TVP Agonia

TVP Agonia

Jak politycy dorzynają publiczne media

Uczestnicy należą do wydziału spółki, której zadaniem jest produkcja dwu- i trójwymiarowych figur geometrycznych z kartonu. Celem Uczestników jest zgromadzenie jak najwięcej środków finansowych, które uzyskają ze sprzedaży gotowych wyrobów na giełdzie”. To nie scenariusz rekrutacji do sieci handlowej, tylko regulamin symulacji „Fabryka figur”, w której muszą wziąć udział pracownicy TVP przeniesieni w lipcu 2014 r. do agencji pracy tymczasowej LeasingTeam. Poza tym będą jeszcze testy psychologiczne, badające m.in. efektywność komunikacyjną oraz to, jak pracownicy reagują na krytykę i radzą sobie ze zmianą, dyskusja grupowa bez przypisanych ról i scenka „rozmowy z klientem”. Gdy któraś z pracownic zasugerowała, że pójdzie na zwolnienie lekarskie w związku z od dawna planowanym zabiegiem, usłyszała, że w jednej z ocen cząstkowych będzie miała 0%.
Przeniesienie 411 pracowników do firmy outsourcingowej było kolejnym etapem zaciskania pasa w TVP. Oszczędzanie zaczęto od pracowników. W latach 2008-2012 zwolniono 1,2 tys. osób. Rok później pozbyto się kolejnych 70 etatów. W lipcu 2014 r. prezes TVP Juliusz Braun zdecydował się skorzystać z usług firmy LeasingTeam. Za 167 mln zł.
– To jeden wielki szwindel! – protestowali związkowcy z TVP. Co gorsza, szybko się okazało, że koordynatorzy LeasingTeam nie mają pojęcia o tym, jak wygląda praca dla telewizji. Do realizacji tematów na żywo wysyłali np. montażystów oraz rozsyłali po godz. 22 mejle wzywające pracowników do stawienia się o godz. 6 rano.
Zdaniem przedstawicieli Związku Zawodowego Pracowników Twórczych i Technicznych Mediów Polskich „Wizja”, władze TVP zdecydowały się na ten ruch, by uniknąć niekorzystnej dla siebie procedury zwolnień grupowych. Związkowcy argumentowali, że do przeniesienia pracowników doszło bezprawnie. „LeasingTeam nie wykonuje samodzielnie żadnej działalności telewizyjnej – »przejęci« pracownicy pracują, jak dotychczas – zamawiani imiennie przez kierowników produkcji lub tzw. koordynatorów z TVP, w tym samym miejscu, pod nadzorem tych samych osób, na tym samym, co do tej pory, sprzęcie TVP, ich pracę planują dalej ci sami pracownicy TVP”, pisali w jednym z oświadczeń. Te protesty nic nie dały.
– Biorąc pod uwagę sytuację finansową TVP, był to krok ryzykowny, ale dopuszczalny – mówił o outsourcingu Jan Dworak, przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

W poszukiwaniu oszczędności

Zacisnąć pasa telewizja publiczna musiała, bo na funkcjonowanie potrzebuje ok. 1,5-2 mld zł, tymczasem wpływy z abonamentu radiowo-telewizyjnego za 2014 r. wyniosą w najlepszym wypadku 750 mln zł. To wprawdzie o 200 mln więcej niż w 2012 r., kiedy udało się zebrać ledwie 550 mln zł, ale nadal kropla w morzu potrzeb, tym bardziej że do telewizji nie trafia całość tej kwoty. W podziale uczestniczą jeszcze Polskie Radio i rozgłośnie regionalne. Polacy są bowiem liderami w unikaniu tej opłaty. Liczba osób wywiązujących się z tego obowiązku nadal wynosi mniej więcej tyle, ile w marcu 1939 r.
Trudno jednak mieć pretensje do rodaków, kiedy do abonamentu zniechęcał ich własny premier. – Abonament radiowo-telewizyjny jest archaicznym sposobem finansowania mediów publicznych, haraczem ściąganym z ludzi; dlatego rząd będzie zabiegał o poparcie prezydenta i opozycji dla jego zniesienia – mówił w kwietniu 2008 r. Donald Tusk. Dwa lata wcześniej – jeszcze jako lider opozycji – wzywał wręcz do aktu obywatelskiego nieposłuszeństwa i niepłacenia abonamentu.
Dlatego Telewizja Polska jak może, ratuje się innymi sposobami. TVP jest jedynym nadawcą publicznym w Europie, którego głównym źródłem dochodu są wpływy z reklam. Musi więc stawać do zawziętej rywalizacji ze stacjami prywatnymi o wzrost słupków oglądalności. Cierpi na tym oczywiście misja, którą TVP ma obowiązek realizować. Gonitwa za pieniędzmi przybiera formę walki o celebrytów, którzy – zdaniem telewizyjnych włodarzy – będą w stanie przyciągnąć widzów przed telewizory.

W pogoni za oszczędnościami

Zwolnienia i outsourcing mogą jednak nie rozwiązać problemu. O tym, że polski system finansowania mediów publicznych niedługo może je doprowadzić do zagłady, świadczą statystyki Europejskiej Unii Nadawców. W 21 ze zrzeszonych krajów głównym źródłem dochodu mediów publicznych jest abonament, a w kolejnych 18 działają one, opierając się na publicznych dotacjach. W 2012 r. Polska pod względem dochodu nadawców publicznych przeliczonego na mieszkańca znalazła się na 30. miejscu spośród 40 badanych krajów.
Polacy nie płacą abonamentu i odwracają się od telewizji publicznej, bo – jak twierdzą – jej poziom nieustannie spada, a misja publiczna nie jest realizowana w sposób zadowalający. Przekonujemy się o tym codziennie, włączając telewizor. Telewizja publiczna nudzi nas powtórkami i kilkunastominutowymi reklamami oddzielającymi poszczególne programy. Wiele do życzenia pozostawia także sposób prezentowania wiadomości.
W 2013 r. niemal 59% czasu nadawania TVP 1 stanowiły powtórki. Jeszcze gorzej wypadła Dwójka, gdzie wskaźnik ten osiągnął aż 67,5%. Na drugim biegunie znajdują się najwięksi europejscy nadawcy publiczni, zatrudniający po kilkadziesiąt tysięcy pracowników: niemiecka ARD i brytyjska BBC One.
W przypadku tego ostatniego kanału premiery stanowiły aż 85%. I nie ma czemu się dziwić, bo budżet BBC jest 18 razy większy niż naszej telewizji i wynosi w przeliczeniu 25 mld zł, a ściągalność abonamentu, który jest głównym źródłem dochodu stacji, oscyluje w okolicach 90%. Dlatego w BBC One reklam nie ma wcale.

Przenieść, żeby zwolnić

Pracownicy, którzy znaleźli się w Leasing Team, dodają, że BBC nie dopuściłaby do ośmieszania swoich dziennikarzy. O czym mowa? Ludzie przeniesieni do LT mieli zapewniony przez Juliusza Brauna roczny parasol ochronny gwarantujący niezmienność warunków zatrudnienia. Zostanie on zwinięty w lipcu. Teraz okazuje się, że LeasingTeam zamierza przeprowadzić testy, które ocenią umiejętności dziennikarzy, montażystów i innych grup zawodowych. Powód? „W związku ze zmniejszającą się liczbą zamówień Telewizji Polskiej na realizację usług już teraz część pracowników nie świadczy pracy, ponieważ nie ma na nią zapotrzebowania”, piszą w mejlach przełożeni z LT.
„Oczywisty jest cel tych działań – chcą nas wszystkich ZWOLNIĆ i to nie ulega najmniejszej wątpliwości”, ostrzegają związkowcy. – To nieprawda, że spadła liczba zamówień. Ten, kto nie był w tzw. bunkrze głodowym, czyli nie było na niego zapisu, by nie dostawał zleceń, pracuje tyle samo, co przedtem. Nie zmniejszono też liczby godzin nadawania programu – mówi Agata Ławniczak, przeniesiona do LeasingTeam dziennikarka poznańskiego oddziału TVP, wiceprzewodnicząca organizacji zakładowej Wizji w LT.
Testy pracowników ruszyły z początkiem marca. Z „regulaminu procesu oceny” sporządzonego przez Leasing Team wynika, że po 30% końcowej oceny stanowić będą kwestionariusz wypełniany przez pracownika oraz wyniki testów psychologicznych, a 40% – zadania oceniające umiejętności zawodowe. W ramach ostatniego ćwiczenia dziennikarze będą musieli przygotować scenariusz materiału do głównego wydania „Wiadomości”. – Coś takiego jak scenariusz newsa nie istnieje – komentują pracownicy TVP.
– Wiele osób czuje się poniżonych formą tych testów. Wygląda to tak, jakbyśmy dopiero ubiegali się o możliwość pracy w zawodzie. To całkowicie podważa wiarygodność zawodową dziennikarzy, którzy byli oceniani codziennie przez wiele lat swojej pracy. Ponadto dziennikarza może oceniać tylko dziennikarz lub osoba, która występuje w imieniu redakcji. LeasingTeam, w myśl prawa prasowego, redakcją nie jest, a nade wszystko nie ma praw przysługujących medium publicznemu. Dlatego ludzie będą składali pozwy przeciwko LT o naruszenie dóbr zawodowych i osobistych – dodaje Agata Ławniczak.
20 lutego br. związkowcy z Wizji złożyli pozew sądowy przeciwko TVP i LeasingTeam o anulowanie outsourcingu.
Przedstawiciele LeasingTeam unikają odpowiedzi na pytanie, czy w najbliższym czasie będą zwalniali pracowników wykonujących zadania dla TVP. W wywiadzie udzielonym w grudniu 2013 r. portalowi Pulshr.pl Andżelika Majewska, członkini zarządu LT, mówiła: – Nie ma jednak zagrożenia utraty pracy. Dla efektywnych pracowników zawsze będzie miejsce w firmie, ponieważ dobra praca zawsze się obroni.
– Kiedy ludzie dopytują się o swoją przyszłość po 1 lipca 2015 r., słyszą w odpowiedzi: „Nie założył pan jeszcze firmy, więc czarno widzę pana przyszłość”. W ten sposób LeasingTeam skłania ludzi do przechodzenia na samozatrudnienie, co zmniejsza mu koszty – mówi jeden z pracowników.
Związkowcy z Wizji wskazują, że testy przeprowadzane są bezprawnie, ponieważ regulamin, na którym się opierają, nie został skonsultowany z organizacją związkową, co stanowi naruszenie obowiązków pracodawcy wynikających z Kodeksu pracy. „Podkreślenia wymaga, że zgodnie z orzecznictwem Sądu Najwyższego, regulamin pracy wydany bez uzgodnienia z zakładową organizacją związkową nie ma mocy wiążącej”, piszą w oświadczeniu.

Media dla polityków

Część ekspertów i widzów przyczyny fatalnej kondycji TVP doszukuje się w jej upolitycznieniu. Od 1 marca 1993 r., kiedy weszła w życie ustawa o radiofonii i telewizji, skład Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji – organu stojącego na straży wolności słowa i ładu medialnego w Polsce – powołują prezydent, Sejm i Senat. W efekcie media publiczne stały się łakomym kąskiem i dostawcą ciepłych posadek dla kolejnych ekip rządzących.
Kadencja członków KRRiTV trwa długo, bo sześć lat. Mimo to w ciągu 22 lat funkcjonowania tej instytucji jej pracami kierowało 10 przewodniczących. Czterech z nich urzędowało krócej niż rok. Było też aż sześć okresów, kiedy stanowisko przewodniczącego pozostawało nieobsadzone.
Nie lepiej na tym tle prezentuje się sama TVP, której prezesa wybiera rada nadzorcza spółki powoływana przez KRRiTV. Od 1994 r. na czele telewizji publicznej stało ośmiu prezesów i pięciu pełniących obowiązki.
Nic dziwnego zatem, że przy takiej karuzeli nazwisk i wymienialności prezesów instytucja ta nie była w stanie wypracować i wdrażać sensownej strategii przystosowującej ją do funkcjonowania na zmieniającym się dynamicznie rynku medialnym. Prezesi woleli po prostu trwać. Nie było też mowy o jakiejkolwiek kontynuacji. Dowodem na to może być prezesura Bronisława Wildsteina, który w dekomunizacyjnym szale zdecydował się wymienić niemal 70 dyrektorów i wicedyrektorów.
Radykalne zmiany w podejściu do mediów publicznych zapowiadał Donald Tusk. – Przestańmy udawać, że płacimy abonament na telewizję publiczną, a ona jest telewizją rządową. Będziemy chcieli wyegzekwować misyjność mediów. Będę zawsze mówił wszystkim kolegom z PO i PSL, że kto rządzi mediami publicznymi, przegrywa wybory. Chcę, żeby wybili sobie wreszcie z głowy to, że muszą być koniecznie w mediach publicznych – głosił tuż po wygranych wyborach parlamentarnych w 2007 r.
Mógł sobie na to pozwolić, ponieważ wpływy w KRRiTV i TVP ludzi związanych z PiS pozostawały duże. Zmiana władzy doprowadziła do żenujących przepychanek w samej TVP. Rada nadzorcza co rusz zawieszała kolejnych członków zarządu, a jeden z odwołanych p.o. prezesów nie chciał wpuścić do budynku telewizji swojego następcy.
Optyka zmieniła się w marcu 2011 r., gdy na czele TVP stanął bliski Platformie Juliusz Braun. Od lipca 2010 r. funkcję przewodniczącego Krajowej Rady pełnił już, nominowany przez Bronisława Komorowskiego (wówczas p.o. prezydenta), Jan Dworak, do 2004 r. członek PO.
Oprócz Dworaka w KRRiTV zasiedli także związany z PO Krzysztof Luft, Witold Graboś (senator z ramienia SLD w latach 1993-1997), Stefan Pastuszka (były senator PSL) i Sławomir Rogowski. – To niedobry skład KRRiTV, m.in. dlatego, że nie jest pluralistyczny, nie ma w niej przedstawiciela PiS. Uważam, że powinien być, szczególnie że to byli dwaj poważni kandydaci (Maciej Iłowiecki i Jarosław Sellin – przyp. red.) – oceniał tuż po powołaniu rady medioznawca Wiesław Godzic. – Sytuacja wymaga nowych ludzi i nowo myślących, widzących inną rolę rady. Widzę, że tutaj nie możemy liczyć na zbyt wielkie zmiany i nadal KRRiTV będzie się składała z urzędników – dodawał.

Opłata audiowizualna dla odważnych

Obejmując funkcję przewodniczącego KRRiTV, Jan Dworak wyznaczył sobie dwa priorytety: przyśpieszenie cyfryzacji polskich mediów oraz doprowadzenie do zmiany finansowania mediów publicznych. – Być może to nie ostatni, ale na pewno ważny krok, by udowodnić, że będziemy kierowali się w swej działalności dobrem odbiorców, obiektywizmem, dbaniem, by rynek mediów był zdrowy – zapowiadał.
O ile zakończenie w 2013 r. procesu cyfryzacji nadawania naziemnego można uznać za sukces, o tyle w kwestii finansowania mediów publicznych, szczególnie telewizji, w zasadzie nie zmieniło się nic. Czas ucieka, a TVP zbliża się do przepaści.
O tym, że system pobierania opłat za każdy zarejestrowany odbiornik należy zmienić lub uszczelnić, wiadomo od dawna. W 2012 r. plany przeprowadzenia głębokiej reformy zapowiedział minister kultury Bogdan Zdrojewski. Kierowany przez niego resort zaproponował, by abonament RTV zamienić na opłatę audiowizualną w wysokości 10 zł miesięcznie, płaconą przez każde gospodarstwo domowe bez względu na to, czy ma odbiornik, czy nie. Ministerstwo Kultury prace nad koncepcją zasad finansowania mediów publicznych zakończyło we wrześniu 2013 r. Nie trafiła ona jednak do Sejmu, lecz nadal konsultowana była w ministerstwie. Nie pomogły jej też przenosiny Zdrojewskiego z ministerialnego gabinetu do europarlamentu. Jeszcze jako minister przyznawał w styczniu 2014 r., że prace nad nową ustawą medialną szłyby łatwiej, gdyby w tej sprawie zgodne były najważniejsze partie polityczne. W podobnym tonie, zasłaniając się własną niemocą, wypowiadał się w październiku tego samego roku Jan Dworak: – Krajowa Rada jest ciałem eksperckim i bierzemy udział właśnie w takich pracach, a one są już na ukończeniu. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby podejmować decyzje polityczne, ale one są w rękach rządu, Sejmu i Senatu.
Rządząca koalicja, pozostając u władzy przez dwie kadencje, nie potrafiła uchwalić ustawy, która mogłaby uratować media publiczne przed zapaścią. Również KRRiTV, działająca w wyjątkowo komfortowych, bo stabilnych warunkach, od pięciu lat nie jest w stanie skutecznie wpływać na decydentów politycznych w celu ratowania najważniejszego medium publicznego w Polsce.
Politycy oczywiście boją się gniewu wyborców, którzy opłatę audiowizualną potraktują jak dodatkowy podatek. Według badań CBOS z października 2013 r., 54% respondentów sprzeciwia się wprowadzeniu nowej opłaty. Z drugiej strony politycy zdają się nie zauważać danych przedstawionych tuż obok – 59% badanych sprzeciwia się prywatyzacji mediów publicznych. Małgorzata Omilanowska, która zastąpiła na stanowisku ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego, przebąkuje więc, że nowa ustawa medialna może zostać uchwalona przed końcem 2015 r., czyli już po wyborach parlamentarnych. Po co podejmować odważne decyzje, skoro to się nie opłaca?
Jak w tej sytuacji odnajduje się prezes TVP Juliusz Braun? Przede wszystkim od początku urzędowania narzeka na brak pieniędzy. Nędzę programową TVP Regionalnej tłumaczył następująco: – Zakres działania ośrodków regionalnych jest związany z możliwościami finansowymi. Gdyby było więcej pieniędzy, program regionalny byłby znacznie bogatszy, znacznie szerszy, także znacznie dłuższy. Jeśli pieniędzy będzie jeszcze mniej, cięcia będą jeszcze bardziej widoczne w programie.
Za kadencji Brauna, która kończy się w kwietniu tego roku, TVP miała 88 mln zł strat w 2011 r., w 2012 r. rekordowo straciła ponad 218 mln, a w 2013 strata wyniosła już „tylko” 20,5 mln zł. TVP przewiduje, że rok 2014 zakończyła bez straty. Władze telewizji mówią o sukcesie. Z raportów KRRiTV wynika, że od początku urzędowania Juliusza Brauna, czyli od II kwartału 2011 r., udział programów TVP w rynku telewizyjnym spadł z 36,8% do 25,8% w III kwartale 2014 r.
TVP Brauna skupiła się przede wszystkim na emisji seriali. Znamienna była likwidacja popularnej „Wieczorynki” kosztem żenującego „Świat się kręci”. Według Europejskiej Unii Nadawców, fabuła w 2013 r. zajmowała 35% czasu antenowego TVP, informacje nieco ponad 13%, a kultura ok. 10%. Te dwie ostatnie pozycje przegrały z reklamą – niemal 19% czasu antenowego.
Podczas dyskusji nad kształtem nowej ustawy medialnej Juliusz Braun zabiegał, by – mimo opłaty audiowizualnej – TVP dalej mogła emitować bloki reklamowe.

Niewyobrażalna tandeta

Pracownicy, których z TVP przeniesiono do LeasingTeam, nie ukrywają żalu do obecnego prezesa. W skierowanym do niego liście napisali: „Uważamy, że funkcja prezesa telewizji publicznej zdecydowanie przerosła Pana możliwości. Zaś podejmowane przez władze telewizji działania (…) dowodzą, iż outsourcing przeprowadzony został w sposób świadomy w złej wierze i wbrew interesowi publicznemu”.
Sposób, w jaki potraktowano dziennikarzy przeniesionych do LeasingTeam, oburza prof. Macieja Mrozowskiego, medioznawcę z SWPS w Warszawie. – To kompromitacja idei mediów publicznych. Newsy i publicystyka to honor domu. Żeby je robić na odpowiednim poziomie, trzeba mieć zespół ludzi z doświadczeniem, którym zapewnia się bezpieczeństwo społeczne i stabilne warunki rozwoju kariery. Tymczasem poddaje się ich uwłaczającym testom, które nijak się mają do charakteru ich pracy.
Pytany o największy sukces TVP za kadencji Juliusza Brauna prof. Mrozowski odpowiada ironicznie: – To, że firma jeszcze istnieje. Telewizja Polska to pozorne imperium, które poza „Ranczem” nie emituje żadnego serialu na przyzwoitym poziomie. Program TVP to niewyobrażalna tandeta. Z tego powodu młodzi odpływają, a telewizja publiczna staje się stacją dla emerytów.
Juliusz Braun z krytyki niewiele sobie robi i zapowiada, że o fotel prezesa TVP będzie się ubiegał ponownie. Tymczasem KRRiTV spiera się ze Stanisławem Jekiełkiem, przewodniczącym rady nadzorczej spółki, o to, czy zarząd telewizji powinien być jedno-, czy wieloosobowy. Pytanie, jak długo z kolejnymi zarządami przeżyje sama TVP.


Kto odpowiada za zły stan telewizji publicznej?

Prof. Maciej Mrozowski, medioznawca, SWPS
Wyznaję tezę, że nikt nie odpowiada za stan TVP. Specyfiką naszego systemu stworzonego przez ustawę z 1992 r. jest to, że nikt za nic nie odpowiada. Państwo zaprojektowało dla telewizji pełną samodzielność programową i abonament, który wówczas, gdy jeszcze chodziłem na posiedzenia komisji sejmowej, miał ponad 85% ściągalności, co dawało kwotę umożliwiającą normalne funkcjonowanie. Faktycznie jednak odpowiedzialność była rozmyta. Rada nadzorcza nie uzyskała uprawnień kontrolnych wobec zarządu, który powoływano, bo władza postkomunistyczna obawiała się posądzenia o łamanie wolności mediów. Zarząd robi więc, co chce, jest suwerenny, a rada nadzorcza nie może się wtrącać do programu, jedynie do rozliczeń, ale to też fikcja, gdyż nie może sprawdzać produktu. Z kolei rada programowa jest tylko ciałem opiniotwórczym, a jej wnioski nie są dla nikogo wiążące. Sprawozdań zarządu nikt nie sprawdza, umieszczane w nich tzw. zadania misyjne to czysta kpina i pic na wodę. Co gorsza, później pozwalniano z płacenia abonamentu różne kategorie telewidzów i nastąpiło tąpnięcie. Wpłaty spadły z 1,4 mld zł w 1993 r. do 400 mln w 2001 r. Teraz trochę się poprawiło, z abonamentu jest 600 mln zł, ale TVP potrzebuje 1,5-2 mld. W rezultacie TVP żyje z reklam, proponuje więc program dla najmniej wymagających, by zachować pozycję na rynku reklamowym. Tymczasem niemiecka ARD czy BBC, najbogatsze na świecie, nie są od reklam uzależnione. TVP przechodziła różne stadia komercjalizacji, a teraz mamy komercjalizację konwulsyjną. Zachowania zarządu też nie są najmądrzejsze, w programie jest mnóstwo powtórek, nowych produkcji coraz mniej. To już stadium agonalne. Telewizja Polska nie jest w stanie podjąć walki konkurencyjnej, zadania publiczne nie są realizowane. Na Zachodzie podpisuje się kontrakty na realizację odpowiednich celów publicznych, a nam usiłuje się wmówić, że np. film o wampirze, który wysysa krew z domowników, wypełnia misję umacniania rodziny. Nastąpił tzw. dryf instytucjonalny. Ludzie, którzy pracują w TVP, chcą ją jakoś utrzymać, ale nie realizują żadnych innych zadań niż poszukiwanie źródeł zarobku.
Prof. Krystyna Doktorowicz, medioznawca, UŚ
Struktura TVP nie odpowiada nowoczesnej organizacji medialnej. Za duże zatrudnienie, związki zawodowe wielu grup, nadmierne zbiurokratyzowanie. Jednocześnie TVP musi konkurować z innymi nadawcami na rynku, walcząc o widza i reklamodawców. Sprzedaje zatem produkt tani i chwytliwy. Niestety, nie ma gwarancji finansowania programów dla małego audytorium, ale o wysokim poziomie artystycznym.

Dr Tomasz Gackowski, z-ca dyrektora Instytutu Dziennikarstwa, UW
Odpowiedzialność jest rozłożona kaskadowo, zgodnie z hierarchicznym systemem medialnym stworzonym w Polsce na wzór francuski. Najpierw Sejm i Senat negocjowały projekt ustawy medialnej, potem wyłania się radę nadzorczą, która powołuje zarząd. Początkowo system dawał szanse rozwoju, ale konkurencja i brak stałego źródła finansowania sprawiły, że telewizja publiczna musiała się zmierzyć z ofertą stacji komercyjnych. A ponieważ miała także dodatkowe zadania wynikające z obowiązków nadawcy publicznego, zaczęła przegrywać. Pojawiły się szanse usprawnienia systemu podczas dyskusji nad składem nowego zarządu, ale to nie zmieniło ogólnego stanu tej instytucji.

Prof. Ignacy S. Fiut, medioznawca i filmoznawca, AGH
Praca w mediach to niewątpliwie świetna robota, dająca dobre perspektywy życiowe i pozwalająca urządzać nawet całe rodziny. Obecnie dziennikarze muszą się stawać celebrytami, gwiazdami przyciągającymi uwagę mało ambitnej pod względem intelektualnym publiczności, najczęściej przywiązanej do takiej formy odbierania przekazu, jaką jest podglądactwo, bo w całym przekazie medialnym dominuje kultura obnażania duchowego i cielesnego. To proste przedłużenie kultury zachodniej, szczególnie amerykańskiej, wynikające z tabloidyzacji mediów, która nakręca oglądalność wśród tzw. społeczeństwa masowego. Nie ma w tych przekazach wiele do myślenia, są za to źródłem najczęściej chorych emocji (zazdrości, egoistycznych postaw, agresji), szczególnie w formie mowy nienawiści, w której brylują nasi politycy, deklarujący, że w ten sposób budowane jest społeczeństwo demokratyczne. Budowie tej ma służyć przekonanie, że w Polsce kwitnie demokracja – przepraszam za wyrażenie – całą mordą! Zarówno media publiczne, jak i komercyjne mają głęboko gdzieś misję i obowiązki wobec społeczeństwa. Jedynym ich celem jest pogoń za zyskiem i pomnażaniem mamony, by kupić sobie coraz bardziej skandalizujące gwiazdy i celebrytów, by jeszcze silniej przyciągnąć uwagę i rozlać chore emocje wśród publiczności, która coraz bardziej traci rozum nie tylko zbiorowy, ale i jednostkowy. Cały proces przekazu informacji sprowadza się do adaptowania wcześniejszych przekazów unijnych i amerykańskich, tak że z góry można przewidzieć, co przeczytamy, usłyszymy i zobaczymy. Właściwie została odrzucona zasada oddzielania informacji od komentarza. Publiczność jest nieustannie eksploatowana w celu pomnażania kapitału światowych koncernów medialnych i bankowych, których działania są poza wszelkim prawem! Język polski w mediach uległ zupełnej degrengoladzie i pewnie za 20 lat przeciętny Polak będzie mówił pidżinem angielsko-niemiecko-rosyjskim. A co to znaczy? Zniknie świadomość narodowa, kultura i polskość. „Polak” zaś będzie funkcjonował w świadomości globalnej jako symbol taniej siły roboczej i nawiedzony katolik. Wykształceni Polacy, którzy gremialnie uciekają za granicę, niedługo przestaną się przyznawać do polskich korzeni, bo to w globalizującym się świecie będzie wielkim obciachem.

Dr Jacek Lindner, medioznawca, Wyższa Szkoła Gospodarki w Bydgoszczy
To smutne, ale TVP naprawdę dołuje. Głupie zachęty naszych „mężów stanu”, aby nie płacić abonamentu, sprawiły, że TVP musiała się ustawić w wyścigu do tortu reklamowego. To zaś oznacza, że program trzeba było dostosować do potrzeb najmniej wymagających odbiorców. Do tego doszły czystki polityczne kolejnych ekip i zniszczony został bardzo delikatny most przyzwyczajeń widzów, który wiódł ich do wybierania kanału TVP. Odpowiedzią na ucieczkę widzów było kolejne dołowanie jakości programu. Zaistniało zjawisko kuli śnieżnej, które trudno zatrzymać.

Not. BT

 

Wydanie: 12/2015

Kategorie: Media

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy