Traktat o głupocie

Traktat o głupocie

„Cyd” w Teatrze Polskim to oskarżenie ładu zbudowanego na fałszywych wartościach Wydawałoby się, że wiemy już wszystko o „Cydzie” Corneille’a, który tak ongiś zaniepokoił szacownych członków Akademii Francuskiej, że bezskutecznie próbowali dociec, na czym polega urok tego utworu łamiącego zasady poetyki klasycystycznej. Corneille pozwolił bowiem swoim bohaterom wybierać – młodzi kochankowie, choć spętani obowiązkiem przestrzegania reguł honoru, na własną rękę poszukiwali wyjścia z pułapki, w jaką wplątali ich ojcowie. Wtedy było to wywrotowe. A dzisiaj? Czego tu szukać, skoro karty w opowieści odwołującej się do legendy Cyda, sławnego rycerza XI-wiecznej Hiszpanii, dawno zostały rozdane: oto Szimena, córka wodza don Gomesa, i Roderyk (później zwany Cydem), syn don Diega, darzą się miłością, ale na przeszkodzie szczęściu staje zatarg ich ojców. Roderyk, zgodnie z kodeksem rycerskiego honoru, musi pomścić zniewagę, jakiej doznał don Diego, i zabija w pojedynku don Gomesa. W tym czasie Maurowie oblegają Sewillę i Roderyk odpiera napastników. Szimena wbrew uczuciom domaga się kary dla zabójcy ojca. Roderyk staje do pojedynku i zwycięża. Zakochani, po rocznej żałobie, mogą się pobrać. Pod prąd mody A jednak – dzięki wyrafinowanej formie spektaklu, jaką zaproponował francuski reżyser Ivan Alexandre, miłośnik i znawca opery, „Cyd” na scenie warszawskiego Teatru Polskiego nabrał nowych barw. I choć inscenizator ani na jotę nie odstąpił od opowieści nakreślonej przez Corneille’a, pięknie spolszczonej przez Jana Andrzeja Morsztyna, to bodaj pierwszy raz w Polsce tekst ten mógł wybrzmieć z taką siłą. Zamiast próby wtłaczania utworu w ramy teatru realistycznego czy psychologicznego Alexandre stworzył formę łączącą operową hieratyczność z teatrem rapsodycznym. Jeszcze przed rozpoczęciem przedstawienia uwagę zwraca malowana kurtyna z panoramą królewskiej Warszawy i cytatem z prologu dopisanego do „Cyda” przez Morsztyna. Przy wtórze bębna, który towarzyszy akcji w chwilach dramatycznych, wkraczają od strony widowni aktorzy, aby wygłosić prolog z adresem do królewskiej pary. Kiedy kurtyna się podnosi, ukazuje się wnętrze z podestami i kotarami stwarzającymi wrażenie klasycystycznego pałacu. Aktorzy występują w stylizowanych na wiek XVII kostiumach. Przez cały spektakl sączy się niezmienne światło, z dolną rampą stylizowaną na lampy świecowe. Zamiast z „przepisywaniem” dramatu z dawnych czasów we współczesność mamy do czynienia ze sformalizowanym językiem przekazu – miarkowany gest i ruch, taniec niemal nawiązujący do wzorców dalekowschodnich, dla każdej postaci jej właściwy, tekst mówiony frontem do widza, bardziej deklamacja, prawie śpiew niż próba ukazywania tzw. wnętrza postaci. Tak więc spektakl toczy się pod prąd mody, demonstracyjnie akcentując swoją sztuczność – żadnego naśladowania życia, żadnej też karykatury życia tu nie ma, jest jego wypreparowana esencja, słowny ekstrakt. Widz doświadcza możliwości obcowania z tekstem w archaicznej już, choć pięknej polszczyźnie, nieco tylko utemperowanej przez Piotra Kamińskiego. Dekonspiracja Wszystkie te zabiegi stawiają przed aktorami zadania odmienne od tych, do których przywykli, muszą oni gdzie indziej szukać środków wyrazu, muszą iść za słowem. Jednak nie dla czczego ćwiczenia lub potyczki z formą to całe zamieszanie. Dzięki zastosowanej metodzie reżyser odsłania architekturę utworu, jego ukryte sensy, a co ważniejsze, „Cyd” okazuje się oskarżeniem społecznego ładu zbudowanego na fałszywych wartościach. W sporze starych wodzów nie o prawdę czy moralność idzie, ale o pychę, zadufanie, nonszalancję, arogancję, o cały katalog cech rujnujących życie publiczne. Dekonspiruje tę podszewkę „Cyda” forma, która wzmacnia siłę słowa wplątanego w grę podejrzanych wartości. To dlatego tak mocno ujawnia się żywioł komediowy, zwłaszcza w postaciach starych wodzów. Marcin Jędrzejewski jako bitny Gomes biczuje Diega furią swoich dętych przechwałek i gróźb – cóż z tego, że ma za sobą wygrane bitwy, skoro czerpie radość z poniżania słabszego. Don Diego Olgierda Łukaszewicza ukazuje postać, która rozmija się z czasem niczym widmo na urlopie; świadomy opuszczających go sił nie szuka jednak porozumienia z innymi, ale puszy się i nadyma, bez zmrużenia oka naraża syna na utratę życia, aby zaspokoić żądzę zemsty. Obserwujemy zatem zatarg wyniesionych na szczyty hierarchii społecznej głupców, którzy rachunek za swoją głupotę zostawiają do spłacenia dzieciom.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 20/2011, 2011

Kategorie: Kultura