prof. Richard Pipes

prof. Richard Pipes

Rozmowa z prof. Richardem Pipesem, historykiem i politologiem Harvard University

Amerykanie pokazali, że bardziej interesują ich sukcesy w walce z terroryzmem niż z recesją – mówi

– Czy spodziewał się pan takiego wyniku wyborów? Pełnia władzy dla Republikanów. Biały Dom, Izba Reprezentantów i Senat w jednych rękach.
– Nie, czegoś takiego się nie spodziewałem. Zakładałem, że w izbie niższej Republikanie zachowają większość, ale że Senat należeć będzie do Demokratów. Podczas wyborów parlamentarnych w połowie kadencji prezydenckiej (middterm election) jest regułą, że partia prezydencka traci. Odwrotna sytuacja jest dużą rzadkością. Republikanom zdarzyło się to ostatnio w 1934 r.! Zaryzykuję twierdzenie, że nawet sami Republikanie czegoś takiego się nie spodziewali. Trzeba jednak uczciwie dodać, że to nie jest jakiś przygniatających triumf.
– Zdefiniujmy zatem wynik.
– Wielkie zwycięstwo George’a W. Busha, bardzo duży sukces Partii Republikańskiej i dotkliwa porażka Demokratów.
– Przyczyna?
– Prezydentowi udało się przekonać kraj do wojny z terroryzmem jako ważniejszej niż ekonomia. Demokraci uparcie eksponowali „przejedzenie” nadwyżki budżetowej pozostawionej przez Clintona, obniżenie wskaźników ekonomicznych: wzrost bezrobocia i inflacji. W tym samym czasie Bush i jego gabinet podkreślali, że nie ma nic ważniejszego niż prestiż Stanów Zjednoczonych, który ucierpiał po atakach 11 września 2001 r., a na pewno nie wzrósł po braku sukcesu w ściganiu Osamy bin Ladena. Bush mówił, że jest… wojna, a Demokraci tego nie rozumieli.
– Rozumiem, że takie wynik wyborów w USA jest bardzo złą wiadomością dla Iraku.
– Moim zdaniem, interwencja w Iraku jest nieuchronna. Danie nauczki Husajnowi, sponsorowi terroryzmu demonstracyjnie lekceważącemu decyzje ONZ i naigrywającemu się z Ameryki, Bush uczynił celem politycznym i zaangażował w to swój autorytet. Niedoprowadzenie do finału tego zamiaru byłoby kompromitacją. Przypomnijmy, że ojciec dzisiejszego prezydenta też popełnił „grzech zaniechania”, nakazując przerwanie ofensywy gen. Normanowi Schwartzkopffowi, gdy jego żołnierze widzieli już światła Bagdadu. Potem wiele razy publicznie przyznawał się do błędu, który – notabene – legł u podstaw jego porażki wyborczej z Billem Clintonem w 1992 r.
– Czyli pora wyrównywania rachunków rodzinnych.
– W jakimś sensie. Nie należy lekceważyć czynnika psychologicznego w polityce.
– Spodziewa się pan, że teraz ONZ przyjmie rezolucję w sprawie Iraku w wersji, na jakiej zależy Stanom Zjednoczonym i Wielkiej Brytanii?
– W łonie ONZ i samej Rady Bezpieczeństwa dominujący był nurt retoryczny prezentujący Busha jako przywódcę idącego pod prąd opinii własnego społeczeństwa. Prącego do wojny awanturnika. Wyniki wyborów weryfikują słuszność takich opinii w sposób oczywisty. ONZ ma teraz do czynienia nie tylko z polityczną wolą Busha, ale z wolą Amerykanów. To już o wiele trudniej zignorować czy przeciwstawić się temu. Reasumując, rezolucja będzie dawała Stanom Zjednoczonym wyposażenie do interwencji.
– Czy zwycięstwo Busha i Republikanów cieszy Europę?
– Zależy kogo… Spodziewam się, że w Paryżu i Berlinie teraz mają ból głowy, bo uważali tam Busha za „matołka”, bez szerszego poparcia społecznego, który dąży do awantury międzynarodowej. Teraz wymaga to przynajmniej zastanowienia. Inne nastroje są pewnie w Rzymie, Madrycie i… Warszawie…
– …która jest amerykańską opoką na Starym Kontynencie.
– I bardzo dobrze, że tak jest. Poparcie Polski dla polityki George’a Busha nabiera teraz zupełnie innych barw. Dla polskich partnerów w Europie, dla Ameryki i dla samej Polski.
– Co z Moskwą? Putina też boli głowa?
– Niekoniecznie. Wsparcie społeczne dla ostrego, wyrazistego kursu polityki wobec wrogów Ameryki będzie z pewnością pociągającą paralelą dla Putina. Kreml nie rozpacza z powodu sukcesu Republikanów na Kapitolu.
– Chodzi o utożsamienie terroru muzułmańskiego przeciw Ameryce z terrorem czeczeńskim w Rosji?
– O to właśnie chodzi. Ale oba terrory są podobne jedynie w obszarze instrumentów. Powody są odmienne. Amerykanie aby „uniknąć” ataków – według bin Ladena i mułły Omara – powinni przejść gremialnie na islam, zrezygnować z własnej tożsamości i tępić inne religie (tak jak zdrajca John Walker Lindh). Rosjanie z kolei – zdaniem Maschadowa czy Basajewa – oddać Czeczenię. Różnica jest taka, że Ameryka nie może „uniknąć” ataków bez samodestrukcji, a Rosja – może. Problemem jest jednak cena. Wedle Moskwy, zdecydowanie wygórowana, jeżeli miałaby nią być pełna niepodległość Czeczenii. Do przyjęcia wydaje się autonomia czy jakaś forma nieformalnej niepodległości. I to jest kwestią rozwiązań politycznych. Ameryka takiego pola dla rozwiązań politycznych nie ma, bo nas się zabija za sam fakt bycia Amerykanami, osobnikami kumulującymi wszelkie zło, w interpretacji muzułmańskich dewiantów. Taka jest różnica wyznaczająca odmienność opcji.
– Rezultat wyborów pokazuje, że nietrafne są dawne etykietki izolacjonistyczne przypinane Republikanom.
– Trafna uwaga. Jeszcze 50 lat temu Republikanie byli izolacjonistami i uważali, że Ameryka powinna skoncentrować się na sobie i nie angażować się w sprawy zewnętrzne, bo z tego wynikają problemy. Demokraci reprezentowali inną politykę – otwarcia na świat. Nie tylko to. Partia Demokratyczna była partią narodową. Narodową w tym znaczeniu, że eksponowała interesy całej Ameryki jako nadrzędne. Dziś Demokraci są partią specjalnych interesów. Afroamerykańskich, meksykańskich, portorykańskich, związkowych, feministycznych, mniejszości seksualnych, artystycznych itd. Z kolei Republikanie przeszli na dawne pozycje Demokratów, stając się partią narodową. Walnie do tego przyczyniła się tragedia 11 września. Z kolei Partia Demokratyczna popadła w izolacjonizm. Jego głównym przejawem i równocześnie przyczyną wtorkowej porażki było niewłaściwe odczytanie nastrojów elektoratu. Potrzebującego dziś terapii siły. Bycia dumnym z Ameryki, która nie daje sobie w kaszę dmuchać…
Nowy Jork

 

 

Wydanie: 45/2002

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy