Tylko dens ma sens – rozmowa z Januszem Kondratiukiem

Tylko dens ma sens – rozmowa z Januszem Kondratiukiem

Producent traktuje reżysera jak kogoś, kto szasta jego pieniędzmi

Dla kogo zrobiłeś „Milion dolarów”?
– Dla siebie i najbliższych znajomych. Także – dla ludzi, bo lubię, gdy się śmieją. Ale tak naprawdę zrobiłem ten film do kina… Jednak tobie chodzi o tzw. target?
Tak, bo dzisiaj tylko target się liczy.
– Nie brałem tego wcale pod uwagę… Sam jestem ciekaw, kto pójdzie na ten film. Chciałem, aby ludzie mogli za te 20 zł się pośmiać, a także wzruszyć.
Ja już obejrzałam twój film. Pokazujesz w nim mentalność małomiasteczkową. Zgadzasz się?
– Nie, nie zgadzam się. Ukazałem mentalność przeciętnego Polaka.

nnnPRorocy

Twoi bohaterowie powtarzają często: „Dziś tylko dens ma sens”. Co to znaczy?
– Żyjemy w Europie w relatywnie spokojnych czasach, bez wojen, bez drapieżnych ideologii, lepiej lub gorzej, po prostu jako tako. Wartości proponują nam nie prorocy, poeci, filozofowie, tylko PR-owcy i specjaliści od marketingu. Media i reklama proponują nam bajkowy, idiotycznie radosny świat, w którym „prodakt plejsment” wskazuje prostą drogę do rajskiej szczęśliwości. Raj to miejsce, gdzie trwa nieustająca przecena, a nabycie przecenionych towarów dostarcza niebiańskiej rozkoszy. Mamy cieszyć się, fikać koziołki, być szczęśliwi! W tym układzie nie ma miejsca na wątpliwości i rozterki duchowe. „Tylko dens ma sens”.
Co masz na myśli?
– Myślę o takich wartościach jak wiara, nadzieja, miłość, uczciwość, społecznikostwo, misja. To coś, dla czego warto żyć! Tego świata już nie ma. Pozostaje więc dens – czyli nic.
Twój film opowiada także o naturze człowieka, jej jasnych i ciemnych stronach, np. o chciwości…
– Zamiast chciwości użyłbym określenia „marzenie o posiadaniu”. Ludzie tęsknią za dobrymi, solidnymi rzeczami. Przez 45 lat dawnego ustroju otaczała nas bylejakość. Mieliśmy pralkę Franię, która była skrzyżowaniem beczki z wyżymaczką, meble z płyty paździerzowej, a zamiast czekolady jedliśmy blok czekoladopodobny. Teraz ludzie mają ogromną potrzebę obcowania z ładnymi przedmiotami, tęsknią za luksusem.
Czy twój film nie ukazuje tych problemów w krzywym zwierciadle? Nie będziemy zdradzali akcji, ale główna bohaterka w pewnym momencie wchodzi do supermarketu i wychodzi stamtąd bardzo dziwnie odmieniona. Ma na sobie paskudną wieczorową suknię, ale jej wydaje się, że jest świetnie ubrana, bo w podobnej widziała jakąś panią w telewizji.
– Nie widzisz różnicy pomiędzy, powiedzmy, Lady Gagą a naszymi celebrytkami? Ona potrafi przyjść na przyjęcie w kreacji z surowego mięsa. U nas gwiazdy licytują się na obrzydliwie luksusowe kiece zakupione u sławnych kreatorów mody lub w znanych butikach. Rolę gra cena. Niedawno oglądałem plakaty z pewną gwiazdą, która była odziana w drogie futro i kolię z diamentów. Pomyśl tylko, jaka bieda za tym stoi. Wyjście w futrze w całej Europie grozi oblaniem farbą. I nie wpuszczą cię do porządnego domu. U nas to ciągle wyznacznik powodzenia.
W twoim filmie zagrała plejada znakomitych artystów: Kinga Preis, Tomasz Karolak, Andrzej Grabowski… Kinga Preis jest w swej roli świetna. Ale mnie najbardziej rozśmieszyła postać grana przez Grabowskiego.
– Andrzej Grabowski ma dar tworzenia niebanalnych postaci. Zobacz, co on zrobił z Kiepskiego – bohatera kultowego! Ja go obsadziłem w roli szarpidruta, który grywa do kotleta na zabawach w domu kultury. Te jego odzywki, ruchy, przeplatanki są nie do podrobienia.
Zgadza się, widzimy nowe wcielenie pana Andrzeja. Zobaczyliśmy też Tomasza Karolaka w innej roli…
– Co prawda Tomek Karolak grał już role muzyków, ale ten jest inny – kocha to, co gra. Poza tym jest to w polskim filmie bohater niespotykany: spokojny, pogodny, słaby i zakochany z wzajemnością we własnej żonie. Typowy przeciętny gość.
To prawda. Przeważnie on jest silny.
– Często hamletyzuje, a żona to jędza. Ja się tu pobawiłem zupełnie inaczej. Chciałem pokazać parę dobrych i kochających się ludzi.
Chyba ci się udało. A jak się pracowało z Barbarą Krafftówną, która jak zwykle stworzyła niezwykłą postać? Przy okazji – ściągnąłeś ją aż ze Stanów, gdzie mieszka na stałe.
– Moim ideałem kobiety była i jest mała ruda o zielonych oczach. Kochałem się w Barbarze Krafftównie. Szkoda, że nie poznałem jej, kiedy byłem młody. Teraz, gdy na plan wchodziła pani Barbara i zaczynała grać, wszystkich zatykało. Robi to z taką lekkością, po mistrzowsku. A jeśli coś trzeba zmienić w jej postaci, chwyta to w lot i idealnie poprawia, całkowicie wcielając się w nową wersję. Praca z nią to coś w rodzaju gry na skrzypcach Stradivariego. Skrzypek ten sam, ale efekt zupełnie inny.

Allen młodszy brat

Jest coś, co mnie w tym filmie drażni. Kopulująca para, która robi to w pokoju przechodnim, a ogląda ją ciągle jeden z głównych bohaterów, który przechadza się tamtędy dość często. Nie chodzi mi już o to, co oni robią i jak… Tylko czy ludzie w Polsce jeszcze tak mieszkają?
– Pewnie.
Ale chyba to są slamsy. A w filmie jest to jakaś przeciętna kamienica.
– Akcja toczy się w Gdańsku, w jednym z domów, które zostały wybudowane dla stoczniowców. Takie zostały do dziś. I to nie są żadne slamsy. Czy przypadkiem nie wszczepiono ci filtra telewizyjnego, który przerabia mieszkania na ładniejsze, niż są w rzeczywistości? A ludzi na piękniejszych? W moim filmie ten przejściowy pokój wynajmują dwie dziewczyny z prowincji, pracujące sezonowo w Gdańsku. Skąd mają mieć pieniądze na lepsze mieszkanie?
Dobrze, to może ja się mylę.
– Dziwny wydaje się główny bohater, który zamiast mebli ma w mieszkaniu stosy gazet…
Nie odkrywajmy może wszystkich kart, by nie zdenerwować przyszłych widzów. Powiedz, proszę, dlaczego nie zatrudniłeś naturszczyków jak dawniej?
– Teraz też chętnie bym to powtórzył.
Dlaczego tego nie zrobiłeś?
– Nie wiem. Po pierwsze, nie znalazłem takich „samorodków złota”. Może wymarli? Po drugie, chciałem też popracować sobie z dobrymi aktorami. Aby ta moja rzeczywistość filmowa była prawdziwa, ale nie dokumentalna, tylko wykreowana.
Ale ona sprawia wrażenie paradokumentu.
– Może i jest na granicy dokumentu… Założyliśmy z aktorami, że robimy tragifarsę, ale bez tzw. komediowego grania. Mnie nigdy nie interesowało, aby wielki aktor zrobił w filmie jakąś kreację. Po prostu ma się stać żywą i prawdziwą postacią.
Co powiesz na to, że filmy twoje i Andrzeja Kondratiuka „Guardian” z 24 marca (przy okazji przeglądu kina polskiego) porównał do kina Woody’ego Allena? Tytuł artykułu brzmiał tak: „Janusz Kondratiuk: polska odpowiedź na filmy Woody’ego Allena”. Czy zgadzasz się z taką opinią?
– Absolutnie nie.
?
– Bo my z Andrzejem byliśmy pierwsi. Ale na poważnie – to oczywiście komplement. Prawdopodobnie dziennikarz z „Guardiana” wyczuł coś, co dotyczy nie tylko naszego poczucia humoru, ale i całej kultury polskiej, która, jak żadna inna, ma silne związki z kulturą żydowską i humorem żydowskim. Tak że w pewnym sensie Woody Allen to nasz starszy, chociaż młodszy, trzeci brat (śmiech).
Wasze kino, braci Kondratiuków, porównywano też do filmów Miloša Formana („Miłość blondynki”, „Czarny Piotruś”). Przeciwnicy mistrza pytają: a cóż to za atrakcja oglądać zwyczajnych ludzi, którzy żyją w zwyczajnych, nieciekawych warunkach?
– Zgadzam się z porównaniem naszych filmów do Formana. Ale nie zgadzam się z tą dziwaczną opinią. Cała zabawa polega na tym, że ten świat, pozornie mało ciekawy i oryginalny, dla uważnego widza okazuje się zaskakujący i fantastyczny. W zupie codzienności Forman potrafił wyłowić niespodziewanie smakowite kąski. Czasem jego filmy są jak rozprawa filozoficzna na temat egzystencji ludzkiej. Dorastałem na kinie Miloša Formana. Jeśli widać jakieś zapożyczenia, wszystko się zgadza. Jeśli pracuje się z naturszczykami, też osiąga się podobne efekty.

Podręcznik dla idiotów

Dla „Guardiana” wasze filmy były odkryciem.
– Anglicy ich nie znali, myśleli, że w Polsce robimy tylko jakieś smutne kino, dramaty – albo jest to Katyń, albo dwoje ludzi się kłóci, a za oknem ponura pogoda…
W pewnym momencie rozeszły się drogi twoje i Andrzeja. Wyjechałeś do Austrii. Tam zostałeś profesorem uczelni artystycznej. Brat zaczął uprawiać kino poetyckie.
– Nie czuję takiego kina. Brat ma inną duszę – jest wewnątrz lirykiem. Ja lubię poezję bez takowej.
Ale przecież robiłeś scenografię do jego poetyckich filmów.
– Pomagałem mu prawie przy każdym filmie. Robiłem to i owo, ale nigdy się nie wtrącałem do jego wizji artystycznej, to już była jego działka. Zupełnie niedawno miałem spotkanie w jednym z domów kultury, przyszło tam sporo starszych ludzi. „Gdzie jest to kino pełne pejzaży, plenerów, pięknych miejsc, pór roku, chmur na niebie?”, pytali mnie i dawali przykłady filmów mojego brata. Krytykowali seriale, których akcja toczy się w czterech ścianach, oraz sitcomy, gdzie wszystko dzieje się w studiu. Powtarzali wciąż to samo pytanie: „Dlaczego nie ma już takich filmów, które pokazują piękno tego świata?”.
Ja też pytam, bo i mnie brakuje takiego kina.
– To wysuszenie kina nastąpiło wyłącznie z powodu sknerstwa producentów. Reżyser chciałby pokazać cudowne wschody i zachody słońca, ale przy dzisiejszym trybie produkcyjnym i oszczędnościach to niemożliwe. Trzeba kręcić, gdzie i kiedy się da.
Jak wygląda dziś współpraca reżysera i producenta?
– To ciągły spór. Z jednej strony, producent chciałby mieć fantastyczne filmy, żeby ludzie je oglądali. Ale z drugiej, to dużo kosztuje. A on nie chce stracić i boi się zaryzykować większą sumę. Nie znam takiego producenta, który powiedziałby: „Musisz dorobić jedną scenę, która choć będzie kosztowna, jest potrzebna”. Wręcz przeciwnie. Usłyszysz, że trzeba zmniejszyć liczbę statystów… Producent traktuje reżysera jak kogoś, kto szasta jego pieniędzmi. Budowałem niedawno dom. Zacząłem od robienia fundamentów. Przyjechała ciężarówa z taką ogromną gruchą, z której zaczęła się lać jakaś okropna maź cementowa. Popatrzyłem na tę szarą breję i pomyślałem: „Przecież to są moje pieniądze”. Myślę, że producent odczuwa coś podobnego przy produkcji filmu.
Mówiłeś mi przedtem, że producent na tyle ogranicza pracę reżysera, że mówi ci, do jakiego filmu ten twój ma być podobny i jakich masz zatrudnić aktorów.
– Wszystko zaczyna się od sponsorów. To oni chcą powtórzyć jakiś sukces, np. zrobić film podobny do jakiegoś, który przyniósł pieniądze, z aktorami, którzy – jak im się wydaje – są gwiazdorami z pierwszych stron pism i ludzie po prostu na nich pójdą. A producenci tylko spełniają ich żądania.
Jest jakieś wyjście?
– Myślę sobie czasami, jak fantastycznie można by wypromować Polskę, naszą gospodarkę, gdyby rozsądnie zarządzać twarzami kina i wykreować prawdziwych idoli. Tak, jak to zrobili po wojnie Francuzi. W biednej Francji pojawili się wtedy Gérard Philipe i Brigitte Bardot. To dla nich zaczęto pisać scenariusze. A potem sprzedawano biustonosze bardotki, szminki… Przy okazji zaczęto także handlować francuskim winem, serami, ślimakami i innymi cudami. Francja stała się znowu modna! Nasi sponsorzy nie dorośli do takiego spojrzenia. Im chodzi tylko o doraźny zysk.
Gdybyś miał nieograniczone możliwości, to jakie robiłbyś kino?
– Nie trzymałbym się jakiejkolwiek konstrukcji, akcji. Bawiłbym się obrazami, strzępami opowieści. Chciałbym tworzyć sceny, które byłyby piękne same w sobie. Albo poruszające. Nie lubię tzw. przebiegu fabularnego.
Ja też. Co robi reżyser, kiedy nie kręci filmu?
– Układa jakieś historie albo coś obserwuje i zastanawia się, czy z tego można zrobić film. Cały czas coś mu łazi po głowie. Czuje się przez to wyobcowany. Normalni ludzie po pracy mają wolne. A on nie.
Chyba jednak jest wielka przepaść między pracą na planie a czasem między filmami…
– Nie aż taka. Całe moje życie odbieram jak film. Ale powiem ci, jak to jest, kiedy się skończą zdjęcia. Jest ostatni klaps. Symboliczna lampka szampana. Reżyser wraca do domu albo odwożą go taksówką. I co się dzieje? Na drugi dzień wychodzi z domu i Bogu ducha winnemu człowiekowi stojącemu na przystanku autobusowym potrafi powiedzieć: „Panie, przesuń się pan trochę w lewo, bo pan się źle komponujesz” (śmiech).
Jest jakaś rada na unikanie podobnych sytuacji?
– Najlepiej porządnie się wyspać po ukończeniu filmu. Tak ze trzy dni.
Podobno teraz piszesz książkę.
– Już napisałem. To podręcznik reżyserii, nazywa się „Reżyseria dla idiotów. Wersja uproszczona”. Ale nie dlatego, że odbiorcami mają być jakieś przygasy, głupki. Uważam po prostu, że reżyserii jako takiej można się nauczyć w trzy miesiące. To wystarczy, by mieć prawo zawołać: „Uwaga, cisza na planie. Kamera, akcja!”. Oczywiście do tego też potrzebna jest potworna wiedza o filmie, malarstwie, sztuce i życiu. Ale tego typu informacje można już zdobyć indywidualnie. Zresztą nie jestem taki pewien, czy dzisiaj reżyser musi wiedzieć, kto to był Rafael i czym się różni od Cézanne’a. Współczesna młodzież żyje już w innej cywilizacji. Dla nich Koloseum nie jest najogromniejszym budynkiem na świecie, są już inne cuda architektury. Herakles nie jest największym bohaterem. Może jest nim Batman albo jakaś postać z gier komputerowych?
Jesteś wykładowcą łódzkiej Filmówki?
– Nie, tam wykładałem w latach 90. Ale znam współczesną młodzież. Ostatnio zaś wykładałem w Austrii. Założyłem i prowadziłem na Kunstuniversität w Linzu nad pięknym i modrym Dunajem Wydział Mediów Audiowizualnych.
Kim się zostaje po ukończeniu takich studiów?
– Magistrem sztuki. Ale tak naprawdę można potem robić filmy – fabularne, dokumentalne, animowane, gry komputerowe, można być niezależnym artystą, eksperymentatorem nowych form wizualnych.
Czy w jakiś sposób twoje dzieciństwo wpłynęło na tematykę filmów, które zrobiłeś? Urodziłeś się w Kazachstanie, gdzie rodzina była na zesłaniu. Mówiłeś mi, że wiesz, co to głód, niewola…
– Jeżeli coś we mnie zostało z dawnych czasów, to wielka tęsknota do wolności i pewna niechęć do masowych organizacji.
Czy twoje dzieci znają twoje filmy?
– Częściowo. Widziały mnie jako poważnego profesora. Dopiero teraz zobaczyły mnie w innej roli.
Córka Vera przyjechała specjalnie z Niemiec, gdzie mieszka, na pierwszy pokaz „Miliona dolarów”. Co powiedziała po projekcji?
– Film podobał się jej, ale nie spodziewała się, że ma tak niepoważnego tatusia. Jest uzdolniona plastyczne, robi ładne małe rzeźby, zabawki, układanki. Często dostaję od niej takie prezenty. Ale bardziej niż kinem interesuje się ekologią.
A syn Ian też mieszka w Niemczech.
– Ma 14 lat, jesteśmy bardzo zaprzyjaźnieni. W każdej wolnej chwili przyjeżdża do mnie. Dwa lata temu byliśmy u znajomych w Częstochowie, gdzie spędzaliśmy Wielkanoc. Poszliśmy z dziećmi do klasztoru na Jasną Górę poświęcić jajka. Kiedy doszliśmy na miejsce, synek zapytał mnie: „A gdzie jest broń?”. Myślał, że jest tylko jeden klasztor, Shaolin. Interesuje się, jak to chłopak, sztukami walki i futbolem amerykańskim.
Chciałbyś, aby dzieci poszły w twoje ślady?
– Nie, daję im zupełną wolność wyboru. Zresztą jest tyle bardziej interesujących zajęć na tym świecie… To Babel kiedyś napisał o sobie: „Ja, pisarz, awanturuję się przy biurku, a moi bohaterowie na ulicach lub na rynku. Czy to nie ciekawsze?”.
A jaki będzie następny film?
– Nie powiem.
Komedia?
– To ma być tragifarsa.
Co chciałbyś usłyszeć od widzów, którzy wyjdą z kina po obejrzeniu „Miliona dolarów”?
– To, co usłyszałem na próbnym pokazie: „Dziękuję panu, że mogłam się szczerze pośmiać”. Bo chociaż jest to film odrażający, głupi, zły… to przede wszystkim śmieszny.

Janusz Kondratiuk, reżyser (ur. w 1943 r.), absolwent łódzkiej PWSTiF, twórca m.in. „Dziewczyn do wzięcia” (1972), „Czy jest tu panna na wydaniu” (1976) i „Złotego runa” (1996). Jego nowa komedia „Milion dolarów” pojawi się w kinach już w maju.

Wydanie: 20/2011

Kategorie: Kultura, Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy