Tybet, kolej i uprzedzenia

Tybet, kolej i uprzedzenia

Otwarcie linii kolejowej do Lhasy okrzyknięto ostatnim etapem kolonizacji Tybetu przez Chińczyków. Tymczasem historia związków Tybetu z Chinami jest o wiele dłuższa

Otwarcie linii kolejowej Qinghai-Tybet wywołało w polskiej prasie chyba tyle emocji, co podobne imprezy w najlepszych czasach propagandy sukcesu. Ale tym razem nie chodziło o sukces budowniczych, choć jest się czym pochwalić. Nowa linia łączy stolicę prowincji Qinghai – Xining ze stolicą Tybetańskiego Regionu Autonomicznego – Lhasą. Jej długość wynosi 1956 km i nazywana jest „drogą na niebie”. A to ze względu na jej położenie. Jest ona najwyżej położoną linią kolejową na świecie. Dotychczas rekord należał do kolei transandyjskiej, której pomysłodawcą i budowniczym był polski inżynier Ernest Malinowski (1808-1899). W najwyższym punkcie kolej ta położona jest na wysokości 4818 m n.p.m. Nowa linia biegnie natomiast m.in. przez przełęcz Tanggula na wysokości 5072 m n.p.m. Na jej trasie znajduje się również najwyżej położony tunel kolejowy na świecie – na wysokości 4905 m n.p.m., o długości 1338 m. Pociągi składają się ze specjalnie klimatyzowanych wagonów, ze względu na niskie ciśnienie atmosferyczne panujące na tych wysokościach. Linię budowało ok. 20 tys. robotników. Oficjalnie budowę rozpoczęto 8 lutego 2001 r. Trwała pięć lat. Jej koszt szacowany jest na ok. 4 mld dol.
Jednak to nie dane techniczne były przedmiotem ostrych dyskusji. Kolej ułatwi transport ludzi i towarów między Chinami właściwymi a Tybetem. A ten ostatni szczególnie pokochały światowe media, mimo że jest on tylko jednym z wielu regionów świata, gdzie działają ruchy niepodległościowe. W samych Chinach walka o uniezależnienie się od rządu centralnego przybiera o wiele ostrzejszy charakter w prowincji Xinjiang. Ale zamieszkujący ją Ujgurzy są muzułmanami, a islam nie cieszy się ostatnio uznaniem środowisk opiniotwórczych.
Otwarcie linii okrzyknięte zostało ostatnim etapem kolonizacji Tybetu przez Chińczyków. Mówi się, że kolej przywiezie do Tybetu tylko w tym roku 2,5 mln ludzi. To znaczy, że pociągi będą wracać puste?
Aktywiści broniący praw człowieka w Polsce upodobali sobie krytykę Chin. Może dlatego, że są one komunistyczne przynajmniej z nazwy, a nasi intelektualiści kochają walkę z komunizmem, zwłaszcza gdy już dawno upadł. Wielu na pewno próbuje w ten sposób zmazać swe grzechy młodości. Ale na świecie są jeszcze inne przyczyny ataków na Państwo Środka. Chiny, gdzie łamie się prawa człowieka pewnie nie częściej niż średnio na świecie, są dziś państwem o jednym z najszybszych wskaźników wzrostu PKB. A licząc 1,3 mld ludzi (plus jeszcze jakieś 100 mln urodzonych bez zezwolenia władz i niewpisanych do oficjalnych statystyk), mogą się stać największym mocarstwem świata. Według danych CIA już są na drugim miejscu pod względem wartości PKB. To może sprawić, że pewne tamtejsze normy mogą wpłynąć na standardy przyjmowane w innych krajach. Wreszcie chodzi o pieniądze i zwykłą konkurencję. Dlatego walka o prawa człowieka w Chinach jest tak ostra, zwłaszcza przed podpisaniem przez nie jakiegoś wielkiego kontraktu.
Wokół Tybetu tworzy się również wiele mitów. Jednym z nich jest przedstawianie jego mieszkańców jako podobnych do dalajlamy spokojnych ludzi poświęcających swe życie medytacji. Kto jednak choć raz widział Tybetańczyków w barze, przekona się, że jest zupełnie inaczej. Trudno jest też powiedzieć, czy walka Tybetańczyków dla wszystkich ma charakter narodowowyzwoleńczy. A już na pewno niewłaściwe jest stwierdzenie, że Tybet został podbity przez Chiny w 1950 r. Historia związków Tybetu z Chinami jest o wiele dłuższa, a kwestia jego przynależności do Chin z punktu widzenia samych Chińczyków wymaga pewnego przybliżenia.
Trzeba pamiętać, że pojęcie „naród” pojawiło się w Chinach, a właściwie wśród nielicznych przedstawicieli elit utrzymujących kontakty ze światem zachodnim, dopiero na przełomie XIX i XX w. Jego wcześniejszy brak wynikał z innego niż zachodni sposobu definiowania państwa. W dawnych Chinach państwo obejmowało swym zasięgiem cały świat.
Tak jak jedno słońce świeci na niebie, tak jeden cesarz panuje pod niebem. To uniwersalne państwo zamieszkiwały różne ludy mówiące własnymi językami i mające własne obyczaje i religie. Ludy mieszkające w środku państwa (Zhongguo Ren – dosłownie człowiek ze środka państwa, obecnie znaczy Chińczyk) podlegały wpływowi cesarza spełniającego na świecie misję cywilizacyjną. Ludy żyjące na obrzeżach państwa lub odporne na cesarskie oddziaływanie nazywano barbarzyńcami. Barbarzyńcy ci mogli być mniej lub bardziej dzicy, w zależności od tego, jak bardzo odlegli byli od wzoru kultury niesionej przez cesarza. Wraz z pojawieniem się koncepcji narodu chińskiego ludy cywilizowane zaczęto utożsamiać z tym narodem, a barbarzyńców z mniejszościami narodowymi.
Po rewolucji 1911 r. i upadku władzy cesarskiej zwyciężyła w Chinach koncepcja państwa pięciu narodów: Han (Chińczyków), Mandżurów, Mongołów, Ujgurów (muzułmańskich mieszkańców północno-zachodnich Chin) i Tybetańczyków. Symbolem tej idei była pięciokolorowa flaga Republiki Chińskiej. Idea ta przetrwała w Republice Chińskiej (od 1949 r. obejmującej już tylko Tajwan z częścią wysp wokół chińskiego wybrzeża) aż do końca XX stulecia, czyli do utraty władzy przez Partię Narodową. Działo się tak, można by rzec, na przekór rzeczywistości. Po utracie Tybetu na rzecz Anglii Chiny zajęły go w 1910 r., ale już w 1913 r. ogłosił on niepodległość i przez kilkadziesiąt lat pozostawał faktycznie niezależny od władz centralnych (podobnie zresztą jak większość terytoriów Chin, różnie w różnych okresach) aż do lat 50. ubiegłego stulecia. Mongolia natomiast stała się państwem znajdującym się pod radzieckim protektoratem. Mimo to w tajwańskich szkołach i wszelkich wydawnictwach mówiono o Mongolii jako chińskiej prowincji.Dopiero w 2001 r. rząd w Tajpej uznał jej niepodległość. Zajęcie Tybetu przez Armię Ludowo-Wyzwoleńczą stanowiło więc wyraz mających długą tradycję przekonań o związkach Tybetu z państwem chińskim i dążenia do jedności tego państwa.
Faktem jest, że przynależność do mniejszości narodowej w Chinach nie jest do pozazdroszczenia. Pojęcie mniejszości narodowej wiązało się bowiem w chwili jego zaszczepienia do chińskiej świadomości z pojęciem barbarzyńcy. Wzajemna niechęć Hanów i innych grup etnicznych przybiera czasem formę zbrojnej konfrontacji. Prawdą jest, że każdy naród ma prawo do samostanowienia, o ile ma świadomość swojej odrębności. Należy jednak unikać stereotypowych stwierdzeń i mitycznych wyobrażeń do opisu rzeczywistości, a wtedy łatwiej uda się rozwiązać istniejące problemy.

 

Wydanie: 31/2006

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy