Uwierzyli, że MSZ jest ich!

Uwierzyli, że MSZ jest ich!

Byłem pierwszy z grona ambasadorów do odstrzału, bo myśleli, że człowieka bez politycznego poparcia najłatwiej usunąć

II część rozmowy z prof. Jarosławem Suchoplesem, byłym ambasadorem RP w Finlandii (2017-2019)

Panie ambasadorze, jak pana odwoływali? Zadzwonił do pana Andrzej Papierz i powiedział: odwołuję pana?
– Pokażę panu te papiery… Akurat byłem na urlopie, bo córka miała urodziny i zimową przerwę w szkole. I bodajże 18 czy 19 lutego 2019 r. z Biura Spraw Osobowych, a może nawet od Papierza, dostałem informację, że minister Czaputowicz wystąpił o moje odwołanie. Tylko tyle. Natomiast w pierwszym dniu po powrocie z urlopu dostałem pismo z MSZ.

Że Papierz wypowiada panu stosunek pracy. Ambasadorowi!
– Niech pan zwróci uwagę – mam pismo z MSZ, ale nie mam żadnego dokumentu w tej sprawie od prezydenta RP! Zgodnie z konstytucją najpierw musi mnie odwołać prezydent. A cała reszta to już tylko administracja. Jak więc pan Papierz może pozbawić mnie stopnia dyplomatycznego i jeszcze mówić o wypowiedzeniu stosunku pracy? Czyli mamy paradoks, z którego wynika, że Papierz de facto postawił się wyżej od prezydenta RP. Ja o tym zawiadomiłem prokuraturę, ale pani prokurator Maryla Potrzyszcz-Doraczyńska odmówiła wszczęcia postępowania.

A jaki był oficjalny powód pana odwołania? Źle pan pracował?
– Najciekawsze jest właśnie datowane na 18 lutego 2019 r. pismo ministra Czaputowicza do prezydenta Dudy, które znalazłem, przeglądając dokumenty z mojej teczki personalnej, do czego zgodnie z obowiązującymi przepisami miałem prawo: „Szanowny Panie Prezydencie, na podstawie art. 133 ust. 1 z dnia 2 kwietnia itd. oraz ustawy o służbie zagranicznej, jak i ze względów formalnych, wnoszę o odwołanie…”. Pytam więc, co znaczą te „względy formalne”? Spodnie mam za długie czy uszy za krótkie? To, że w piśmie napisano „względy formalne”, oznacza tylko jedno – nie było żadnego powodu.

Chodziło o pretekst

Był pan zaskoczony tym, że pana odwołują?
– Do pewnego stopnia. Robiąc rachunek sumienia – nie widziałem żadnego powodu. Owszem, wiedziałem, że czynione były pewne manewry, np. w listopadzie odbyła się kontrola w ambasadzie w związku z zakupionym przez ambasadę samochodem. Przyjechał ów słynny już skądinąd pan Janusz Myczkowski, obecnie p.o. dyrektor Biura Spraw Osobowych (BSO), z jednym ze swoich podwładnych.

Bo kupił pan sharana?
– Nie dlatego, że kupiłem sharana, tylko nie dopełniłem procedury przetargowej. Pamiętam tę kontrolę. Siedzą przede mną i ten podwładny Myczkowskiego mówi do mnie: „Nie wiem, jak to w ministerstwie potraktują, ale tu żadnego uszczuplenia nie było”. Więc ja na to: „No, nie było, ale jeśli będą chcieli mnie odwołać, to trudno, proszę bardzo”. Nie dostałem nigdy żadnego protokołu pokontrolnego z tej ich właściwie lustracji.

Czy kupno samochodu może być naprawdę powodem do odwoływania ambasadora?
– Nie, ale chodziło o to, żeby mieć jakikolwiek pretekst. I to nie pretekst do mojego odwołania, bo oni odwołaliby mnie tak czy inaczej. Chodziło jedynie o to, że gdyby przyszli jacyś następcy, pan Papierz mógłby powiedzieć: odwołaliśmy, bo… I pokazać ten kwit. Chodziło o krycie jego osoby, a nie o pretekst do odwołania. To jest ten mechanizm! A wie pan, co było dalej?

Sprawa przetargu na sharana trafiła do komisji w Ministerstwie Finansów.
– To było tak: przyjeżdżam do kraju 1 maja, już odwołany, i 15 maja dostaję pismo z Ministerstwa Finansów. Że zostało wszczęte postępowanie, na razie w sprawie, na wniosek dyrektora generalnego MSZ Andrzeja Papierza, i każą mi pisać wyjaśnienia. Napisałem. Za jakiś czas okazało się, że jest sprawa przeciwko mnie. W komisji dyscyplinarnej finansów publicznych.

Przestraszył się pan?
– Niech pan pomyśli: co mi realnie groziło? Żadnych pieniędzy nikt nie zmalwersował, nikt niczego pod stołem nie wziął, tak? Mimo to rzecznik dyscypliny finansów publicznych wystąpił o udzielenie mi nagany. Jakiej nagany? Przecież ja w MSZ nie pracuję. Że zwolnią mnie z pracy? Proszę bardzo, tylko że ja już zostałem zwolniony. Chodziło o to, żeby mieć dowód, że Papierz dobrze zrobił. Wyłącznie o to. Byłem więc pewien, że oni mi tę naganę wlepią. Ale gdy mój prawnik poinformował mnie, że zostałem uniewinniony, bardzo się ucieszyłem, a jeszcze bardziej, kiedy sprawa się uprawomocniła. Zrozumiałem też, że do działań skierowanych przeciwko mnie nie było żadnych podstaw.

Jest pan już czysty.
– To miłe. Papierz ze swoimi akolitami trenowali na mnie również pewien tryb postępowania. Ja byłem pierwszy z grona ambasadorów do odstrzału, bo im się zdawało, że człowieka bez politycznego poparcia najłatwiej usunąć. Dla nich moje odwołanie stało się tym, czym dla floty japońskiej bitwa pod Cuszimą.

Pierwszym zwycięstwem, które daje siłę. Otwarciem zwycięskiej wojny.
– Tak. Wydawało im się, że ludzi, ambasadorów, tych spoza MSZ, można potraktować jeszcze gorzej niż tych z centrali. Nie przewidzieli, że taki Izydorczyk, jak się zirytuje, to może z nimi walczyć do upadłego, bo tutaj chodzi o jego dobre imię. Gdyby on był z MSZ…

…to uszy po sobie!
– Tak, właśnie! I to był ich poważny błąd w całej tej kalkulacji. Jednak gdy im się raz udało, potem drugi, uwierzyli, że mogą tego typu pozaprawne, bezprawne czy wręcz kryminalne kroki podejmować bezkarnie. Okazało się, że chyba jednak nie.

Ale wtedy uwierzyli, że MSZ jest ich!
– Tak się działo.

My nie mamy służb, to są amatorzy

Nie zastanawiało pana, dlaczego Papierzowi i jego grupie tak łatwo poszło opanowanie MSZ?
– Sam sobie zadaję pytanie, jak to możliwe, że człowiek po tylu skandalach dalej jest tym, kim jest. Po tej Bułgarii… Przecież on nie jest w MSZ od 2015 r. Był wiceministrem, teraz jest dyrektorem generalnym. Znajduję na to jedną odpowiedź – Polska jest totalnie zinfiltrowana przez różnego rodzaju służby, i to raczej nie nasze. Bo my nie mamy służb, to są amatorzy. Nie wierzy pan? To coś panu opowiem. Po odejściu z MSZ na początku sierpnia 2019 r. zacząłem pracę na Uniwersytecie w Jyväskylä. Akurat wtedy zaczyna się tam Rajd Finlandii.

Słynne fińskie szutry!
– W internecie jest z tego okresu informacja, że Finowie aresztowali funkcjonariuszy ABW, którzy przemalowali swój samochód i chcieli sobie pojeździć po tych rajdowych trasach. OK, mogę się jedynie domyślać, że ludzie z ABW przyjechali do Jyväskylä zobaczyć, co tam robię, w ramach ochrony kontrwywiadowczej. Jeśli tak było, nie mam o to pretensji, to ich obowiązek. Tylko żeby zrobić z siebie takich… – nie mam słów po prostu – to już trzeba naprawdę… Bo jak macie, panowie, zadanie, obojętnie, czy związane ze mną, czy nie, to zróbcie swoje i wyjeżdżajcie! A nie samochodem po trasie rajdowej jeździć i jeszcze dać się aresztować i zdekonspirować! Przecież jak Finowie się zorientowali, że jakiś obcy samochód po trasie jeździ, to podnieśli alarm i policja ten samochód zgarnęła. Kiedy przeczytałem o tej „przygodzie”, pół dnia pokładałem się ze śmiechu.

Dla mnie gorszące jest tempo, w jakim pana odwoływali. Z dnia na dzień! To prymitywne zachowanie.
– Myślę, że przesadzili. Pismo od prezydenta RP o moim odwołaniu przyszło ostatecznie dopiero 19 marca 2019 r., czyli później niż pismo z MSZ. Byłem ambasadorem do 31 marca. Natomiast ze względu na prawo pracy pozostałem pracownikiem ambasady, chociaż zwolnionym z obowiązku świadczenia pracy (ciekawe, że czegoś takiego jak zwolnienie z obowiązku świadczenia pracy w Kodeksie pracy po prostu nie ma), w randze radcy-ministra, do końca kwietnia 2019 r.

Zależało panu na tym, żeby być trochę dłużej?
– Tak, z bardzo prostej przyczyny – do końca roku szkolnego brakowało kilku tygodni. Chciałem, żeby córka skończyła szkołę. Uzgodniłem więc z kierownikiem placówki, którym siłą rzeczy został mój kolejny już zastępca, że mam prawo przebywać w placówce do końca kwietnia. Chociaż opinia z Inspektoratu Służby Zagranicznej wyraźnie twierdziła, że moje dalsze przebywanie na terenie ambasady jest „niepożądane”… Ale ostatecznie pozwolili do końca kwietnia mnie i mojej rodzinie zostać. Choć natychmiast zaczęli rozpuszczać plotki, że zabarykadowałem się w rezydencji. Takie głupstwa, proszę sobie wyobrazić… To wszystko zresztą było dziwaczne, bo moja żona jako pracownik ambasady miała prawo być do końca maja. Ale jej nie pozwolili. Na szczęście mam paru kolegów w Finlandii, więc córka szkołę skończyła. Dotrwaliśmy do końca roku szkolnego, choć incydentów nie brakowało.

Jakich?
– Opowiem panu o jednym. Obiecaliśmy córce, że na parę dni pojedziemy do Petersburga. Kupiliśmy bilety. A wtedy dyplomaci mogli do Petersburga pojechać bez wizy. Termin – 12 kwietnia 2019 r. Nie byłem już ambasadorem, ale byłem radcą-ministrem w ambasadzie, cały czas zatem dyplomatą w Helsinkach. I proszę sobie wyobrazić, że zupełnie niespodziewanie przyjechało z Warszawy dwóch panów, ówczesny dyrektor Biura Spraw Osobowych, obecnie ambasador w Atenach*, i ówczesny dyrektor Inspektoratu Służby Zagranicznej (ISZ), który, zdaje się, szykuje się obecnie do objęcia placówki w Jordanii**. I zabrali mnie, mojej żonie i córce paszporty dyplomatyczne.

Po co?
– Cóż, wiedzieli, że wybieram się na tę wycieczkę. Powiedziałem o tym komuś z ambasady i to wystarczyło. Przyjechali więc, zabrali te paszporty. A to było dosłownie trzy godziny przed moim wyjazdem. I jeszcze ten dyrektor ISZ mówi do mnie: „Podobno ma pan takie świetne kontakty w Helsinkach! A ma pan swój prywatny paszport?”. Odpowiedziałem, że mam, a powinienem powiedzieć, że nie mam, bo zabieranie mi paszportu dyplomatycznego było przestępstwem. Jedyny przepis, który mówi cokolwiek o paszportach dyplomatycznych, jest taki, że trzeba go zdać w ciągu dwóch tygodni po powrocie do kraju… No dobrze, zabrali nasze paszporty dyplomatyczne, a ten z ISZ jeszcze dogryzał: „Jak ma pan takie świetne kontakty, to pan sobie wizy załatwi w ambasadzie rosyjskiej”. To brzmi groteskowo, ale sprawa jest bardzo poważna. Dlaczego? Dlatego, że dyrektor Inspektoratu Służby Zagranicznej, odpowiedzialny m.in. za ochronę kontrwywiadowczą, wpycha ambasadora schodzącego z placówki w ręce Rosjan.

I co pan zrobił?
– Wystarczył jeden telefon mojej żony do ambasadorowej rosyjskiej, bo ja bym się do tego nie zniżył, ale żonie było żal córki. Cały rosyjski konsulat stał przede mną na baczność. To też wiele mi powiedziało. Konsul generalny Rosji wyszedł do mnie i powiedział: „Panie ambasadorze, to jest pani, która ma pańską sprawę załatwić”. Tylko poproszono mnie uprzejmie, żebym poszedł na drugą stronę ulicy i zdjęcia sobie zrobił.

Czyli miał pan kontakty.
– Finowie sami mi to mówili: „Pan zna historię naszego kraju lepiej od nas”, co jest w Finlandii sporym komplementem. Pamiętam, już po wizycie prezydenta Dudy był taki moment, że naprawdę czułem się wzruszony. Do Helsinek przyjechał prezydent Islandii, a wiadomo – kontakty pomiędzy państwami północnymi mają specyficzny charakter. Ambasador Islandii urządził więc z tej okazji przyjęcie i zaprosił dziewięciu ambasadorów, w tym mnie. Bywałem również na takich imprezach, gdzie zapraszano tyko jednego obcego ambasadora. Kolega z Wielkiej Brytanii np. zorganizował spotkanie, w czasie którego omawiano istotne problemy bezpieczeństwa europejskiego, z brytyjskiego punktu widzenia. Wiedziałem, że zaproszonych będzie dziesięć osób z zewnątrz. Myślałem, że ambasadorzy wybranych krajów. Przyjeżdżam, a tu dziewięciu, nazwijmy to, wpływowych Finów i ambasador Polski. Nie USA, Niemiec czy Francji, tylko Polski… Wracając do imprezy u ambasadora Islandii, patrzę – przyjechał prezydent Finlandii. Wszyscy rozmawiamy, on stoi 3 m ode mnie, spogląda na mnie. Jak mówiłem, to było krótko po wizycie prezydenta Andrzeja Dudy, po tym jak dostałem od Finów Krzyż Orderu Białej Róży. Pokazuję więc baretkę i mówię: „Dziękuję, panie prezydencie”. Doszło do rozmowy. Zacząłem: „Panie prezydencie, ja właściwie powinienem panu się trochę bliżej przedstawić, jestem ambasadorem od niedawna…”. Wtedy prezydent Finlandii, pan Sauli Niinistö, od razu mi przerwał: „Panie ambasadorze, pan mi się nie musi przedstawiać. U nas (w Finlandii) doskonale wiemy, kim pan jest”. To był dla mnie bardzo emocjonalny moment.

Trzeba nam było dać spokój

Czy nie ma w MSZ niezależnej oceny pracy ambasadora?
– Nie ma. Ocena placówki to też ciekawa rzecz. Mnie oceniano dwa razy. Oceniono, że praca placówki jest zgodna z oczekiwaniami. Co prawda, ambasador taki sobie, ale w sumie może być. Tylko że jedna z tych ocen została z całą pewnością napisana przez pracownicę ambasady. Niejedną w życiu recenzję popełniłem i szybko takie rzeczy rozpracowuję, tym bardziej że codziennie czytałem clarisy przygotowywane przez moich podwładnych, więc materiału porównawczego miałem aż nadto. Ona to napisała, a jej koleżanki z Warszawy, z departamentu, nadały odpowiednią formę. Uważam, że to coś niedopuszczalnego, żeby pracownik ambasady oceniał ambasadora, swojego przełożonego, i pracę własnej placówki. A chodziło o to, żeby napisać np., że swoimi działaniami mogłem się przyczynić do klęski wizyty prezydenta RP w Finlandii. Nie będę tego tematu rozwijał, chociaż to także pokazuje określone mechanizmy funkcjonowania wielu ludzi pracujących w MSZ.

Zawsze wydawało mi się, że ocena pracy ambasadora nie jest specjalnie trudna. Jeśli nigdzie go nie ma, jeśli przysyła śmieci zamiast wartościowych informacji, to znaczy, że jest słaby.
– Regularnie wysyłałem do Warszawy moje analizy. W styczniu 2019 r. byłem w centrali MSZ i wtedy ówczesny szef Departamentu Polityki Europejskiej powiedział mi, że powinienem pisać bardziej analitycznie. Pomyślałem wtedy: „Człowieku, weź ty lepiej przeczytaj, ale tak dokładnie, co przesyłam”. Pisałem ze swoich obserwacji, z tego, co wiedziałem z rozmów z przedstawicielami miejscowych władz i nie tylko, bo byłem w stanie bez problemu to zrobić. Mogę co do faktografii podeprzeć się jakąś prasą, mediami, ale to wszystko.

Otrzymywał pan z centrali zadania? Prośby o jakąś analizę?
– Zdarzało się, ale raczej niezbyt często.

To po co pan tam był?
– Bo to ja miałem określić, czym ma się zajmować placówka.

I co pan wymyślił?
– O sprawach bezpieczeństwa już panu mówiłem. Kontakty gospodarcze! Mieliśmy bardzo wyjątkową sytuację w Helsinkach, to był okres, kiedy zaczęto likwidować wydziały promocji i handlu.

Które były spadkobiercami dawnych biur radców handlowych.
– Zacząłem więc dostawać sygnały, że będę musiał przejmować budynki po WPiH ambasady w Helsinkach, 600 m od ambasady. W porządku. Już nawet zacząłem się przymierzać, żeby zatrudnić jakąś firmę ochroniarską, bo ktoś tego budynku musiał przecież pilnować. Któregoś dnia tam zaszedłem, patrzę – wszystko na oścież pootwierane i jakiś facet łopatą śnieg odgarnia. Przyglądam się – okazało się, że znam tego człowieka, to był prezes Polsko-Fińskiej Izby Gospodarczej. „Panie Tomku, co pan tu robi?”. A on na to: „Panie ambasadorze, zostałem kierownikiem Zagranicznego Biura Handlowego (ZBH) Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu w Helsinkach, my teraz tutaj będziemy”. Nikt mnie nawet o tym nie poinformował! Pewnie za parę dni wynająłbym do pilnowania tego budynku firmę ochroniarską! Bo nie wiedziałem, nie miałem informacji!

Obydwaj znaliście Finlandię…
– Tak. On urodził się w Helsinkach, studiował handel zagraniczny w Kouvola. I we dwóch, ja – ambasador, on – kierownik biura PAIH, planowaliśmy różne rzeczy. Sami to wymyślaliśmy! Myśleliśmy o seminarium energetycznym, górniczym, bo w Finlandii jest rynek na polskie maszyny górnicze, chociaż to rynek bardzo specyficzny. Tak jak rynek dla polskich podwykonawców. Na targach podwykonawców w Tampere PAIH miała swoje stoisko. Udało się ściągnąć dziewięć polskich firm, bo na tyle wystarczyło wtedy pieniędzy, ale to było w porządku, a ja na te trzy dni tam pojechałem, tłumaczyłem tym ludziom, na czym polega kultura biznesowa Finlandii, a oni się cieszyli, czuli dowartościowani, że tyle czasu ambasador im poświęca. Dobrze mi się współpracowało z kierownikiem ZBH. I wiedzieliśmy, co robić. Mieliśmy sporo pomysłów, tylko trzeba nam było dać spokój i trochę wesprzeć. Żałuję, że on już nie jest kierownikiem ZBH. Dlaczego? Niech pan o to pyta mędrców z PAIH. Będzie pan miał ciekawy materiał na następny artykuł.

Depesze liczone, nie czytane

A co by pan musiał zrobić, żeby być cztery lata w Finlandii?
– Najlepiej nie za wiele się wychylać.

Siedzieć cicho?
– Pisać te clarisy… No, chyba że mam rację, że był plan, aby usunąć ludzi, o których powołanie postarał się minister Waszczykowski, a najwyraźniej był. Wtedy nic nie mogło pomóc… Zwłaszcza że nie byłem ambasadorem w jakoś specjalnie ważnym kraju z punktu widzenia tych, którzy chcieli zaprowadzić w MSZ własne porządki. Po 2017 r. nie groziła nam również żadna naprawdę ważna wizyta. Najwyżej ministrowie. Odpowiedź na pana pytanie jest taka, że im mniej o sobie przypominasz, tym lepiej.

Niewiele robić, za to często przyjeżdżać do Warszawy i odwiedzać z prezencikami centralę…
– I pisać te clarisy. A wie pan, jak oni je oceniają? Czytają je sporadycznie, za to je liczą. A najlepiej, żeby pan też, tak raz w tygodniu, wysłał jakiś tajny. Nieważne, co tam jest, tylko żeby pan go wysłał. Ja wiem, myśli pan, że zwariowałem, widzę, jak pan na mnie patrzy… Ale tak właśnie jest. Jak przyjechałem do Helsinek i rozmawiałem z moim zastępcą, co robimy z tymi depeszami tajnymi, on tak mnie instruował: „Panie ambasadorze, myśmy niedawno mieli zalecenie od zastępcy dyrektora Departamentu Polityki Europejskiej, żeby jak najmniej. Ale oni będą na baczność rozliczać z tego, ile pan wysłał! To mniej ważne, co tam jest, tylko żeby wysłać. Bo oni liczą. Wysłał pan, powiedzmy, 150 depesz – to dobrze. Wysłał pan 30 – słabo. Treść to sprawa drugorzędna. Tajne dochodzą bezpośrednio do gabinetu ministra i tam od czasu do czasu ktoś mu przeczyta albo położy na biurku”.

Bardzo fajny zastępca…
– Tak. Można było na niego liczyć. Proszę pana, ja już w Polsce od długiego czasu na stałe nie mieszkałem i zdążyłem się odzwyczaić od pewnych bizantyjskich obyczajów. Ale jak przyszedłem pierwszego dnia do ambasady, to personel techniczny podchodził do mnie w taki sposób, jakby zobaczył bóstwo. Oni wszyscy byli zgięci w pół. O, tak! A ja ich traktowałem po ludzku, bo byli najfajniejsi ze wszystkich. Najbardziej oddani swojej pracy. Poza tym zasada jest taka: nie daj Boże, żeby personel wyczuł u pana jakąś słabość, bo zaraz będzie próbował wejść na głowę. To jest taka stadno-plemienna mentalność.

No i zawsze każdy chce wiedzieć to, co najważniejsze – kto za takim ambasadorem stoi, jaka siła.
– Ja nie ujawniałem za bardzo, że de facto nie mam za sobą żadnego poparcia. Ale w ambasadzie chodziły najróżniejsze domysły, kto za tym facetem stoi. Ach! Opowiem panu historię! Kiedyś poszedłem do Jana Parysa, miałem do niego jakąś sprawę czysto prywatną. I przed jego gabinetem umówiłem się z panią, która miała zostać moim zastępcą. Widziała, że wychodzę z jego gabinetu. I poszła fama, że jestem człowiekiem Parysa. A takich osób jak ta pani jest w MSZ cała masa. One po prostu żyją intrygą. Kombinują, kto ma jakie kontakty, kto jest od kogo, kto z kim się przespał, kto co może… Jeżeli więc zapytałby mnie pan, co należałoby zrobić z MSZ, to mam prostą odpowiedź: żeby zrobić porządek, a przy tym wyłuskać dla dobra państwa wszystkich tych, którzy są kompetentni, uczciwi i zaangażowani (a przecież przynajmniej trochę takich ludzi jest, tylko są rozproszeni i nie mają wsparcia w codziennej pracy, często są osamotnieni, a nawet z różnych pozamerytorycznych powodów marginalizowani), należałoby ministerstwo rozwiązać, zmienić nazwę, poskładać od nowa. Z ludźmi na placówkach zawrzeć kontrakty jedynie do końca ich kadencji. Powołać jakąś w miarę niezależną komisję – co w polskich warunkach zawsze będzie dużym problemem, bo u nas wszystko musi być upolitycznione poza granice rozsądku – która by kwalifikowała czy weryfikowała wyłącznie ze względów merytorycznych. I to wszystko. To nie byłaby trudna operacja. Pomijam już fakt, że w MSZ jest kilkaset wakatów. A wie pan, dlaczego? Bo budżet idzie za etatami. A jak mają wakaty, to dostają pieniądze, których nie wydają, czyli oszczędzają. To jest po prostu instytucja, która utraciła swoją funkcjonalność.

Niczego nie naprawili, a co było do popsucia, popsuli

A czyja to wina?
– Wszystkich poprzednich ekip, bo to jest proces, to się nie dzieje z dnia na dzień. Natomiast ci, którzy obecnie są u władzy, odpowiadają za to w największym stopniu, bo rządzą już sześć lat i niczego nie naprawili, a wszystko, co jeszcze było do popsucia, popsuli. Te wszystkie opowieści o dobrej zmianie można spokojnie między bajki włożyć. Przecież MSZ nie jest dzisiaj ani instytucją kreującą politykę zagraniczną RP, ani nią zarządzającą (bo czegoś takiego, niestety, nie ma; poza tym MSZ pozbawiane jest kolejnych kompetencji). Co najwyżej administrującą placówkami, uwikłaną w jakieś głównie personalne gierki. Te wszystkie warstwy patologii, które tworzyły się pod rządami kolejnych ekip politycznych, obecnie rządzący przejęli, czyniąc to we własnym (nie państwa, tylko dosłownie własnym) interesie. I dodali swoje.

Jak zatem jest teraz?
– Co jest teraz najgorsze? Całkowite uzależnienie od służb. No bo Papierz itd. A wszyscy oczywiście się go boją, bo to kolega ministra Kamińskiego, więc po co zadzierać. Cała ta kamaryla powinna stracić robotę z dnia na dzień. A jak Papierz się przechwalał, że jego największym sukcesem było wywalenie z pracy ostatnich 20 czy 30 absolwentów MGIMO, pomyślałem sobie, że to była wielka strata. Jeżeli ja miałbym ludzi po tej rosyjskiej szkole, którzy wiedzą, jak to funkcjonuje, którzy mają dużą praktykę, których lojalność nasze służby mogłyby przecież co jakiś czas weryfikować, nie patrzyłbym na nich jak na potencjalnych szpiegów, tylko starałbym się ich wykorzystać. A tutaj… Trzeba w gazetach powiedzieć, żeśmy komunistów usunęli, bo to bardzo medialne i po linii. I tak to się kończy.

Znam kilku absolwentów MGIMO. Bardzo kompetentni dyplomaci. Byli dyplomaci.
– Kompetentni, kulturalni, obyci. Do dziś mam kontakt z panią ambasador rosyjską, która była w Malezji, bo współpracowałem m.in. z Rosyjskim Centrum Nauki i Kultury w Kuala Lumpur. Nawet pomogłem im urządzić jedną wystawę. Później została dyrektorem wydziału azjatyckiego w rosyjskim MSZ, a teraz, zdaje się, jest w Indonezji. Dziecko radzieckich dyplomatów, wychowała się w Laosie, może pracować w regionie, bo de facto jest stamtąd. Oni mają świetną szkołę językową. Kształcą w różnych egzotycznych językach. Mają ludzi! A u nas? U nas nie umieją o mobbingu nauczyć, a będą laotańskiego nauczać? Pan żartuje… Widzi więc pan – to, o czym rozmawiamy, to nie jest temat na materiał prasowy. To temat na książkę. Bo trzeba nim w końcu zainteresować opinię publiczną, żeby się dowiedziała, jak to jest z tym naszym MSZ. Nie, kto jest Żydem, Ruskiem czy miał dziadka w Wehrmachcie, ale jak to nie działa. I dlaczego. Nie, kto był komunistą, kto był tatą tego, a żoną tamtego (chociaż przyznaję, że czasem to ma znaczenie, ale przecież coś takiego można w każdym przypadku poddać dokładnej weryfikacji), tylko że ta struktura, instytucja nie wypełnia swoich zadań. My nie mamy polityki zagranicznej. A zamiast realnych prób naprawy mamy wprowadzanie ustawowo nowej tajemnicy państwowej – dyplomatycznej. Po co? Po to, żeby móc nią objąć wszystkie szwindle i niegodziwości popełniane przez wysoko postawionych urzędników MSZ i po prostu ukryć je przed opinią publiczną. Dlatego nie jestem optymistą, jeśli chodzi o przyszłość zarówno samego ministerstwa, jak i polskiej polityki zagranicznej, która stała się zakładnikiem różnych dziwacznych grup interesu, a ponadto zaledwie funkcją polityki wewnętrznej tej całej niby-Zjednoczonej Prawicy.

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

* Artur Lompart. W MSZ zajmował drugorzędne stanowiska (najwyższe – dyrektor Biura Rzecznika Prasowego), zanim w czasach Andrzeja Papierza został dyrektorem Biura Spraw Osobowych. Nie zajmował się sprawami europejskimi.
** Lucjan Karpiński. W MSZ od 2008 r. Od 2010 r. na placówce w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, gdzie zajmował się sprawami ekonomicznymi, pełniąc równocześnie funkcję wicekonsula. Następnie pracował w Departamencie Konsularnym, zajmując się ewakuacją Polaków z terenów zagrożonych konfliktami i pomocą polskim turystom w sytuacji bankructw biur podróży. Od dwóch lat jest szefem Inspektoratu Służby Zagranicznej.

Pierwszą część wywiadu przeczytasz tutaj.


Życiorysy ludzi Papierza mówią wszystko

W relacjach ambasadorów Izydorczyka i Suchoplesa przewijają się jeszcze trzy nazwiska: Moniki Zuchniak-Pazdan, Radosława Gruka i Janusza Myczkowskiego.

Monika Zuchniak-Pazdan, dyrektor Biura Dyrektora Generalnego, była przesłuchiwana przez sejmową Komisję Spraw Zagranicznych w październiku 2020 r. jako kandydatka na stanowisko ambasadora w Albanii. Jej dyplomatyczne CV przedstawiane było tak: „Od 2007 r. jest pracownikiem MSZ. W tym czasie pełniła głównie funkcje związane z obsługą konsularną w centrali i na placówkach. Była na placówce w Bułgarii, Rydze, Bejrucie i Wilnie”.

Radosław Gruk w czerwcu 2020 r przedstawiany był w Sejmie jako kandydat na ambasadora w Uzbekistanie i Tadżykistanie. Karierę rozpoczął w 1999 r. w MSWiA, „gdzie zajmował się sprawami z zakresu obywatelstwa polskiego”. Następnie pracował w Urzędzie ds. Repatriacji i Cudzoziemców. Do MSZ trafił w roku 2003 i objął stanowisko wicekonsula w Sankt Petersburgu. Potem był konsulem w Podgoricy i Ałma Acie. Po powrocie z placówki został powołany na stanowisko zastępcy dyrektora Biura Spraw Osobowych MSZ.

Janusz Myczkowski na placówkę jeszcze nie wyjechał. Jest szefem Biura Spraw Osobowych, którą to funkcję pełni, tytułując się „zastępcą dyrektora, kierującym biurem”. Co oznacza, że nie ma formalnych kwalifikacji, by być pełnym dyrektorem. Również dla niego MSZ nie jest pierwszym miejscem pracy.


Fot. Filip Kacalski/Uniwersytet Szczeciński

Wydanie: 7/2021

Kategorie: Kraj, Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy