rosyjskie konta opublikowały jeden z rzekomo zastrzeżonych materiałów. Fakt, że za upublicznieniem informacji o istnieniu łatwo dostępnego zbioru wrażliwych danych stoją Rosjanie, sprzyja tezie, że za przeciek odpowiadają agenci lub współpracownicy Moskwy. Ale to wniosek post factum, którego moc osłabia niepodważone dotąd ustalenie, że pierwotnym źródłem wycieku był Discord, nie zaś rosyjskie konta na Telegramie (też skądinąd rosyjskim). Czy można mocniej bić się w piersi? W dodatku Rosjanie reagują na ujawnione rewelacje wyjątkowo wstrzemięźliwie. Wspomniane wpisy na Telegramie dotyczyły slajdu z amerykańskimi szacunkami strat wojennych Rosji i Ukrainy (na dzień 1 marca br.). Upublicznił go jeden z rosyjskich blogerów wojennych. Na pierwszy rzut oka to ślad prowadzący do kremlowskich specsłużb, bo milblogerzy (czy Z-blogerzy; oba określenia funkcjonują w rosyjskiej infosferze zamiennie) nie ukrywają swoich powiązań z armią i agencjami wywiadowczymi. Tyle że ów slajd został przerobiony – w wersji na Discordzie straty ukraińskie oszacowano na 16-17 tys. zabitych żołnierzy, rosyjskie – na 30-45 tys. Na Telegramie straty ukraińskie przypisano Rosjanom, liczba poległych Ukraińców zwiększyła się do 61-71 tys. „Dowód”, że „tamtych zginęło znacznie więcej niż naszych”, to użyteczne narzędzie propagandowe, a fabrykowanie danych leży w kompetencjach wywiadu i kontrwywiadu. Ale graficznej przeróbki dokonano tak nieumiejętnie, że trudno o nią podejrzewać profesjonalne służby. No i to w zasadzie tyle, jeśli chodzi o warte odnotowania rosyjskie reakcje na wysyp „ściśle tajnych danych”. Gdyby patrzeć na sprawę z perspektywy tytułów prasowych i zawartości tekstów ukazujących się w zachodnich mediach, rosyjska propaganda powinna tańczyć z radości, eksportując w świat sensacje przetworzone na własny użytek. Oto bowiem Kreml dostaje na tacy dane, z których wynika, jak wielkie jest zaangażowanie USA w wojnę w Ukrainie. Ze slajdów można wyczytać, że Amerykanie nie tylko szkolą i zaopatrują ukraińskie wojska, ale de facto zajmują się niemal wszystkim poza bezpośrednim prowadzeniem działań wojennych, np. namierzają dla Ukraińców wartościowe cele. I jakkolwiek pomoc jest imponująca, wiele ukraińskich brygad istnieje jedynie na papierze, bo brakuje im wyszkolonych ludzi i wyposażenia. Kończy się amunicja przeciwlotnicza i pociski do himarsów, elitarne rezerwy gen. Wałerij Załużny musiał rzucić do obrony Bachmutu (czyli zabraknie ich gdzie indziej…). Co więcej, Amerykanie dwoją się i troją, szukając amunicji i broni dla Kijowa – w Korei czy Izraelu – ale idzie im tak sobie. „Jeżeli jesteś Ukraińcem, albo naszym sojusznikiem, jesteś wkurwiony na maksa. Zwłaszcza dlatego, że to Amerykanie zwykle pouczają innych w sprawach bezpieczeństwa”, komentuje zawartość ujawnionych dokumentów były ambasador USA w Polsce Daniel Fried (cytat za OKO.press). Czy można mocniej uderzyć się w piersi? Chyba nie. „Rozwadnianie” możliwości bojowych Ale czy to naprawdę szczery gest, a nie element dezinformacyjnej gry, która wcale nie jest adresowana do Rosjan (a przynajmniej nie czyni ich głównymi adresatami)? Dokumenty, które na pierwszy rzut oka demaskują zakres

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 16/2023, 2023

Kategorie: Świat