Burak

Burak

Około miesiąca temu „Szkło kontaktowe” TVN 24 obchodziło Dzień Buraka. Z tej okazji zapytało panią profesor X, która „o języku wie wszystko”, dlaczego nieszczęsny Beta vulgaris uprawiany u nas od XVI w. (ale wzmiankowany już w rachunkach dworu Władysława Jagiełły) ma tak niepochlebne konotacje. Pani profesor X wytłumaczyła, że burak jest czerwony, okrągły, pochodzi ze wsi, a więc… Dziwnie nie przyszło jej do głowy, że z pomidorem podobnie, nie mówiąc już o wesołych jabłuszkach z wiejskich sadów, które jednak kojarzą się raczej z dziewczęcymi piersiątkami, czyli tym akurat (niech mi feministki darują), co z widoków najśliczniejsze, a w dotyku rozkoszne.

Tymczasem nie na próżno przyzwaliśmy króla Władysława Jagiełłę. Burak przyszedł do nas z Wielkiego Księstwa Litewskiego, gdzie już w końcu XVI w. barszcz z naci boćwinowej albo i samych buraków stał się ulubioną potrawą wszystkich stanów. Dla koroniarzy burak był przede wszystkim strawą ubogich, toteż wyzywali pogardliwie Litwinów od boćwiniarzy, boćwin, boćwinków, co miało stygmatyzować niżej cywilizowanego, prostaka. Kiedy więc pan Charłamp w „Ogniem i mieczem” Sienkiewicza grozi Wołodyjowskiemu, że go jeszcze znajdzie, spotyka się z odpowiedzią: „Znajdziesz, znajdziesz, boćwino”. W „Beniowskim” kpi z Litwinów Słowacki: „O boćwino! Hipokreno litewska!”. (Pani profesor wyjaśniam, że Hippokrene to źródło natchnienia poetyckiego w gaju muz na Helikonie). I to w języku pozostało, chociaż zatraciły się związki buraka z litewskością. Natomiast określenie „literatura buraczana”, oznaczające powieści produkcyjne z okresu stalinowskiego, jest już echem odległym i pochodzi bezpośrednio od tytułu książki Marii Jarochowskiej „Buraczane liście”. W niemieckim z kolei Freche Rübe to arogant, zuchwalec, we francuskim nez de betterave (buraczany nos) to pijak, co w Polsce nie jest jednak epitetem szczególnie obraźliwym.

Tego wszystkiego pani profesor X, chociaż „o języku wie wszystko”, nie jest akurat świadoma. I wolno jej. Burak nie jest w końcu pępkiem nauk o historii języka. Powstaje jednak pytanie, dlaczego nagabywana nie odpowiedziała po prostu „Nie wiem”, snując w zamian skojarzeniowe – i co tu mówić dosyć siermiężne – interpretacje. Rozumiemy oczywiście, że profesorowi, który nie wie czegoś ze swojej dziedziny, wydaje się, że przyznając się do tego publicznie, szarpie swój autorytet i poniża się w oczach uczniów. To dlatego nasze szkolnictwo wygląda, jak wygląda. Wykłady ex cathedra do zanotowania bez zbędnych dyskusji, a tym bardziej niezdrowych wątpliwości. Ale to przecież tylko wyrywek o wiele szerszego i istotniejszego problemu.

Wydawać by się mogło, że w Rzeczypospolitej to najprostsze, dość łatwe do zapamiętania zdanko „Nie wiem” po prostu nie istnieje albo złośliwie nie chce przechodzić przez zęby. Kto „nie wie”, jest albo burakiem właśnie, albo się uchyla od odpowiedzi, zataja, usiłuje nas przechytrzyć, czyli knuje. Prawdziwy Polak to wie i jakiekolwiek fakty tylko go w jego wiedzeniu utwierdzają. Przyglądam się z rozrzewnieniem rodakom przyjeżdżającym do Paryża (najlepszymi królikami doświadczalnymi są przyjeżdżający po raz pierwszy). Dzielą się oni w największym uproszczeniu na trzy kategorie: takich, którzy wiedzą, że metropolia nad Sekwaną jest stolicą świata, centrum europejskiej kultury, wzorem i natchnieniem; takich, co – wręcz odwrotnie – wiedzą, że jest to miasto zepsucia i porubstwa, siedziba grzechu i chorób wenerycznych, pyszałkowatych bezbożników, miasto, w którym niczego dobrego ani ciekawego nie masz; wreszcie zblazowanych, wiedzących, że Paryż czy Kutno – wszędzie jest koniec końców to samo, nuda i statystyczna przeciętność. Jedni, drudzy i trzeci zobaczyli, co mieli zobaczyć, upewnili się w swoim wiedzeniu, do którego mogą teraz jeszcze dodać: byłem, widziałem i niech mi kitu nie wciskają. Ale Paryż to Paryż, Francuzi daleko. Jacy są Niemcy, Czesi, Francuzi, Żydzi, to już każdy Polak wie. W przypadku Rosjan „wie” nawet usiłujące na ogół z powodzeniem zbliżać się do obiektywizmu „Szkło kontaktowe”. To wszystko jednak sprawy zagraniczne. Dopiero gdy chodzi o swój kraj, rodaków i siebie samego, Polak wie wszystko. Najlepszym przykładem jest tu nasz premier Morawiecki. „Polska – powiada – ma najpiękniejszą historię w Europie”. Na zdrowy rozum zupełnie nie wiadomo, co to znaczy, ale pierwszy minister wie nie tylko, co to znaczy, ale i że tak jest. Wie też nieomylnie, że Polski w latach 60. XX w. nie było. Wcale mu się nie pomyliło z okresem rozbiorów, bo wie, że między 1795 r. a 1918 r. działo się w Polsce wiele pięknych rzeczy, a w ogóle Polska zawsze była w Europie, czyli również wtedy, kiedy Rzymianie tłukli się z Hannibalem albo Chlodwig we Francji przyjmował chrzest. Wszystkim już się pomieszało w głowach, ale nie premierowi, który wie. On nie musi się uczyć. Gdyby było to po polsku, powiedziałbym, że on historię i literaturę zna, podobnie z polityką, finansami czy prawem. O prezesie Kaczyńskim nie wspomnę, bo bogowie są wszechwiedzący, więc wątpliwości w jego względzie byłyby karalnym bluźnierstwem.

No proszę, a zaczęło się od zwykłego buraka. Ale może i dobrze. W nowym roku życzę wszystkim, żeby im nawet duby smalone o burakach pleciono, ale żeby one same nie miały pojęcia, jak współobywateli uszczęśliwiać i świat poprawiać. Nie ma bowiem nic gorszego niż burak, który wie.

Wydanie: 1/2019

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy