Telefonogramy i raporty

Telefonogramy i raporty

Od początku w organizacji walki z pandemią wykorzystywano kanały informacyjne tajnych służb

Dr Grażyna Trzaskowska z Archiwum Państwowego we Wrocławiu

Jest pani autorką kilku opracowań na temat epidemii czarnej ospy we Wrocławiu w 1963 r. Czy z archiwalnych dokumentów wynika, co sprawiło, że wrocławianom udało się uporać z epidemią błyskawicznie, w dwa miesiące? Wiemy, że Sztokholm potrzebował na to czterech miesięcy, a Londyn aż roku.
– Jednym z czynników sukcesu było na pewno tempo walki z pandemią, które rzeczywiście może imponować. Czarną ospę rozpoznano 15 lipca 1963 r. Zrobił to Bogumił Arendzikowski, lekarz wrocławskiego sanepidu. I choć nie brakowało sceptyków – medycy nie bardzo mu wierzyli – do akcji przystąpiono błyskawicznie. Jeszcze tego samego dnia poinformowano władze partyjne i Służbę Bezpieczeństwa. Nazajutrz rano o ospie wiedzieli już premier Józef Cyrankiewicz oraz minister zdrowia Jerzy Sztachelski. I do razu zaczęli działać. Natychmiast zapadła decyzja o rozpoczęciu ogólnopolskiej akcji „Ospa”. Zdawano sobie sprawę, że późno zdiagnozowana choroba mogła zostać rozniesiona po Polsce. We Wrocławiu szczepienia rozpoczęto już 17 lipca. W ciągu dwóch pierwszych dni zaszczepiono ok. 100 tys. wrocławian. Błyskawicznie otwarto szpital ospowy dla osób z potwierdzoną ospą oraz izolatoria, w których na 21-dniową kwarantannę umieszczano ludzi mających kontakt z chorymi. Kwarantanną obejmowano również całe obiekty: szpitale, szkołę pielęgniarek, a nawet żłobek. A pięciodniowej domowej izolacji poddawano osoby, które tylko zetknęły się z ludźmi trafiającymi do izolatoriów. Szczepienia ruszyły także w innych województwach, najbardziej masowo na Opolszczyźnie i w Warszawie. Poza Dolnym Śląskiem przygotowywano też obiekty na szpitale ospowe i izolatoria na wypadek rozszerzenia się epidemii.

Dlaczego lekarze nie chcieli uwierzyć w diagnozę dr. Arendzikowskiego?
– Bo ospa prawdziwa uchodziła wtedy w Polsce za chorobę egzotyczną, chociaż po II wojnie światowej epidemie tej śmiertelnej choroby lub jej pojedyncze przypadki potwierdzono w kilkunastu krajach europejskich. W 1962 r. do Polski wirusa ospy prawdziwej (variola vera) przywieźli marynarze na statku, który zacumował w Gdańsku. Ponad 20 z nich zachorowało. Z zarazą szybko uporał się gdański Zakład Medycyny Tropikalnej, którego lekarze specjalizowali się w leczeniu tej choroby. Mimo to władze uważały, że groźba rozwoju epidemii jest znikoma. Dlatego nie podjęto wówczas żadnych kroków, by wypracować skuteczne metody jej zwalczania. Czyli w Polsce tylko nieliczni lekarze zetknęli się z tą chorobą, widzieli choć raz, na własne oczy, jej kliniczny obraz. To był efekt braku szkoleń w kierunku leczenia czarnej ospy, dostępu do literatury fachowej, staży zagranicznych dla lekarzy itp.

Ale nawet w Gdańsku nie rozpoznali ospy u pacjenta zero – agenta wywiadu Bonifacego Jedynaka, który przywiózł ospę z Indii.
– Skupili się na malarii, na którą też chorował. I najprawdopodobniej ospa u niego nie przebiegała w charakterystyczny sposób. A może był tylko jej nosicielem? Ospa jest bardzo trudna do diagnozy. Lekarze mówią, że ilu jest pacjentów, tyle postaci tej choroby. Również dlatego diagnoza Arendzikowskiego początkowo natrafiła na tak wielkie niedowierzanie. Nie ufano nawet wynikom badań laboratoryjnych. Kluczowe dla diagnozy – jak się wydaje – okazało się powiązanie pięciorga pierwszych chorych na ospę: Bonifacego Jedynaka i salowej, która sprzątała jego szpitalną izolatkę i przekazała chorobę swojemu synowi, córce oraz swojemu lekarzowi, Stefanowi Zawadzie.

Analizowała pani także dokumenty Służby Bezpieczeństwa. Jaką rolę odegrała podczas epidemii?
– Wpływ SB był duży. Negatywny i pozytywny. Z jednej strony, SB zadbała, żeby całkowicie utajnić informacje o pacjencie zero. Co, jak wiemy, bardzo utrudniło lekarzom rozpoznanie epidemii ospy, które – w rezultacie – nastąpiło dopiero po 46 dniach. Z drugiej strony – w organizacji walki z pandemią od początku wykorzystywano kanały informacyjne tajnych służb. Służbowymi telefonogramami bardzo sprawnie komunikowano się w dzień i w nocy. Tajne służby zajęły się nie tylko przepływem informacji między instytucjami, ale również koordynacją działań. Agenci brali udział we wszystkich naradach koordynująco-informacyjnych, które odbywały się w dwóch pionach – służby zdrowia i władz miejskich. Ten ostatni pion zajmował się organizacją zaplecza informacyjno-administracyjnego akcji. Bo właśnie miasto koordynowało pracę różnych służb, organizowało m.in. telefony, transport. Warto wspomnieć, że na potrzeby akcji „Ospa” rekwirowano samochody należące do zakładów pracy.

Dyrektorzy nie protestowali?
– Opornych zamierzano karać w ciągu 24 godzin, prawdopodobnie grzywną. Rozważano też publikację tego faktu w prasie codziennej, ale ostatecznie z tego zrezygnowano.

Co pisali agenci w raportach?
– Nie spotkałam się z opiniami krytycznymi na temat działań służby zdrowia. Za to sporo jest informacji na temat nagannych zachowań zwykłych ludzi. Krytyki nie szczędziły także władze partyjne na swoich zebraniach. Przede wszystkim narzekały, że wrocławianie panikują. A przecież – ich zdaniem – prawdopodobieństwo zarażenia ospą było mniejsze niż prawdopodobieństwo wypadku drogowego. Mówiono, że coraz bardziej utrudnione stają się kontakty handlowe Dolnego Śląska. Bo zaopatrzeniowcy wyjeżdzający z Wrocławia są traktowani nieufnie. Ludzie boją się kontaktów nie tylko z wrocławianami, ale i z towarami pochodzącymi z Wrocławia czy okolic. Z poufnych materiałów SB możemy poza tym się dowiedzieć, że ludzie więcej piją, bo wierzą, że alkohol jest skutecznym lekarstwem na ospę. Pojawia się tam stwierdzenie, że teraz piją nawet ci, którzy dotąd unikali alkoholu. Z milicyjnych raportów wiemy o przemycaniu wódki do izolatoriów, o burdach, jakie wywoływali pijani pacjenci. I że personel nie dawał sobie rady. Dlatego we wrocławskiej izbie wytrzeźwień przy ul. Sokolniczej pod koniec lipca zorganizowano karne izolatorium i tam przewożono, jak to określano, „osoby trudne”.

To zapewne służby stały za wyjątkowo oszczędną polityką informacyjną w mediach?
– Oczywiście. Celem informacji miało być uspokojenie ludzi. Władza bardzo bała się wybuchu paniki i konieczności wprowadzenia dotkliwych restrykcji sanitarnych. Sądzono, że groziłoby to zamknięciem zakładów pracy, a w konsekwencji kryzysem gospodarczym.

m.piszcz@tygodnikprzeglad.pl

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 15/2021, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. archiwum prywatne, Archiwum Państwowe we Wrocławiu

Wydanie: 15/2021

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy