Tania siła robocza

Tania siła robocza

„Nie chodzi tylko o zarobki, ale o godność”, powtarzają nauczyciele. Rzecz w tym, że jej brak widać nie tylko w zarobkach

„Ile godzin pracuje nauczyciel tygodniowo? 10, 8, 12? Niech nauczyciele tak nie narzekają, zawód przecież można zmienić”, „Ledwo z domu wyjdziecie, a już wracacie. W sklepach ludzie dłużej robią zakupy, niż wy jesteście w pracy”, „Każdy pracuje w tygodniu minimum tyle, ile nauczyciel w miesiącu. Doskonalenie mają gratis (…). Jeżdżą na wycieczki, czasem na krajowe, ale za to nie płacą, należy im się, na zagraniczne też jeżdżą” – to tylko niektóre opinie o nauczycielach i ich pracy krążące po internecie.

Jeśli wiedzę o powodach strajku nauczycieli brać z internetu i wypowiedzi niektórych przedstawicieli rządu, jawi się on jako wyraz lenistwa, roszczeniowości i nieodpowiedzialności – oto nauczyciele, którzy i tak pracują mniej niż cała reszta, sabotują egzaminy swoich uczniów.

Nauczycielski protest brzmi jednak całkiem inaczej w świadectwach samych nauczycieli i nauczycielek. Z goryczą mówią o frustracji, biurokracji, eksploatacji i upokorzeniu.

Pani od wszystkiego

– Tu nie chodzi o zarobki, chodzi o całokształt – Agnieszka Wojnarowska, polonistka z 20-letnim stażem pracy, wygląda na zniecierpliwioną. – Przychodzę na godz. 8.00 trzy razy w tygodniu, pracuję wtedy do 16.30, licząc zajęcia dodatkowe dla uczniów. Przerwy – owszem, są. Jeśli akurat dyżur jest spokojny, żaden rodzic nie przychodzi ze sprawą i nigdzie nie trzeba interweniować, to zdążę zjeść kanapkę i skorzystać z toalety. Wracam do domu, czując się jak zwłoki, a jeszcze muszę sprawdzić wypracowania i przygotować się do następnego dnia. Jestem jednocześnie nauczycielką, ciocią, psycholożką i urzędniczką, która ma się sama monitorować i opisywać.

– Prowadzenie lekcji nie polega na siedzeniu i przemawianiu – tłumaczy Karol Michalak, geograf z warszawskiej podstawówki. – Żeby przez 45 minut utrzymać uwagę trzydzieściorga 11-latków, trzeba się wysilić: nie tylko mówić dość głośno, żeby każdy usłyszał, ale np. chodzić po klasie. Przez 45 minut jestem aktorem, który odgrywa napisany wcześniej scenariusz, niezależnie od tego, jak się czuje i czy ma dobry dzień. Muszę przy tym zadbać, żeby każdy nadążał i pracował: słabszemu wyjaśnić drugi raz, a mocniejszemu dać coś dodatkowego, żeby się nie nudził. A mówimy tu wyłącznie o czasie przy tablicy, który stanowi mniej niż połowę etatu. Przerwy mamy tylko teoretycznie. Często dopiero po lekcjach możemy usiąść z koleżankami w pokoju nauczycielskim, żeby zjeść przygotowane rano kanapki. Zupełnie nie pracuję jedynie w sobotę. W niedzielę odpowiadam na mejle rodziców i przygotowuję się na poniedziałek. Wyszłoby jakieś 50 godzin pracy tygodniowo.

– Bardzo bym chciała, żeby ktoś kazał mi siedzieć w szkole osiem godzin dziennie pięć dni w tygodniu, a po godz. 17 zwolnił mnie z pracy i zadań domowych. Tylko obawiam się, że wtedy zawaliłby się cały system, bo on działa dlatego, że tak naprawdę pracujemy więcej niż 40 godzin – dodaje Agnieszka Wojnarowska. – Jasne, że są wakacje. Ale są też rady i zebrania trwające do godz. 20 czy 21. I wycieczki, kiedy jesteśmy w pracy 24 godziny na dobę, bo w nocy mamy dyżury. Nie dostajemy za to żadnych dodatkowych pieniędzy. Materiały, których używamy na lekcji, również mamy najczęściej własne – nie chodzi tu tylko o podręczniki czy książki, ale o nożyczki, kleje czy kredki.

– Wielkim mitem jest przekonanie, że kończymy pracę wtedy, kiedy kończą się lekcje – potwierdza Joanna Szczepańska, nauczycielka edukacji wczesnoszkolnej, w zawodzie od 30 lat. – Sam czas spędzony w szkole jest bardzo intensywny, a dochodzą do tego godziny przepracowane w domu, których nikt nie liczy. Mówię tu nie tylko o sprawdzianach, ale chociażby o kontaktach z rodzicami. Koleżankom mającym wychowawstwo nierzadko zdarza się odbierać telefony od rodziców w niedzielę wieczorem. Kiedyś tego nie było. Mamy też do wypełniania coraz więcej dokumentów – co kilka lat wchodzi nowy przepis, z którym musimy być na bieżąco, żeby wszystko zrobić poprawnie. Tylko że nie da się jednocześnie być skupionym na papierach i na dziecku. To nie tak, że od dwóch lat robiłam to wszystko, po cichu myśląc o strajku. Każdy chce wypełniać swoje obowiązki jak najlepiej. Coś w końcu pękło.

Według art. 42 Karty nauczyciela w ramach 40-godzinnego etatu nauczyciel „zobowiązany jest realizować: (…) zajęcia dydaktyczne, wychowawcze i opiekuńcze, prowadzone bezpośrednio z uczniami lub wychowankami albo na ich rzecz (w ramach pensum – przyp. KW), inne czynności i zajęcia wynikające z zadań statutowych szkoły (…), zajęcia i czynności związane z przygotowaniem się do zajęć, samokształceniem i doskonaleniem zawodowym”. W Karcie wymienionych jest 15 obowiązków nauczyciela, z czego jedynie dwa są wypełniane „przy tablicy”: prowadzenie lekcji i realizacja programu. Wśród pozostałych punktów figurują m.in.: „troska o bezpieczeństwo uczniów w czasie zajęć dydaktycznych, na przerwach śródlekcyjnych, a także na wycieczkach, rajdach i uroczystościach szkolnych”, „wspieranie swoją postawą i działaniami pedagogicznymi rozwoju psychofizycznego uczniów, ich zdolności i zainteresowań”, „służenie uczniom szkoły pomocą w rozwiązywaniu problemów osobistych i związanych z nauką” czy „inne prace zlecone przez dyrektora”.
Za realizowanie tych obowiązków nauczyciel dostaje od 1834 do 2492 zł
netto – tyle wynosi jego wynagrodzenie zasadnicze. Jednak górna granica dotyczy jedynie nauczycieli z najwyższym stopniem zawodowym. A zdobywanie kolejnych stopni jest rozłożone w czasie, w dodatku coraz dłuższym. Jak bowiem informuje Związek Nauczycielstwa Polskiego, staż pracy uprawniający do ubiegania się o najwyższy stopień zawodowy został zmieniony z 10 lat na 15.
De facto oznacza to zamrożenie pensji na okres o ponad pięć lat dłuższy.
Poza pensją zasadniczą są wprawdzie jeszcze tzw. dodatki. Jednak w większości nie przekraczają kilkudziesięciu złotych. Wyjątkiem jest tzw. dodatek motywacyjny, który sięga niekiedy 300 zł, ale jego wysokość zależy od zamożności wypłacającego go samorządu – im bogatszy region, tym większy dodatek motywacyjny. Wszystkie te zmienne sprawiają, że zasady wynagradzania nauczycieli są nietransparentne – żaden z cytowanych nauczycieli nie był w stanie określić, ile zarabiają inni.
„Według GUS przeciętne wynagrodzenie w grudniu 2018 r. wyniosło 5274,95 zł, czyli o 6% więcej niż rok wcześniej. Wynika z tego, że nie dość, że nauczycielskie pensje są niższe niż średnia krajowa, to – porównując je do nowej średniej krajowej – są niższe o 1-2% niż w zeszłym roku. Co oznacza, że nauczyciele nie tylko zarabiają mniej niż reszta obywateli, ale dostali też mniejsze podwyżki niż wszyscy inni”, mówił Marek Pleśniar, dyrektor biura Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty (PRZEGLĄD nr 12).
Wszyscy pytani nauczyciele i nauczycielki podkreślają jednak, że „nie tylko o pensje chodzi”. Choć głównym postulatem strajkujących są podwyżki, słowo całokształt najlepiej określa powód ich frustracji.
– Mam za sobą dwa lata w zawodzie i żadnej zdolności kredytowej. Mieszkanie wynajmuję z kolegą, o wyjeździe na wakacje nie ma mowy, mimo że jestem geografem i powinienem od czasu do czasu gdzieś pojechać – mówi Karol Michalak.
– Jesteśmy traktowani jak misjonarze, którym za zapłatę powinno wystarczyć „spełnianie się w swojej pasji”. Jasne, że to moja pasja, ale chciałbym też kiedyś założyć rodzinę.
– W utrzymaniu się ciągle pomagają mi rodzice, choć mam prawie
30 lat. To upokarzające – Marta, anglistka ucząca od pięciu lat, chce pozostać anonimowa. – Bardzo wiele moich koleżanek z pracy jest finansowo zależnych od swojego partnera. Czyli co – albo znajdę sobie normalnie zarabiającego męża, albo do emerytury będę się zastanawiać, czy stać mnie na obiad na mieście?

Z pretensjami do mnie

– Jasne, że zarobki są ważne – przyświadcza Kaja Rupocińska, anglistka w liceum (15 lat pracy w szkole). – Jeśli nauczycielka po 20 latach pracy zarabia 2,5 tys. na rękę, to jest po prostu niegodne. Godność zawodu przekłada się więc na zarobki.
Marta: – Przez „godne warunki pracy” rozumiem, rzecz jasna, również zarobki. Ale także to, że tworzy mi się takie możliwości, żebym mogła wykonywać swoją pracę jak najlepiej. A tak nie jest – nie mogę skutecznie uczyć języka w klasie 29-osobowej, w której poziom waha się między prawie początkującym a średniozaawansowanym. A jeśli nie uczę skutecznie – to ja jestem odpowiedzialna. To do mnie ministerstwo apeluje o niezadawanie prac domowych. To do mojej odpowiedzialności się odwołuje, kiedy organizowany jest strajk. Nie można na starcie pozbawiać ludzi narzędzi, wymagając jednocześnie, żeby wszystko zrobili tak, jak powinni.
– Bardzo chciałam pracować z dziećmi. Na studiach uczono nas, że trzeba mieć indywidualne podejście, że uczeń lepiej przyswaja materiał, kiedy pozwala mu się samemu docierać do różnych rzeczy, odkrywać je. Każdy więc wchodzi w ten zawód ze swoimi pomysłami i entuzjazmem. Po czym trafia na ścianę – opowiada z kolei Agnieszka Wojnarowska. – Okazuje się, że jedyne, co mogę zrobić przy tak przeładowanym programie i tak małej liczbie godzin, to po prostu podać uczniom materiał. A i tak nie daję rady omówić całości. 60% przerabiam wtedy, kiedy klasa jest dobra.
Karol Michalak: – Do niedawna miałem przerobić z uczniami typy krajobrazów, mając na to dwie godziny w tygodniu. Według nowego rozkładu mam tylko godzinę, ale program pozostał niezmieniony. Jeśli nie znajdę sposobu, żeby tę straconą godzinę zrobić z nimi dodatkowo, nie nauczą się tego. I razem zostaniemy za to rozliczeni – oni i ja.
Odpowiedzialność za wyniki w nauce spoczywa z kolei tylko na jednej osobie – jest nią nauczyciel. Powtarza się skarga, że wchodząc do zawodu, miało się ileś pomysłów, których zrealizować nie sposób. Ze słów nauczycieli opowiadających się za strajkiem przebija jednak coś więcej niż gniew i przemęczenie. „Jestem za strajkiem, bo dalej chcę uczyć”, „bo chcę, żeby ten system w końcu działał” – takie deklaracje pojawiają się właściwie we wszystkich nauczycielskich wyznaniach.
– Bardzo chciałem zostać nauczycielem – kończy Karol Michalak.
– Ale mam przed sobą jeszcze 30 lat w tym zawodzie i nie wyobrażam sobie wykonywania go dalej na tych warunkach. Dlatego jestem za strajkiem.
– Znajomi wiele razy radzili mi, żebym rzuciła to wszystko i poszła do korporacji – dopowiada Marta.
– Skłamałabym, mówiąc, że o tym nie myślałam. Koleżanki, które tak wybrały, biorą kredyty mieszkaniowe i wyjeżdżają na wakacje, a ja ledwo się spinam z budżetem pod koniec miesiąca. Lubię uczyć, chcę móc to robić dalej.

„Ile godzin pracuje nauczyciel tygodniowo? 10, 8, 12? Niech nauczyciele tak nie narzekają, zawód przecież można zmienić”, „Ledwo z domu wyjdziecie, a już wracacie. W sklepach ludzie dłużej robią zakupy, niż wy jesteście w pracy”, „Każdy pracuje w tygodniu minimum tyle, ile nauczyciel w miesiącu. Doskonalenie mają gratis (…). Jeżdżą na wycieczki, czasem na krajowe, ale za to nie płacą, należy im się, na zagraniczne też jeżdżą” – to tylko niektóre opinie o nauczycielach i ich pracy krążące po internecie.
Jeśli wiedzę o powodach strajku nauczycieli brać z internetu i wypowiedzi niektórych przedstawicieli rządu, jawi się on jako wyraz lenistwa, roszczeniowości i nieodpowiedzialności – oto nauczyciele, którzy i tak pracują mniej niż cała reszta, sabotują egzaminy swoich uczniów.
Nauczycielski protest brzmi jednak całkiem inaczej w świadectwach samych nauczycieli i nauczycielek. Z goryczą mówią o frustracji, biurokracji, eksploatacji i upokorzeniu.

Pani od wszystkiego

– Tu nie chodzi o zarobki, chodzi o całokształt – Agnieszka Wojnarowska, polonistka z 20-letnim stażem pracy, wygląda na zniecierpliwioną. – Przychodzę na godz. 8.00 trzy razy w tygodniu, pracuję wtedy do 16.30, licząc zajęcia dodatkowe dla uczniów. Przerwy – owszem, są. Jeśli akurat dyżur jest spokojny, żaden rodzic nie przychodzi ze sprawą i nigdzie nie trzeba interweniować, to zdążę zjeść kanapkę i skorzystać z toalety. Wracam do domu, czując się jak zwłoki, a jeszcze muszę sprawdzić wypracowania i przygotować się do następnego dnia. Jestem jednocześnie nauczycielką, ciocią, psycholożką i urzędniczką, która ma się sama monitorować i opisywać.
– Prowadzenie lekcji nie polega na siedzeniu i przemawianiu – tłumaczy Karol Michalak, geograf z warszawskiej podstawówki. – Żeby przez 45 minut utrzymać uwagę trzydzieściorga 11-latków, trzeba się wysilić: nie tylko mówić dość głośno, żeby każdy usłyszał, ale np. chodzić po klasie. Przez 45 minut jestem aktorem, który odgrywa napisany wcześniej scenariusz, niezależnie od tego, jak się czuje i czy ma dobry dzień. Muszę przy tym zadbać, żeby każdy nadążał i pracował: słabszemu wyjaśnić drugi raz, a mocniejszemu dać coś dodatkowego, żeby się nie nudził. A mówimy tu wyłącznie o czasie przy tablicy, który stanowi mniej niż połowę etatu. Przerwy mamy tylko teoretycznie. Często dopiero po lekcjach możemy usiąść z koleżankami w pokoju nauczycielskim, żeby zjeść przygotowane rano kanapki. Zupełnie nie pracuję jedynie w sobotę. W niedzielę odpowiadam na mejle rodziców i przygotowuję się na poniedziałek. Wyszłoby jakieś
50 godzin pracy tygodniowo.
– Bardzo bym chciała, żeby ktoś kazał mi siedzieć w szkole osiem godzin dziennie pięć dni w tygodniu, a po godz. 17 zwolnił mnie z pracy i zadań domowych. Tylko obawiam się, że wtedy zawaliłby się cały system, bo on działa dlatego, że tak naprawdę pracujemy więcej niż 40 godzin – dodaje Agnieszka Wojnarowska. – Jasne, że są wakacje. Ale są też rady i zebrania trwające do godz. 20 czy 21. I wycieczki, kiedy jesteśmy w pracy 24 godziny na dobę, bo w nocy mamy dyżury. Nie dostajemy za to żadnych dodatkowych pieniędzy. Materiały, których używamy na lekcji, również mamy najczęściej własne – nie chodzi tu tylko o podręczniki czy książki, ale o nożyczki, kleje czy kredki.
– Wielkim mitem jest przekonanie, że kończymy pracę wtedy, kiedy kończą się lekcje – potwierdza Joanna Szczepańska, nauczycielka edukacji wczesnoszkolnej, w zawodzie od 30 lat. – Sam czas spędzony w szkole jest bardzo intensywny, a dochodzą do tego godziny przepracowane w domu, których nikt nie liczy. Mówię tu nie tylko o sprawdzianach, ale chociażby o kontaktach z rodzicami. Koleżankom mającym wychowawstwo nierzadko zdarza się odbierać telefony od rodziców w niedzielę wieczorem. Kiedyś tego nie było. Mamy też do wypełniania coraz więcej dokumentów – co kilka lat wchodzi nowy przepis, z którym musimy być na bieżąco, żeby wszystko zrobić poprawnie. Tylko że nie da się jednocześnie być skupionym na papierach i na dziecku. To nie tak, że od dwóch lat robiłam to wszystko, po cichu myśląc o strajku. Każdy chce wypełniać swoje obowiązki jak najlepiej. Coś w końcu pękło.

Według art. 42 Karty nauczyciela w ramach 40-godzinnego etatu nauczyciel „zobowiązany jest realizować: (…) zajęcia dydaktyczne, wychowawcze i opiekuńcze, prowadzone bezpośrednio z uczniami lub wychowankami albo na ich rzecz (w ramach pensum – przyp. KW), inne czynności i zajęcia wynikające z zadań statutowych szkoły (…), zajęcia i czynności związane z przygotowaniem się do zajęć, samokształceniem i doskonaleniem zawodowym”. W Karcie wymienionych jest 15 obowiązków nauczyciela, z czego jedynie dwa są wypełniane „przy tablicy”: prowadzenie lekcji i realizacja programu. Wśród pozostałych punktów figurują m.in.: „troska o bezpieczeństwo uczniów w czasie zajęć dydaktycznych, na przerwach śródlekcyjnych, a także na wycieczkach, rajdach i uroczystościach szkolnych”, „wspieranie swoją postawą i działaniami pedagogicznymi rozwoju psychofizycznego uczniów, ich zdolności i zainteresowań”, „służenie uczniom szkoły pomocą w rozwiązywaniu problemów osobistych i związanych z nauką” czy „inne prace zlecone przez dyrektora”.

Za realizowanie tych obowiązków nauczyciel dostaje od 1834 do 2492 zł netto – tyle wynosi jego wynagrodzenie zasadnicze. Jednak górna granica dotyczy jedynie nauczycieli z najwyższym stopniem zawodowym. A zdobywanie kolejnych stopni jest rozłożone w czasie, w dodatku coraz dłuższym. Jak bowiem informuje Związek Nauczycielstwa Polskiego, staż pracy uprawniający do ubiegania się o najwyższy stopień zawodowy został zmieniony z 10 lat na 15. De facto oznacza to zamrożenie pensji na okres o ponad pięć lat dłuższy.

Poza pensją zasadniczą są wprawdzie jeszcze tzw. dodatki. Jednak w większości nie przekraczają kilkudziesięciu złotych. Wyjątkiem jest tzw. dodatek motywacyjny, który sięga niekiedy 300 zł, ale jego wysokość zależy od zamożności wypłacającego go samorządu – im bogatszy region, tym większy dodatek motywacyjny. Wszystkie te zmienne sprawiają, że zasady wynagradzania nauczycieli są nietransparentne – żaden z cytowanych nauczycieli nie był w stanie określić, ile zarabiają inni.

„Według GUS przeciętne wynagrodzenie w grudniu 2018 r. wyniosło 5274,95 zł, czyli o 6% więcej niż rok wcześniej. Wynika z tego, że nie dość, że nauczycielskie pensje są niższe niż średnia krajowa, to – porównując je do nowej średniej krajowej – są niższe o 1-2% niż w zeszłym roku. Co oznacza, że nauczyciele nie tylko zarabiają mniej niż reszta obywateli, ale dostali też mniejsze podwyżki niż wszyscy inni”, mówił Marek Pleśniar, dyrektor biura Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty (PRZEGLĄD nr 12).

Wszyscy pytani nauczyciele i nauczycielki podkreślają jednak, że „nie tylko o pensje chodzi”. Choć głównym postulatem strajkujących są podwyżki, słowo całokształt najlepiej określa powód ich frustracji.

– Mam za sobą dwa lata w zawodzie i żadnej zdolności kredytowej. Mieszkanie wynajmuję z kolegą, o wyjeździe na wakacje nie ma mowy, mimo że jestem geografem i powinienem od czasu do czasu gdzieś pojechać – mówi Karol Michalak. – Jesteśmy traktowani jak misjonarze, którym za zapłatę powinno wystarczyć „spełnianie się w swojej pasji”. Jasne, że to moja pasja, ale chciałbym też kiedyś założyć rodzinę.

– W utrzymaniu się ciągle pomagają mi rodzice, choć mam prawie 30 lat. To upokarzające – Marta, anglistka ucząca od pięciu lat, chce pozostać anonimowa. – Bardzo wiele moich koleżanek z pracy jest finansowo zależnych od swojego partnera. Czyli co – albo znajdę sobie normalnie zarabiającego męża, albo do emerytury będę się zastanawiać, czy stać mnie na obiad na mieście?

Z pretensjami do mnie

– Jasne, że zarobki są ważne – przyświadcza Kaja Rupocińska, anglistka w liceum (15 lat pracy w szkole). – Jeśli nauczycielka po 20 latach pracy zarabia 2,5 tys. na rękę, to jest po prostu niegodne. Godność zawodu przekłada się więc na zarobki.

Marta: – Przez „godne warunki pracy” rozumiem, rzecz jasna, również zarobki. Ale także to, że tworzy mi się takie możliwości, żebym mogła wykonywać swoją pracę jak najlepiej. A tak nie jest – nie mogę skutecznie uczyć języka w klasie 29-osobowej, w której poziom waha się między prawie początkującym a średniozaawansowanym. A jeśli nie uczę skutecznie – to ja jestem odpowiedzialna. To do mnie ministerstwo apeluje o niezadawanie prac domowych. To do mojej odpowiedzialności się odwołuje, kiedy organizowany jest strajk. Nie można na starcie pozbawiać ludzi narzędzi, wymagając jednocześnie, żeby wszystko zrobili tak, jak powinni.

– Bardzo chciałam pracować z dziećmi. Na studiach uczono nas, że trzeba mieć indywidualne podejście, że uczeń lepiej przyswaja materiał, kiedy pozwala mu się samemu docierać do różnych rzeczy, odkrywać je. Każdy więc wchodzi w ten zawód ze swoimi pomysłami i entuzjazmem. Po czym trafia na ścianę – opowiada z kolei Agnieszka Wojnarowska. – Okazuje się, że jedyne, co mogę zrobić przy tak przeładowanym programie i tak małej liczbie godzin, to po prostu podać uczniom materiał. A i tak nie daję rady omówić całości. 60% przerabiam wtedy, kiedy klasa jest dobra.

Karol Michalak: – Do niedawna miałem przerobić z uczniami typy krajobrazów, mając na to dwie godziny w tygodniu. Według nowego rozkładu mam tylko godzinę, ale program pozostał niezmieniony. Jeśli nie znajdę sposobu, żeby tę straconą godzinę zrobić z nimi dodatkowo, nie nauczą się tego. I razem zostaniemy za to rozliczeni – oni i ja.

Odpowiedzialność za wyniki w nauce spoczywa z kolei tylko na jednej osobie – jest nią nauczyciel. Powtarza się skarga, że wchodząc do zawodu, miało się ileś pomysłów, których zrealizować nie sposób. Ze słów nauczycieli opowiadających się za strajkiem przebija jednak coś więcej niż gniew i przemęczenie. „Jestem za strajkiem, bo dalej chcę uczyć”, „bo chcę, żeby ten system w końcu działał” – takie deklaracje pojawiają się właściwie we wszystkich nauczycielskich wyznaniach.

– Bardzo chciałem zostać nauczycielem – kończy Karol Michalak. – Ale mam przed sobą jeszcze 30 lat w tym zawodzie i nie wyobrażam sobie wykonywania go dalej na tych warunkach. Dlatego jestem za strajkiem.

– Znajomi wiele razy radzili mi, żebym rzuciła to wszystko i poszła do korporacji – dopowiada Marta. – Skłamałabym, mówiąc, że o tym nie myślałam. Koleżanki, które tak wybrały, biorą kredyty mieszkaniowe i wyjeżdżają na wakacje, a ja ledwo się spinam z budżetem pod koniec miesiąca. Lubię uczyć, chcę móc to robić dalej.

Fot. Maciek Jaźwiecki/Agencja Gazeta

Wydanie: 15/2019

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. Radoslaw
    Radoslaw 8 kwietnia, 2019, 12:12

    Mam mieszane uczucia co do formy i terminu protestu nauczycieli, ale ci, którzy proponują pedagogom, żeby zmienili zawód, poszli pracować „na kase do marketu”, powinni sie chyba zastanowić – kto wtedy bedzie uczył ich dzieci? Osoby, które nawet „na kase do marketu” sie nie nadają? (przy całym szacunku dla pań kasjerek i ich cieżkiej pracy). Troche w szkole pracowałem i zapewniam – poprowadzenie 45 min lekcji, jeśli chce sie to robić porządnie, to wysiłek odpowiadający 1.5h pracy biurowej. Poza tym w ciągu ostatnich 20 lat dramatycznie zmieniła sie (na gorsze!) mentalność tak dzieci, jak i rodziców. Jedni i drudzy traktują nauczycieli, jak sprzedawców w sklepie, którzy mają podać towar i nie zadawać pytań (nie mówiąc o wymaganiu czegokolwiek). Ciekawe, czy płacąc cieżkie pieniądze za korepetycje ci sami rodzice oczekują, że korepetytor „włoży wiedze do głowy” ich dziecku, bez żadnego wysiłku z jego strony? Jeśli na to liczą – to wyrzucają pieniądze w błoto. A potem wychowane w ten sposób pociechy trafią w dorosłe życie, w środowisko pracy, gdzie też bedą oczekiwać, że wszystko bedzie im podsuniete pod nos? Tylko ciekawe, kto bedzie „podsuwał pod nos”, jeśli wszyscy bedą takimi egoistami? Skończy sie (i to już widać) na bezwglednej walce o swoje, bez jakiejkolwiek umiejetności współpracy i kompromisu. A to jest stuprocentowo pewny przepis na kleske – dla wszystkich.

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. amelie2
    amelie2 8 kwietnia, 2019, 18:18

    Nauczycielom zależy niestety wyłącznie na wyższych zarobkach. Nie będę wyliczać przywilejów tego zawodu, bo znamy stworzoną przez nich kuriozalną kartę nauczyciela i system wymuszający korepetycje, które dają conajmniej drugą pensję.Poparłbym ich protest gdyby nauczycielom chodziło o dobro dzieci, a tylko przy okazji o podwyżkę zarobków. Tymczasem oni nie protestują przeciwko niekompetentnym urzędasom z administracji w szkolnictwie. Nie przeszkadzają im znajome królika w kuratoriach (spełniają rolę politycznych komisarzy) i fatalna minister oświaty, brak ich głosów krytykujących przygotowane na kolanie i debilne programy nauczania, nie przeszkadzają im katecheci w szkołach, którzy pełnią rolę sekretarzy POP PZPR w poprzednim ustroju. Wszystko dlatego, że większość nauczycieli trafiła do tego, niegdyś zaszczytnego zawodu z przypadku. Nie lubią dzieci, ta praca ich męczy, bo oni są do wyższych celów stworzeni. Nie dokształcają się, nie przygotowują się do lekcji, swoim zachowaniem nie dają dobrego przykładu młodzieży. Rodzice nie protestują bo się boją nauczycielskiej mafii.
    Wymuszane, a u niektórych nauczycieli wręcz obsesyjne przywiązanie do programów nauczania i konspektów sprawia często, że materiał jest przerabiany za szybko, nie uwzględniając, że ktoś może nie nadążać. Szkoła, która ma rozwijać, często hamuje naturalny rozwój dziecka. Szkoła skutecznie zniechęca do samorozwoju i poszukiwania własnych rozwiązań. Kto wymaga aby nauczyciel pozbawiał dzieci umiejętności myślenia samodzielnego i zamiast tego nauczyć ich, że zawsze należy tańczyć, jak nam grają? We wszystkich przedmiotach dzieci uczy się rozwiązywania testów, a nie uczy się samodzielnego myślenia. To służy przygotowywaniu przeszłych pokoleń do roli tępego suwerena, który nawet z dyplomem magistra będzie półanalfabetą i głupkiem

    Odpowiedz na ten komentarz
  3. amelie2
    amelie2 8 kwietnia, 2019, 18:27

    Nie miałbym nic przeciwko zarobkom nauczycieli na poziomie 8 – 10 tysięcy złotych. Ale bez żadnej karty nauczyciela, reliktu czasów socjalizmu, gdy wszyscy mieli jednakowe żołądki i wszystkim należała się taka sama podwyżka zarobków. Zatrudnienie na kontraktach , tak jak szefowie firm, albo trenerzy. Nie ma wyników, nie ma przedłużenia kontraktu. Żadnych korepetycji „na boku”. Jeśli uczeń sobie nie radzi to nauczyciel z nim pracuje dodatkowo w szkole, a nie wysyła do koleżanki na korki. Tak jest w normalnych krajach, ale nam w Polsce niestety daleko do normalności

    Odpowiedz na ten komentarz
    • mama moich dzieci
      mama moich dzieci 9 kwietnia, 2019, 00:46

      Zgadzam się z tym komentarzem! Na fb pewna nauczycielka nazywa matki dzieci „paniusiami” które „tylko piją kawkę” lub „gonią za kasą” pracując w różnych firmach przynoszących większy dochód niż myśli ze ma nauczyciel. Jest to oburzające!! Jestem matką dwójki dzieci, samotną matką i jest mi bardzo ciężko, pracuje ponad siły aby zapewnić dzieciom godne życie, ojciec dzieci znany chirurg nie chce nawet alimentów płacić, nie utrzymuje kontaktu z dziećmi, cały trud wychowania i utrzymania leży na mnie. Należę do zawodów zaufania publicznego, tez chciałabym mieć podwyżkę! Teoria że praca biurowa jest lżejsza od pracy w szkole to tylko… teoria, mająca się nijak do rzeczywistości. Na pracownikach biurowych tez spoczywa duża odpowiedzialność, praca w biurze to mobbing, wyścig szczurów, zostawania po godzinach bez dodatkowej zapłaty, ze strachu przed utratą pracy. U mojego syna w liceum nauczycielka z matematyki i nauczyciel z historii się nienawidzą. Wiedza o tym wszystkie dzieci i po cichu opowiadają rodzicom, że czują się jak ich „mięso armatnie” gdyż nauczyciele walczą między sobą i robią sobie różne złośliwości używając do tego celu swoje klasy!! Jak pani z matematyki ma zastępstwo to pan z historii zabiera dzieci np na wycieczkę aby uniemożliwić jej prowadzenie lekcji. Rodzice boją się reagować z obawy przed zemstą na ich dzieciach. Jak syn był w podstawówce, Pani nauczycielka krytykowała dzieci na wywiadówce że to ich wina że nie są ze sobą zżyci, że w klasie są szykany! Mówiła że to „po prostu taka klasa się jej trafiła”! Nigdy nie reagowała na prośby rodziców o interwencje kiedy dziecko było gnębionej przez inne dzieci! Mówiła że to ich sprawa i powinny dzieci same między sobą to rozwiązać!! Że ona właśnie wychodzi bo skończyła już prace i ma życie prywatne. A prośba była o pomoc. Ja też nie mam kiedy zjeść kanapki, często nawet kanapkę jem na raty! Z braku czasu! Kęs teraz, kęs za godzinę! Bo nie mogę sobie zrobić przerwy nawet. Bo ktoś na mnie zawsze czeka i raz nawet zostało skomentowane że aż 15 minut byłam w toalecie jak mnie brzuch bolał! Wiadomym już jest, że dziecko ma lepsze stopnie jak się wykupi prywatne lekcje u danego nauczyciela. Wtedy nawet jak nie umie to traktowane jest pobłażliwie, inne dzieci to widza i jest im przykro, dzieci rodziców których nie stać na prywatne korki. Ale oczywiście niesprawiedliwym byłoby generalizowanie! Bardzo doceniam tych ludzkich serdecznych oddanych nauczycieli, dzięki którym dzieci naprawdę otrzymują wiedzę. Ale są tez tacy, których dzieci się boją!! A tak „chyba” nie powinno być?! Pisze ten komentarz bo mi też przelała się czara goryczy. Wszyscy na tym samym wózku jedziemy i wszyscy potrzebujemy podwyżek. Z wyrazami ogromnego szacunku i wdzięczności dla tych prawdziwych nauczycieli z powołania, którzy tak jak my samotne matki pracują w pocie czoła. P.S. Nie pamietam już kiedy byłam na urlopie. Pozdrawiam serdecznie wszystkich.

      Odpowiedz na ten komentarz
  4. iz29
    iz29 10 kwietnia, 2019, 21:29

    To ciężka i słabo wynagradzana praca (podobnie jak i wiele innych prac w Polsce), jednak narzekanie na przychodzenie do pracy „aż” trzy razy w tygodniu po osiem godzin, to już chyba lekka przesada.

    Odpowiedz na ten komentarz
  5. do roboty
    do roboty 21 kwietnia, 2019, 15:51

    Niech Broniarz pochwali się na jakich warunkach zatrudnia nauczycieli w szkołach prowadzonych przez ZNP ( niech pochwali się jaki jest tam procent śmieciówek, umów o pracę i czy stosuje Karte Nauczyciela). Banda hipokrytów, nieuków ( dotyczy głównie dziadostwa z prowincjonalnych szkół ) i pieszczosków, którzy nie zaznali innej pracy poza pracą w państwowym szkolnictwie.

    Jedynymi nauczycielami, którym współczuję, są nauczyciele np. pracujący w szkołach prowadzonych przez ZNP. Ale tam strajku nikt nie zrobi, bo szybko pożegna się z pracą.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy