Testament Religi

Testament Religi

Profesor Religa tak jak się przygotowywał do niezliczonych operacji, tak przygotował nas też na to, że odejdzie. Mimo bólu i cierpienia odchodził z niezwykłą godnością. Walcząc z chorobą, dawał wszystkim nadzieję, że można ją pokonać. A jeśli nawet się nie uda, to śmierć jest przecież naturalnym etapem w życiu każdego z nas.

Miesiąc temu wydrukowaliśmy długą rozmowę z Nim o życiu i śmierci, o chorobie, polityce i reformie służby zdrowia. Rozmowę bardzo osobistą, z dramatycznym wyznaniem „Koniec mnie nie przeraża”. A ostatnie słowa Profesora to odpowiedź na pytanie: A co dla Pana ma znaczenie? „Reforma zdrowia”. Te słowa to testament Zbigniewa Religi, który zostawił wszystkim, którzy Go szanowali, podziwiali i kochali. Lekarza z powołania. Do samego końca.
Byliśmy zaszczyceni, gdy w 2002 r. odbierał naszą redakcyjną nagrodę Busolę. W znakomitym zresztą towarzystwie Jacka Kuronia, Janiny Ochojskiej, Danuty Hübner i Janusza Gajosa. Napisaliśmy wówczas, że zawsze był pierwszy. Bo przeprowadził pierwszy w Polsce udany przeszczep serca, tworzył pierwsze sztuczne komory serca i pierwsze zastawki biologiczne. Jego dziełem była, i jest, zabrzańska Fundacja Rozwoju Kardiochirurgii, finansująca prace nad sztucznym sercem. Udało Mu się skupić wokół niej wybitnych lekarzy i naukowców. Nigdy nie miał kompleksów. Uważał, że polska kardiochirurgia może być na poziomie europejskim. I była. Wyznaczał sobie ciągle nowe, ambitne cele, bo jak mówił, \”walczyć trzeba o każde życie, nawet jeśli nie jesteśmy pewnie, jak długo potrwa\”. Skąd się brał ten Jego życiowy idealizm? Ważne przesłanie, busolę na całe życie wyniósł z rodzinnego domu. Pochodził bowiem z warszawskiej rodziny nauczycielskiej, a Jego matka była szanowanym dyrektorem znanej szkoły na Żoliborzu, gdzie też razem mieszkali. I jeśli ciągle pamiętamy o wspaniałej inteligencji żoliborskiej z tradycjami PPS-owskimi, to Religa z niej właśnie się wywodził. I na zawsze pozostanie jej wybitnym reprezentantem. Profesor był konsekwentnym ateistą. Uważał, że światopogląd jest wewnętrzną sprawą każdego człowieka. Nie wierzył, że po śmierci jeszcze coś jest. I może dlatego żył w tak szalonym tempie i wszystko traktował bardzo serio. A najpoważniej i najserdeczniej pacjentów. A że nie odkładał spraw na potem, to miał efekty swojej często katorżniczej pracy. Odchodził jako symbol tego, co w polskiej medycynie najlepsze. Najszlachetniejsze.
Pasjonował się piłką nożną. I znał się na niej nie gorzej niż na medycynie. Mógł o piłce dyskutować godzinami. A najbardziej cieszyły Go sukcesy Górnika Zabrze. Był z tym klubem na dobre i na złe.
Pytałem Go nieraz, po co mu ta nasza polityka. Wierzył, że w ten sposób może więcej zrobić dla służby zdrowia, dla chorych. Gotów był więc na kompromisy i paktowanie nawet z diabłem, byle móc coś ważnego załatwić. Do polityki wniósł swój osobisty autorytet, ambicję, upór i umiejętność porozumiewania się ponad podziałami partyjnymi. Wszędzie miał ludzi Mu życzliwych. Dobrze mówił o gen. Wojciechu Jaruzelskim i o Lechu Kaczyńskim. Z ogromnym żalem pożegnaliśmy Go na warszawskich Powązkach. Świecki, skromny pogrzeb z orkiestrą górniczą i Jego ulubioną melodią Louisa Armstronga zamknął to niezwykłe życie.

Wydanie: 11/2009

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy