Niedemokratyczna pani Birmy

Niedemokratyczna pani Birmy

Aung San Suu Kyi wybrała zawód polityka. I chyba nie ma żadnego pomysłu na kraj

Dr Michał Lubina – biograf Aung San Suu Kyi

Książkę „Pani Birmy”, biografię birmańskiej bohaterki narodowej, bojowniczki o demokrację, laureatki pokojowej Nagrody Nobla, zaczynasz od strącenia jej z piedestału, sugerując, że nie jest to postać jednoznaczna.

– I dlatego właśnie jest ciekawa. Nie lubię bajek, a dotychczasowa historia osnuta wokół Aung San Suu Kyi była bajką. I to dla małych dzieci – o walce dobra ze złem. Tymczasem ja cenię fakty. Domyślam się, w którą stronę idzie ten zarzut – że kwestionuję jej życiowe wybory. Może nawet powiesz, że sprzyjam generałom rządzącym Birmą? Nic z tych rzeczy. Po prostu patrzę na Aung San Suu Kyi jak na polityka, to jedyny dojrzały punkt widzenia.

Polityka, który – jak piszesz – jest przegrany.

– Przegrywający, ale jeszcze nie przegrany. Walczy z bardzo silnym przeciwnikiem. Jeśli spojrzymy na proporcje sił – samotna kobieta kontra krwawy reżim – okaże się, że jest jednak politykiem bardzo skutecznym, bo wciąż jest w tej grze.

Ale czy obchodząca za chwilę 71. urodziny Aung San Suu Kyi w ogóle chciała zostać politykiem? Nauki polityczne na Oksfordzie skończyła na trójach, po studiach zaprzepaściła kilka szans zawodowych. To mało błyskotliwy start kariery.

– Nie da się tego stwierdzić bez roztrząsania wątków osobistych, a tego nie chcę robić. Odnoszę wrażenie – potwierdzają to zgromadzone przeze mnie dane – że bardzo długo szukała swojego miejsca w życiu. Polityka wcale nie była jej celem, mimo że otoczenie pchało ją w tę stronę. Wyraźnie jednak jej to nie szło. Jako studentka rzeczywiście zbierała słabe oceny. Jasne, nie trzeba być dobrym studentem politologii, żeby potem zostać dobrym politykiem, czasami wręcz nie należy, ale to chyba nie był jej pomysł na życie. Raczej płynęła na fali wydarzeń. Oksford, małżeństwo z Michaelem Arisem, pionierem tybetologii, potem życie pani domu, dzieci. I nagle, gdy przyjechała do Birmy, do umierającej matki, polityka ją znalazła.

Jej matka była dyplomatką, ojciec – Aung San – bohaterem narodowym, założycielem armii. To musiało ukształtować jej poglądy.

– Ale ojciec i córka to kompletnie różni politycy. Aung San, twórca birmańskiej armii i przez krótki czas szef państwa, stosował bardzo brutalne metody walki. Aung San Suu Kyi ze swoim wzorowanym na Gandhim hasłem „Zero przemocy” kompletnie do niego nie pasuje. Ale to prawda – wyrastała w atmosferze domu bohatera, a matka podsycała w niej kult ojca. Aung San Suu Kyi od samego początku chciała być jego godna. Dorównać mu, dokończyć jego dzieło. Kiedyś powiedziała nawet, że to ojciec był jej pierwszą i największą miłością.

Ale przecież ojciec też nie był postacią jednoznaczną, raczej polityczną chorągiewką. To mało ciekawy wzór do naśladowania.

– Był klasycznym realistą politycznym, człowiekiem, który wszystkich zdradzał. Ale równocześnie – to trzeba przyznać – był politykiem wybitnym, choć makiawelicznym. Chińczycy mówią, że niebezpieczne czasy tworzą wielkich bohaterów. Jeśli jesteś córką takiej postaci, nie masz wyboru, musi stać się ona dla ciebie wzorem. W Birmie panował silny kult Aung Sana. A że mordował i zdradzał? Po pierwsze, nie są to fakty szeroko znane, a po drugie, można je jakoś z punktu widzenia Birmańczyków usprawiedliwić. W końcu mordował nie swoich, tylko mniejszości etniczne.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 24/2016

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy