Torturowanie generała

Zapiski polityczne

Znowu bzdura o skandalicznym posmaku. Wyczytałem wczoraj w „Gazecie Telewizyjnej”, że niesławny proces wytoczony prezydentowi Jaruzelskiemu ma się zacząć od nowa, gdyż przerwa w postępowaniu trwała zbyt długo, a prawo przewiduje, że takie przedłużenie powoduje konieczność rozpoczęcia całej procedury od nowa.
Wieczór wczorajszy spędziłem w Sejmie i nie oglądałem tej części programu telewizyjnego, w której pojawił się pan prezydent bardzo przygnębiony i umęczony tymi torturami, jakie mu nasze państwo funduje w zamian za to, iż wpierw wziął na siebie ciężką, dramatyczną decyzję o stanie wojennym, czyli o uratowaniu Polski przed wielce prawdopodobną inwazją wojsk radzieckich na nasz kraj, a potem swymi odważnymi decyzjami doprowadził do obrad Okrągłego Stołu, które w konsekwencji zapoczątkowały proces zwany m.in. aksamitną rewolucją, czyli bezkrwawym przewrotem ustrojowym i militarnym, co szczególnie ważne, gdyż bez opuszczenia tej części Europy przez Armię Czerwoną owa łagodna, bezkrwawa przemiana ustrojowa nie przeszłaby tak łatwo.
Kiedy nasze nauki historyczne wrócą do jakiej takiej równowagi moralnej, czyli do rzetelności badawczej, ktoś prawy i rozumny zbierze wszystkie zasługi generała Jaruzelskiego w opasły tom, gdzie znajdzie się także miejsce na ocenę wadliwego aktu oskarżenia, jaki został przedstawiony sądowi w sprawie odpowiedzialności generała za wydarzenia na Wybrzeżu w roku 1970. Na razie rozprawa toczy się na podstawie elaboratu politycznego, pozbawionego elementarnej uczciwości prawnej.
Gdyby to dotyczyło młodego, zdrowego człowieka, można by nie przejmować się tą nierzetelnością albo mniej nad tym wydziwiać, aliści proces został wytoczony staremu zesłańcowi sybirskiemu, oficerowi frontowemu i politykowi, który wybawił kraj od nieszczęścia porównywalnego z tym, co nas spotkało po połączonej inwazji armii niemieckiej i sowieckiej na Polskę w roku 1939.
Na dodatek stary generał został przez politycznego szaleńca ciężko zraniony, długo chorował i zachował trwałe obrażenia zdrowotne. Sejm RP nie podjął decyzji o sądzeniu generała za stan wojenny, ale znalazły się figury polityczne, które doprowadziły do postawienia prezydenta prze sądem za domniemaną odpowiedzialność za dramat Wybrzeża, starszy o 10 lat. Ta sprawa ciągnie się zarówno na skutek kłopotów zdrowotnych innych oskarżonych, jak też jest cząstką swoistego paraliżu naszego wymiaru sprawiedliwości, wynikającego z przeciążenia sądów, ale również z powodu fatalnej organizacji tej dziedziny naszego życia państwowego.
Dużo mamy dziwnych i nieraz gorszących objawów różnych chorób toczących organizmy wymiaru sprawiedliwości. Nie jest zatem przypadkiem, że – jak mnie poinformowano niedawno w Strasburgu, gdzie byłem na sesji Rady Europy – Polska zajmuje czołowe miejsce w ilości skarg, jakie napływają do tamtejszego Trybunału Sprawiedliwości, składanych m.in. właśnie na przewlekłość postępowań sądowych i na ogół wygrywanych przez skarżących, co nie poprawia opinii, jaką tam i w innych instytucjach europejskich mają o naszym państwie.
Niezależnie od tego, kogo obciąży się odpowiedzialnością za przeciąganie procesu przeciw prezydentowi Jaruzelskiemu, pozostanie niesporny fakt, iż mamy do czynienia ze swoistym torturowaniem generała. Nie ma obowiązku lubienia byłego prezydenta, ale jest bezsporny obowiązek moralny traktowania tak bardzo zasłużonego dla Polski człowieka stosownie do jego dawnych zasług i, co nie mniej ważne, stosownie do stanu jego zdrowia. To, co się dzieje, jest jawnym i celowym prześladowaniem starego człowieka, sprzecznym z elementarnymi zasadami uczciwości, do jakiej system wymiaru sprawiedliwości też jest zobowiązany na równi z obywatelami kraju.
Niestety, panuje u nas wyniesione z epoki stalinowskiej przekonanie, że władzy wolno wszystko. Nie wszystko. Nie wolno nikogo torturować, a z tym mamy do czynienia wobec generała Jaruzelskiego.
Wysłuchałem dzisiaj szeregu przemówień ministrów rządu Leszka Millera prezentujących program wyciągnięcia Polski z bagna, w które wpędziły ją długie rządy prawicy, czyli AWS i UW. Program rządowy jest odważny i odnoszę wrażenie, iż realny. Jedyne, co można podawać w wątpliwość, to szybkość ratowania kraju, czyli czas potrzebny na realizację zamierzeń. Prognozy rządowe są optymistyczne i dają społeczeństwu tę nadzieję, jakiej pozbawiły ją partie skreślone – jak na razie – przez społeczeństwo ze sceny parlamentarnej.
Przedstawiciele tych partii, którzy po dokonaniu aktu renegacji ze swoich macierzystych organizmów politycznych i po zaciągnięciu się pod całkiem nowe sztandary występują w debacie nad tym programem ratowniczym w sposób dość skandaliczny. Szczególnie poruszyło mnie przemówienie posła Janusza Lewandowskiego, jednego z głównych filarów liberalnego kierunku dokonanej transformacji ustrojowej, zakończonej dość powszechną nienawiścią do klasy politycznej i pojawieniem się w Sejmie silnych grup populistycznych, których ewentualna wygrana w przyszłych wyborach parlamentarnych może doprowadzić do katastrofy, jakiej teraz nie potrafimy sobie nawet wyobrazić. Poseł Lewandowski zachowuje się tak, jakby nie poczuwał się do choćby skrawka winy za już realną częściowo katastrofę budżetu państwa. Nie ma w jego postawie cienia pokory za przeszłość, jest natomiast silna agresja wobec tych, którzy teraz próbują coś dla kraju dobrego zrobić. Takich mamy polityków, jakich sobie wybraliśmy.
To nie Moskwa ich nam narzuciła. To Polacy sami sobie zgotowali taką reprezentację parlamentarną.

27 lutego 2002 r.

 

Wydanie: 9/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy