Trener Niemczyk i rozstanie ze Złotkami

Trener Niemczyk i rozstanie ze Złotkami

O co właściwie poszło?

Nawet w najczarniejszych snach nie byłem w stanie przewidzieć, w jakiej atmosferze i w jaki sposób pożegnam się z zespołem, któremu poświęciłem najwięcej w całej karierze i z którym chciałem wywalczyć medal podczas mistrzostw świata w 2006 r. w Japonii i podczas igrzysk olimpijskich w 2008 r. w Pekinie. (…)

Przenieśmy się do końcówki sierpnia 2006 r. Do mistrzostw świata mieliśmy dwa miesiące, wchodziliśmy więc w najważniejszy okres przygotowawczy. Byliśmy na tournée World Grand Prix. W Korei Południowej przegraliśmy trzy mecze: z Japonią, Rosją (po walce 2:3) i ekipą gospodarzy. Wcześniej, w Bydgoszczy, też nam nie poszło (trzy porażki), więc i atmosfera była daleka od idealnej. Cały czas powtarzałem jednak dziewuchom, żeby zachowały spokój. (…)

W CHIŃSKIM Ningbo miałem zaplanowany bardzo ciężki trening. Zajęcia polegały na tym, że graliśmy z krótkiej, z pierwszego tempa, z niedokładnego przyjęcia. Czyli przyjmująca nie radzi sobie z piłką, rozgrywająca rzuca jej krótką, a ona musi zaatakować. Musi! (…)

Kiedy Gośka Glinka pierwszy raz złapała piłkę, nie robiłem jeszcze dramatu. Chociaż powinienem, bo umowa była jasna. Brałem jednak pod uwagę, że prezentowała nieco inny poziom przygotowań niż reszta zespołu. Zawsze dawałem jej (i również Dorocie Świeniewicz) nieco więcej luzu po ciężkim sezonie ligowym. To były moje wielkie gwiazdy i wiedziałem, jak z nimi postępować, aby ich nie nadwyrężać treningami. (…) Pod koniec sierpnia Glinka prezentowała mizerną formę (to był dopiero jej pierwszy czy drugi trening), ale na koniec października miała być już na 100% przygotowana.

Wracając do feralnego treningu… Kiedy Gośka złapała piłkę po raz drugi, czyli nie zakończyła akcji, a zatem nie wykonała poprawnie ćwiczenia, czyli sprzeciwiła się trenerowi, nie wytrzymałem. W bardzo ostrych słowach skomentowałem jej zachowanie. Być może wyskoczyłem z hasłem w rodzaju: „Trenujesz albo spierdalasz!”. (…) Problem polega na tym, że „Glina” jest przeambitna i każdą taką sytuację bardzo mocno przeżywa.

Okazało się, że jedna z najlepszych zawodniczek świata nie potrafi wykonać ćwiczenia zadanego przez trenera, i to na oczach całego zespołu. (…) Na dodatek nawarstwiło się wiele spraw: była niewyspana, zmęczona i bolało ją kolano. Dlatego nie wytrzymała i pękła. Po moich słowach siadła na ławce rezerwowych i na moich oczach zaczęła zdejmować ochraniacze i buty.

Wywiązała się między nami dyskusja. Zaczęliśmy spokojnie, przerzucaliśmy się merytorycznymi argumentami, ale z sekundy na sekundę było coraz bardziej nerwowo. Gośka zaczęła mi wypominać, że czasami nie ma mnie na treningach, że atmosfera jest kiepska, że nie tak to powinno wyglądać… Argument, że czasem opuszczałem zajęcia, to był cios poniżej pasa. Ja nigdy nie ukrywałem, że po to mam asystenta, aby mi pomagał. Również w prowadzeniu treningów. Miałem już swoje lata, więc czasami rano zdarzało się, że nie byłem fizycznie przygotowany na ciężką harówę (bo na przykład w nocy za dużo wypiłem – piszę o tym otwarcie i wcale się tego nie wstydzę), wolałem więc wtedy wysyłać do boju Irka Kłosa. Facet był młody, wysportowany, (…) miał jeszcze siły przez godzinę walić piłkę w zawodniczki, potrafił wytrzymać ich tempo, a nawet je narzucać. (…)

Nasza dyskusja przerodziła się w końcu w pyskówkę. „Gośka, jesteś poza składem – powiedziałem. – W Ningbo nie zagrasz. Nie masz formy, która gwarantowałaby odpowiedni poziom. Zresztą, sama widziałaś to przed chwilą podczas tego ćwiczenia”. Dziewczyny stanęły jak wryte, ale szybko wróciliśmy do treningu.

Wieczorem do mojego pokoju hotelowego zapukała delegacja: Ola Jagiełło (wtedy jeszcze Przybysz), Aśka Mirek i Milena Rosner. „Trenerze, możemy spokojnie porozmawiać?”, spytały. „Zapraszam”. Spotkanie trwało około poł godziny. Rozmawialiśmy o sytuacji, do której doszło podczas treningu, dziewczyny bardzo chciały, abym zmienił decyzję i ponownie wpisał Glinkę do dwunastki. Wysłuchałem ich bardzo uważnie, ale stanowczo dałem im do zrozumienia, że nie ma mowy o zmianie decyzji. „Dziewczyny, jak to sobie wyobrażacie? Popieprzyło was? Przecież to ja jestem trenerem i ja ustalam zasady. Albo się im podporządkowujecie, albo nie”. W tym momencie wpadł mi do głowy szalony pomysł. „Jeżeli chcecie, żeby Gośka wróciła do dwunastki – powiedziałem – to proszę bardzo. Jednak nie firmuję tego swoim nazwiskiem i oddaję się do dyspozycji zarządu PZPS. To nas was spada odpowiedzialność za wyniki i grę zespołu. Zgadzacie się?”.
Nie spodziewałem się tego, co nastąpiło później. Delegacja mojego zespołu przystała na taką propozycję. Nie mam pojęcia, co je opętało. Słowo się jednak rzekło. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Poinformowałem Irka Kłosa, że czasowo przejmuje zespół, ja się wycofuję, a po powrocie do Polski oddaję się do dyspozycji zarządu PZPS. Nie ukrywam, że byłem przekonany, że po nieudanych meczach w Chinach ta sama delegacja do mnie przyjdzie i powie, abym wracał. „Niech się bawią, będą miały nauczkę”, pomyślałem.

PRZYWRÓCENIA GOŚKI do dwunastki w ogóle nie brałem pod uwagę. Żeby było jasne – ja jej nie wyrzuciłem z kadry, nie pozbawiłem udziału w mistrzostwach świata, jedynie czasowo odsunąłem od oficjalnych spotkań, bo nie była na to gotowa. Jest szansa, że zmiękłbym, gdyby sama zawodniczka wykazała choć minimum zaangażowania w walkę o powrót do składu. Gdyby do mnie przyszła, porozmawiała, gdybyśmy się zastanowili nad tym, co należy zrobić w przyszłości, aby do takich sytuacji już nie dochodziło. Nie doczekałem się…!

W ostatnim turnieju World Grand Prix zespół prowadził Kłos, ja nie wychodziłem z hotelu. Nie byłoby pewnie późniejszego zamieszania, gdyby nie fakt, że do Polski przedostała się informacja, że zrezygnowałem z prowadzenia reprezentacji. Media nie do końca prawdziwie opisały sytuację, w Warszawie dopowiedzieli sobie resztę i zaczęło się zamieszanie.
Hotelowy taras, piękna pogoda, sączę sobie kawę, gdy nagle dzwoni telefon. Waldek Wspaniały. Pełnił wtedy funkcję wiceprezesa Polskiego Związku Piłki Siatkowej do spraw szkoleniowych. Czyli

de facto był moim przełożonym. Odbieram. „Andrzej, co ty wyrabiasz!? Wszystko już wiemy, natychmiast masz się stawić w związku. Nie zostawimy tego tak. Dwa miesiące przed mundialem odstawiasz taką szopkę!”. (…) Dziś oczywiście mi wstyd, jaką wiązanką rzuciłem do telefonu. (…). Owszem, miał prawo zadzwonić, zapytać, co się stało, skąd takie doniesienia prasowe. On jednak założył, że to ja jestem wszystkiemu winien.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 2/2016

Kategorie: Sport

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy