Partia bez pracy

Partia bez pracy

Kryzys brytyjski ilustruje, jak trudno jest prowadzić nową politykę starymi sposobami

Po latach niewypałów tym razem miało być inaczej. Od czasu odejścia – i to raczej w niesławie – Tony’ego Blaira ze stanowiska szefa partii brytyjscy laburzyści nieustannie borykali się z problemem przywództwa. A konkretnie jego braku. Przynajmniej na takim poziomie, który zjednoczyłby coraz bardziej podzieloną partię, dał odpór ofensywie konserwatystów, a potem przynajmniej spróbował zatrzymać Wielką Brytanię w Unii Europejskiej. Gordon Brown może i był świetnym ekonomistą, ale tłumów porwać nie umiał. Ed Miliband miał wprowadzić Partię Pracy w XXI w., zbliżyć do młodego elektoratu, podjąć rękawicę na polu rodzących się wojen kulturowych, nie tracąc przy tym poparcia tradycyjnie lewicowych najuboższych części społeczeństwa. Nie wyszło mu ani jedno, ani drugie.

Miliband, syn żydowskich emigrantów z Polski, okazał się po prostu gorszą wersją Blaira. Podobnie jak twórca Nowej Lewicy kończył Oksford, ale nie umiał przekuć tego w atut. Tak jak Blair chciał brylować na salonach, kampania w trudnym robotniczym elektoracie go nie kręciła. Do tego zaliczał wpadki wizerunkowe. Eksperci wypominali mu, że w czasie kampanii wyborczej w 2010 r. na debaty telewizyjne zakładał niebieski krawat, tradycyjnie kojarzony z Partią Konserwatywną.

Po nim nastał czas Jeremy’ego Corbyna, postaci tyleż charyzmatycznej dla jednych, co polaryzującej dla drugich. On z kolei miał być brytyjską wersją Berniego Sandersa, ale szybko się przekonał, że to, co mobilizuje silnie zróżnicowane, lecz wciąż wierzące w awans społeczny amerykańskie społeczeństwo, na silnie podzielonych klasowo Brytyjczyków nie działa w ogóle. W dodatku Corbynowi wyciągnięto wiele grzechów z przeszłości, np. lukrowane komentarze na temat Hezbollahu. Panowanie nestora brytyjskiej lewicy nad Partią Pracy skończyło się jeśli nie katastrofą, to co najmniej rozczarowaniem. Po drodze było jeszcze kilku potencjalnych kandydatów – Chuka Umunna, który mógł zostać pierwszym czarnym szefem laburzystów, Liz Kendall zapowiadająca powrót do lewicy materialistycznej, skoncentrowanej na dysproporcjach w dostępie do dóbr. Aż wreszcie nastała era Starmera.

Keir Starmer, były prokurator, zasłużony i sprawny biurokrata, cieszący się opinią merytorycznego eksperta, ale też charyzmatycznego szefa, miał wyprowadzić partię z marazmu. Szła za nim fama bezkompromisowego wojownika o prawa człowieka, miał na koncie spektakularne sukcesy, takie jak udział w kampanii zakończonej wycofaniem kary śmierci w Ugandzie. Wygrywał także sprawy sądowe z korporacyjnymi gigantami, chociażby łamiącą regulacje dotyczące ochrony środowiska siecią McDonald’s. W dodatku świat zdawał się grać z nim do jednej bramki. Kiedy obejmował przywództwo w partii w kwietniu 2020 r., konserwatyści potykali się o własne nogi, usiłując wyprowadzić Wielką Brytanię z Unii Europejskiej. Rosła frustracja związana z brakiem realnego brexitu, a na horyzoncie już majaczyły jego pierwsze negatywne skutki dla gospodarki. W dodatku im dalej w las, na tym więcej… światła mógł liczyć Starmer. Pandemia koronawirusa najmocniej uderzyła w najuboższych, była więc szansa odbić utracone na rzecz torysów dawne bastiony laburzystów w centrum i na północy kraju.

Poparcie dla konserwatywnego premiera Borisa Johnsona spadało po tym, jak w marcu ub.r. poddał Brytyjczyków eksperymentowi na żywym organizmie, trzymając kraj otwarty na oścież mimo szerzącej się zarazy. Do tego pod koniec roku zakorkował się port w Dover, zapowiadając ogromne problemy z zapewnieniem na Wyspach zaopatrzenia przemysłu, sklepów, nawet sektora medycznego. Potem przyszedł jesienny kryzys paliwowy i gigantyczny spadek liczby studentów na brytyjskich uczelniach z powodu wyższych, postbrexitowych opłat za czesne, a jeszcze było propagandowe starcie z Chinami, które wyrzuciły z kraju brytyjskich dziennikarzy. Efekt? Partia Pracy jest… dokładnie tam, gdzie była. Daleko za rywalami.

Według sondaży na koniec października laburzystów popiera 35% respondentów – mają 4 pkt proc. mniej od torysów. W przypadku brytyjskiej polityki to jednak dane nie do końca reprezentatywne, bo w tamtejszym jednomandatowym systemie wyborczym ogólny odsetek poparcia w społeczeństwie niekoniecznie przekłada się na końcowy wynik. Mówiąc prościej, może mieć Partia Konserwatywna – i ma – niewielką przewagę w skali kraju, a później wygra wybory w sposób nokautujący, dominując w większej liczbie okręgów. Tak się stało chociażby w ostatnich wyborach parlamentarnych, w 2019 r., kiedy Partia Pracy prawie zniknęła. Torysi zyskali 48 nowych mandatów, laburzyści stracili ich 60 (również na rzecz Zielonych i Liberalnych Demokratów), a przecież przed wyborami i tak byli w opozycji. Ta klęska ostatecznie wyrzuciła Corbyna z partyjnej orbity. Starmer swój pierwszy test wyborczy miał w maju tego roku, w wyborach samorządowych, ale wcale nie poszło mu lepiej. Partia Konserwatywna zyskała 235 nowych radnych, co dało jej większość w 13 nowych regionach. Lewica znów poniosła tylko i wyłącznie straty. I to wszystko w chwili, w której trudno byłoby sobie wyobrazić lepsze warunki do triumfalnej opozycyjnej ofensywy.

Jednocześnie partyjni notable obecnego przewodniczącego chwalą, wewnętrznej opozycji wobec niego brak, a niepowodzenia tłumaczy się głównie pandemicznym paraliżem kraju. Dlatego Starmer, mówią jego zwolennicy, nie był w stanie zmobilizować elektoratu na majowe wybory. Patrząc więc na sytuację Partii Pracy, można przekornie zapytać: skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?

W pewien przewrotny sposób to pytanie już zawiera w sobie odpowiedź. Keir Starmer jest przywódcą „za dobrym”. Trudno przyczepić się do czegokolwiek, co mówi publicznie, jednocześnie nie mówi nic, co zasługiwałoby na uwagę mediów i przede wszystkim wyborców.

Cokolwiek by mówić o Corbynie czy wcześniej Milibandzie – oni przynajmniej mieli wielkie plany. Nietrafione, nierealne, ale ambitne – jak Corbynowska renacjonalizacja przemysłu czy reforma uniwersytetów z czasów Milibanda. Starmer w kółko opowiada o potrzebie zjednoczenia na lewicy, zapewnienia stabilności i bezpieczeństwa brytyjskim klasom ludowym, okazjonalnie dorzuca politycznie poprawne kawałki o klimacie. Na żadnej z tych płaszczyzn nie jest jednak nawet liderem samej lewicy, nie mówiąc o całej brytyjskiej scenie politycznej. W polityce klimatycznej wyraźniejszy jest głos Tony’ego Blaira, który założył własny think tank i raz po raz trafia na czołówki gazet. O wykluczeniu lepiej mówi Miliband, prowadzący obecnie popularny podcast „Reasons to be Cheerful”, co można przetłumaczyć jako „Powody do zadowolenia”. Starmer jest po prostu poprawny, a to nie wystarczy, żeby wydobyć Partię Pracy z marazmu.

Nie samym przewodniczącym jednak ugrupowanie stoi. Wokół niego powinna być przecież grupa doradców, spin doktorów, ideologów. To właśnie praca zespołowa wyniosła lewicę do największego triumfu w jej dziejach. 14 lat rządów Nowej Lewicy w latach 1997-2010 to efekt stworzenia socjaldemokratycznej koncepcji „trzeciej drogi” – wspólnego dzieła Blaira, Browna, Anthony’ego Giddensa, Petera Mandelsona i Alistaira Campbella.

Starmer takiej grupy za sobą nie ma, co tylko pokazuje, że w kryzysie jest cała Partia Pracy, a nie samo ścisłe kierownictwo. Z czego to wynika? Komentatorzy i badacze są zgodni – z przespanego momentu dziejowego. Laburzyści nie umieli zareagować na gigantyczne wstrząsy w brytyjskim społeczeństwie ostatniej dekady. Po pierwsze, tradycyjna klasa robotnicza, która historycznie dawała im poparcie, przestała istnieć – również przez masową migrację i fakt, że napływowi pracownicy są znacznie mniej skłonni chociażby do zapisywania się do związków zawodowych. Po drugie, z zaskoczenia wziął ich szkocki nacjonalizm i wzrost poparcia SNP. Szkocja, dawniej dla lewicy bezpieczna kraina, dzisiaj wydaje się nie do odzyskania. Po trzecie, przegrane referendum brexitowe, którego konsekwencji tłumaczyć nie trzeba. I wreszcie – brak zaangażowania w wojny kulturowe, monopolizujące politykę wśród najmłodszych części elektoratu. Angela Nagle, irlandzka kulturoznawczyni, zwraca uwagę, że w ostatnich kilku latach w społeczeństwach rozwiniętych cała liberalna polityka została właściwie zredukowana do polityki tożsamościowej. Nic innego już nie ma. Starmer w takich realiach nie odnajduje się kompletnie, mówi językiem starej lewicy, zakotwiczonej w XX w. i polityce faktów, a nie narracji. Nie umie płomiennie bronić uchodźców czy osób identyfikujących się jako niebinarne. Nie trafia do młodych. Przypadek jego i jego ugrupowania dobitnie ilustruje więc tezę, że w polityce mamy na świecie do czynienia z ogromnym przesileniem normatywnym. Partia Pracy na razie na nim nie wygrywa. A nawet może go nie przeżyć.

m.mazzini@tygodnikprzeglad.pl

Fot. East News

Wydanie: 45/2021

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy