Tego jeszcze nie było

Tego jeszcze nie było

Nie jest prawdą, że wszystko już było w telewizji. Na przykład nigdy tak nie było, żebyśmy zamiast telewizji publicznej mieli narodowy teatr kukiełkowy, który od 22 miesięcy odgrywa jedno i to samo przedstawienie tego samego autora, reżysera i właściciela teatrzyku jednocześnie, ze zmieniającymi się tylko elementami gałganiarstwa. To jest, trzeba przyznać, zawstydzający wkład nowogrodzkiej myśli programowej do światowego dziedzictwa, ale telewizyjna innowacja jak najbardziej bez precedensu.

Korytarze na Woronicza zwykle reagowały na nowości antenowe tak, żeby sobie autor nie pomyślał, że coś nowego wymyślił. Zawsze najdonioślej rozlegały się tam jęki zazdrości w opakowaniu pogardy, w stylu: ale to już było! Teraz pewnie na tych korytarzach jest głucho, bo każdy widzi, że tego, co jest, naprawdę nigdy nie było. Narodowy demon wygonił ducha wolności.

Nie jest więc prawdą, że wszystko już było. Przeciwnie, pierwsze dni grudnia, adwent w Kościele, przynoszą także nadspodziewanie nowe obietnice telewizyjne. Pilny czytelnik PRZEGLĄDU, który kupił ten numer w poniedziałek, 4 grudnia, jeszcze dziś o 22.00 w TTV, w moim telewizorze kanał numer 17, zobaczy pilota cyklu „Pół żartem, pół serio”. W tej stacji niemal od zawsze coś się dzieje i aż mi głupio, że kilku osobowościom i tytułom nie poświęciłem więcej uwagi do tej pory. A jest już pierwszy, poważny sukces frekwencyjny. W październiku TTV wysforowała się na czoło kanałów tematycznych w ocenie widzów w przedziale wiekowym 16-49 lat.

Nowy program TTV nie jest oryginalnym pomysłem nadwiślańskim, ale urodził się niedaleko mentalnie, bo nad Tamizą. Nawet tytuł ma drugiej świeżości, ale nie obrażą się chyba właściciele amerykańskiego filmu „Some Like It Hot”, bo może dawno zapomnieli, że w Polsce ich słynne dzieło miało w tytule dwa razy pół, pięć nieznanych liter i tylko jedno zrozumiałe słowo. Mimo obu grzechów pierworodnych format ma prawo do pełnego obywatelstwa polskiego, bo wiem, ile się trzeba narobić, żeby przysposobić tak wymagającą rzecz jak „Common Sense” nadawany przez BBC Two do wymagań polskiego odbiorcy.

Chwalę dzień przed wschodem słońca, bo polecam program, którego sam jeszcze nie widziałem, ale mam zaufanie do realizatorów, którzy podjęli się piekielnie trudnego zadania. Sam z przyjemnością obejrzę rozmowy o polityce bez polityków i coraz bardziej bezradnych politologów. Bez nażelowanych fryzur, chińskich krawatów i śnieżnych implantów. I bez kogucizmu (termin pożyczam od pani Barbary Labudy). Bo bardziej dzisiaj wierzę w wartość telewizyjną intuicji zwykłych ludzi niż uczonych wywodów odklejonych od elementarnych uczuć.

Skąd stacja weźmie tych zwykłych ludzi? Z castingu oczywiście, który dzisiaj jest lepszym sposobem wyboru przedstawicieli niż partyjne listy wyborcze, bo honoruje i premiuje różne rodzaje miłości, nie tylko słabość do kotów.

Angielski oryginał przyciąga widzów tytułowym zdrowym rozsądkiem (common sense), który w potocznej polszczyźnie najtrafniej oddawałoby powiedzenie „na chłopski rozum”. Polski użytkownik formatu wybrał „Pół żartem, pół serio”, czyli skręcił w uliczkę obstawioną wieloma znakami drogowymi, żeby każdy mógł sobie wybrać, które respektuje, a które ma w nosie. Warto obejrzeć ten program choćby dlatego, żeby się dowiedzieć, czy istotnie chłopski rozum już przestał być u nas w cenie. Nie wiem, czy nadawca przewiduje w nowym cyklu dialogi środowiskowe albo zawodowe w chłopskiej izbie bądź zagrodzie. Byłoby ze szkodą dla programu, gdyby zapomniał i gdyby się okazało, że całe to niedawne narodowe czytanie „Wesela” do niczego się nie przydało.

Zdrowy rozsądek pasuje do dzisiejszej polityki jak pięść do nosa. Z pewnością jest jej śmiertelnym wrogiem. Więc, na miłość boską, chyba nie utracił wartości marketingowej, droga TTV! A jeżeli ma być jeszcze bardziej ironicznie, niż potrafią to robić Anglicy, a kochają Polacy, niech ten serial się nazywa „W niewoli zdrowego rozsądku”.

Wydanie: 49/2017

Kategorie: SZOŁKEJS

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy