Notatki z prowincji nad Bałtykiem

Notatki z prowincji nad Bałtykiem

Piękne plaże, piasek tak drobny, że czasami wchodzi między słowa. Latawce kupione w pobliżu ładne i tanie. Wysoko fruwają. Oczywiście chińskie.
Wieś kaszubska jeszcze sielska, z bocianami na prawie każdym kominie. A starych kominów tu 40. Sielska, gdyż o kilka kilometrów oddalona od morza, nie ma więc jeszcze najazdu turystów. Ale długo tak nie będzie. Wszystko, co niezatłoczone, przyciąga tłok, a jak za dużo tłoku, atrakcją staje się jego brak. Tak miejsca do tej pory puste stają się zatłoczone, więc nieznośne.
Codziennie wieczorem setka koni galopuje przed naszym oknem w tumanach kurzu na łąki, gdzie spędzają noc, także źrebaki i biały kucyk w środku grupy. Na końcu tej szalonej galopady pędzą na quadzie dwie wiotkie dziewczyny, powiewając złotymi włosami, z biczykami w dłoni.
Bryczka, mały tramwaj konny, wozi chętnych na plażę. Piesek przydrożny, którego wypatrzył kiedyś Miłosz, zmienił się w pieska bryczkowego. Taki sam od stuleci, biegnąc za powozem, zdaje się ogonkiem sterować tumanem kurzu. Jeśli nadarzy się okazja, wskakuje do bryczki.
Uderza czysta i żywa niechęć Kaszubów do PiS. Żałosny cynik Jacek Kurski, wypominając Tuskowi dziadka w Wehrmachcie, zrobił krzywdę własnej partii. Pamięć Polaków zwykle nie sięga daleko wstecz, drzewa genealogiczne też nam się popaliły, ale ludzie wiedzą, że z ich dziadkami różnie bywało. Tu niemal każdy miał kogoś w Wehrmachcie. Nasz gospodarz opowiada, że jego krewny walczył do końca, broniąc Helu, a potem jakby nigdy nic wcielono go do Wehrmachtu. To też są polskie losy, powszechniejsze, niż się zdaje. Ci ludzie intuicyjnie czują, jak głupia i niemoralna jest wizja Polski według pisowskiego, uproszczonego szablonu. Mają też silne poczucie polskości, ale otwartej. Nawet tu, na malutką wieś, w czasie stanu wojennego trafiały czasami druki podziemne, co stworzyło tradycje niezależnego myślenia.
Idąc do kur, gospodarz mówi do mnie i do świata: „Jak wezmą władzę, panie, to zmienią nam konstytucję, nie możemy do tego dopuścić. Biorą nas za idiotów, a my swój rozum mamy”.
Silna jest niechęć do Kościoła. Proboszcz ma dziecko, a niech sobie ma, każdemu się zdarza, ale powinien przejść do cywila. Taka obłuda nie przejdzie.
W skali całej polskiej prowincji takie myślenie, nawet jeśli jest w mniejszości, to wcale nie małej. Istnieje jakiś powód, może to forma doboru naturalnego, że liczni tu wczasowicze myślą tak samo jak gospodarz, co słychać w altanie, gdzie wieczorem odbywa się wspólne biesiadowanie. A we wsi ludzie już się nie spotykają, jak kiedyś, nie ma gry w karty, codziennych pogaduszek, chodzenia do klubiku na kawę. Opustoszało boisko, gdzie kiedyś kopano piłkę. Nie mówiąc o muzykowaniu razem, ale to było jeszcze wcześniej. Zmiany na lepsze prawie zawsze mają też złą stronę.
Uderza siła emocji politycznych. Może przy zaniku innych tożsamości ludzie skupiają się na tym, co ich różni. Brak tradycji demokratycznych powoduje, że gdy nasi nie rządzą, to nie ma demokracji. We mnie też to chyba siedzi. I działa intuicja – PiS jest partią, która gardzi demokracją. Gdyby doszli do władzy, rozpaliłoby to i tak gorące już emocje. Każdy wariant w tej sprawie jest zły. Jeśli PiS znowu przegra, będzie to kolejne upokorzenie tych, których upokarzały poprzednie porażki, a byli już wcześniej upokorzeni przez nowe czasy.
Kiedy o 17 zawyły syreny, byłem z synem w miejscu, zdawało się, odludnym, ale słychać było przenikliwie, wyły długo i wytrwale. Pierwsza myśl – wojna. Ten odruch osadzony jest w pamięci mojego dzieciństwa. Wśród ruin często wyły syreny, ćwiczono na wypadek III wojny światowej.
Prężnie działa Ochotnicza Straż Pożarna. Gdy syreny zawyły trzy razy, ze sklepu wypadł miejscowy z piwem i sprintem pobiegł przez wieś. Dziewczynka miała wypadek na rowerze. Ledwie dojechali strażacy, już zaryczał helikopter, małą trzeba było wieźć szybko do szpitala. Pomoc przychodzi błyskawicznie z nieba. Tu na wsi to już żadna sensacja.
A o 17 była oczywiście rocznica wybuchu powstania. Byliśmy w odludnym miejscu, ale wstałem i synowi też kazałem stać. Pytał potem dlaczego. Próbowałem mu to wytłumaczyć, co nie było łatwe, jest racjonalny.
Z przypisów do stanu rzeczy: coraz mniej prowincjonalna jest ta nasza prowincja. Permisywność w wychowaniu dzieci już dotarła na wieś, o co bywają konflikty z dziadkami, którym w głowie to się nie mieści. Buzie tych najmłodszych, kształtne i gładkie, bez dawnego wiejskiego odcisku. W porównaniu z zeszłym rokiem powstały nowe oazy dobrego smaku na pustyni naszej brzydoty. Trwa dramat mieszkańców dawnych PGR-ów, to są polskie getta. Ci ludzie są chorzy na wyuczoną bezradność i nigdzie nie wymyślono na to dobrego lekarstwa. A obok trwa rewolucja rowerowa i kulinarna. Zaskakująco dobrze to wygląda jak na kraj, wedle naszej prawicy, w stanie ostatecznego upadku.

Wydanie: 33/2014

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy