Twarz IV RP

Twarz IV RP

Minister Waszczykowski potwierdził ocenę, którą wyrażaliśmy wielokrotnie.

Stało się to przy okazji dyskusji nad kandydaturą Tomasza Młynarskiego na ambasadora we Francji. Młynarski, dodajmy, jest profesorem w Instytucie Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Doświadczenie dyplomatyczne ma zerowe. Niewielkie – w administracji. Bo był przez jakiś czas dyrektorem gabinetu wojewody małopolskiego. Szczerze mówiąc, niewysoka to funkcja i raczej techniczna, ale Waszczykowski za to go chwali. I za co jeszcze? Dlaczego go wybrał?

Wyjaśnia następująco: „Intensywnie poszukiwaliśmy właściwego kandydata, który łączyłby w sobie doświadczenie, wiedzę o Francji, Unii Europejskiej, a jednocześnie po 28 latach od transformacji mógłby być bez wstydu twarzą nowej Polski. Poprzedni, którzy byli odwołani, taką twarzą być nie mogli. Prawda? Mimo że mieli kilkudziesięcioletnie doświadczenie, nie służyło ono nowej Polsce. To jest oczywiste”.

No, nie wiem, czy oczywiste. Chyba że, mówiąc „nowa Polska”, mamy na myśli inne kraje. Waszczykowski pewnie uważa, że jest nią Polska dzisiejsza, pisowska. W tym sensie ambasador jest dla niego przedstawicielem nie państwa, ale partii, która aktualnie rządzi, czyli PiS.

To zresztą by się zgadzało – bo minister w dalszej części wystąpienia tłumaczył, jacy ambasadorowie są mu potrzebni. „Ambasador musi mieć zdolność powiedzenia czegoś. Zawodowy dyplomata nie musi nic mówić. W stolicach głównych państw potrzeba nam oprócz ludzi, którzy posiadają pewne umiejętności administracyjne i dyplomatyczne, osób, które będą potrafiły przedstawić stanowisko Polski, wyjaśnić, wytłumaczyć, wejść w dyskurs i przedstawić argumenty. Zawodowy dyplomata nie jest szkolony, aby wejść w dyskurs. Jest szkolony, aby ściągać informacje do własnego kraju na temat tego, co się dzieje w innych krajach. Chciałbym, i robię to konsekwentnie od wielu miesięcy, aby w kluczowych placówkach RP za granicą, w kluczowych państwach, byli intelektualiści, którzy mogą być twarzą Polski i podjąć dyskusję w krajach urzędowania”.

Kredo Waszczykowskiego na pierwszy rzut oka wygląda logicznie. Owszem, są sytuacje, kiedy na stanowisko ambasadora wysyła się kogoś wyjątkowego, kto poza dyplomatycznymi procedurami może prowadzić efektywną politykę. Kimś takim był Szewach Weiss, ambasador Izraela w Polsce, taką rolę odgrywał w Kijowie Wiktor Czernomyrdin, były rosyjski premier. Człowiekiem tej kategorii był Stanisław Ciosek w Moskwie, a także Jerzy Koźmiński w Waszyngtonie. Ale wszyscy oni są postaciami, które zanim weszły do dyplomacji, zbudowały sobie pozycję w kraju.

Przy całym szacunku, jak można porównywać do nich ambasadorów Młynarskiego, Przyłębskiego (to ten TW z Niemiec), Rzegockiego (Wielka Brytania), Wilczka (USA)?

Owszem, mają tytuły naukowe, ale to bardziej szeregowi pracownicy polskich uczelni niż gwiazdy, które mogłyby zainteresować amerykańskie, niemieckie czy francuskie elity polityczne. Przykład ambasadora Przyłębskiego, który jest dziś w Niemczech obiektem kpin, nie tylko z powodu uporczywego poszukiwania sali kinowej, żeby wyświetlić „Smoleńsk”, to potwierdza.

Nie chcę się wyzłośliwiać, mówić: jaka partia, tacy intelektualiści, ale przecież samo się to narzuca.

Wydanie: 24/2017

Kategorie: Aktualne, Kronika Dobrej Zmiany

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy