Trwam nie oglądam

Trwam nie oglądam

Odejście Durczoka to kwintesencja prezesury Dworaka i „nowego otwarcia” w TVP Tomasz Borysiuk, nowy członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Tomasz Borysiuk – ma 31 lat, jest magistrem prawa. Od 1999 r. pracował w TVP, był m.in. wydawcą programów „Gość Jedynki” i „Krakowskie Przedmieście 27”. Do KRRiTV rekomendowała go Samoobrona. – Oswoił się pan już z tytułem ministra? – Trudno się przyzwyczaić, choć dla znajomych i kolegów pozostanę Tomkiem. – A jak to jest być „wyrzutem sumienia” polityków PiS? Wielu z nich wciąż powtarza, jak im źle z tym, że musieli w Sejmie poprzeć Borysiuka? – Politycy PiS, zamiast mówić o wyrzutach sumienia, powinni ze mną uczciwie porozmawiać. Wówczas mogliby zweryfikować wszystkie kłamstwa i półprawdy, które na mój temat się powtarza. – A co jest kłamstwem? – Chociażby najnowszy „hit”, że akceptowałem do emisji „Dramat w trzech aktach”. A ja nigdy nic wspólnego z tym programem nie miałem. – Ale podobno przepraszał pan za „Dramat” na posiedzeniu klubu PiS? – Nigdy na klubie PiS nie byłem! Kłamstwem jest też, że byłem we Frakcji Młodych SdRP. I ludzie, którzy to piszą, doskonale o tym wiedzą. Dlatego chciałbym zapytać tych wszystkich dziennikarzy, którzy krytykują Borysiuka za etykę: gdzie jest ich etyka w sprawdzaniu i weryfikowaniu informacji na mój temat? – Andrzej Godlewski, obecny szef publicystyki w TVP, twierdzi, że za pana czasów politycy SLD otrzymywali przed programem szczegółowe pytania, które potem w telewizji zadawał im dziennikarz. – Gdybym rzeczywiście chodził z pytaniami na Rozbrat, to SLD by mnie poparł albo wręcz rekomendował do KRRiTV. Tymczasem głosował przeciwko. Proszę też zapytać Kamila Durczoka, Krzysztofa Skowrońskiego lub Marka Czyża, z którymi współpracowałem. Oni powiedzą, czy Borysiuk układał im pytania. A z Andrzejem Godlewskim prawie się nie znam. Jeśli więc opowiada takie rzeczy, to dyskwalifikuje się jako szef publicystyki. Zresztą najpierw powinien ocenić swoje dokonania. I przeprosić widzów za to, co robiła TVP w pierwszych godzinach chorzowskiej tragedii. To on odpowiada za tę kompromitację. – A co z głośnym wywiadem Piotra Gembarowskiego z Marianem Krzaklewskim? – To był program „Kandydat”. Ostatni przed ciszą wyborczą. Gembarowski miał za sobą osiem, a może nawet dziewięć wyczerpujących rozmów z tego cyklu. Nie wytrzymał psychicznie. – A dlaczego pan, wydawca, nie zareagował? – Nie miałem takiej możliwości. Gembarowski był w studiu, a ja w oddalonej o kilka metrów reżyserce, w której nie ma nawet szyby. Co najgorsze, Gembarowski nie miał słuchawki w uchu. To był błąd. Ale kiedy przyszedłem do telewizji, tak już po prostu było. Po tej rozmowie na szczęście to zmieniono. – A gdyby była słuchawka, co mógłby pan zrobić? – Wszystko. Na pewno ta rozmowa potoczyłaby się inaczej. – Co pan powiedział Gembarowskiemu po programie? – Był tak roztrzęsiony, że nie potrafię nawet określić jego stanu emocjonalnego. Nie pamiętał przebiegu rozmowy. Dopiero po kilku minutach usiadł i powiedział: „Boże kochany, co ja zrobiłem”. Nikomu nie życzę, by znalazł się w takiej sytuacji. Wstydzę się tej rozmowy, ale nie miałem na nią żadnego wpływu. I na tym polega mój największy dramat. Dzisiaj słyszę głosy, że trzeba było zejść z anteny. To dopiero byłby skandal. Andrzej Lepper i Jennifer Lopez – Dlaczego budzi pan tyle kontrowersji? – Może wiem za dużo o pewnych mechanizmach w TVP? Może ktoś się mnie obawia? No i jestem też kandydatem Samoobrony. A ta, gdyby nawet wystawiła do KRRiTV przyjaciółkę premiera Marka Belki – Jennifer Lopez – to też byłoby źle. Wiele osób nie może przeżyć, że kandydat Samoobrony uzyskał większość w Sejmie. – A może nie pasuje pan do PiS-owskiego układu, który ma większość w obecnie radzie? Uda wam się porozumieć? – Łatwo nam nie będzie, bo jesteśmy na tapecie i każdy nasz ruch jest pilnie obserwowany. Zespół jest młody, ciekawy, każdy chce coś zrobić. Jeden zna się na czymś lepiej, a na czymś innym gorzej. Pan Dziomdziora jest prawnikiem. Witold Kołodziejski jest dziennikarzem, zna sprawy telewizji i… – I jest politykiem PiS… – Ja nie jestem politykiem, nie kandydowałem w wyborach do parlamentu, nie mam legitymacji partyjnej. Jedyną organizacją, do której należę, jest związek kynologiczny. A to z racji tego, że mam wspaniałego labradora Dylana. – I nie boi się pan, że rada będzie delegaturą PiS

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 08/2006, 2006

Kategorie: Media
Tagi: Tomasz Sygut