Uliczny bałagan

Uliczny bałagan

W ramach dekomunizacji w kraju zmieniono ok. 2,2 tys. nazw ulic. Często bezzasadnie

Przyjmuję wyroki do wiadomości, ale się z nimi fundamentalnie nie zgadzam – stwierdził wojewoda mazowiecki Zdzisław Sipiera na wieść o tym, że decyzją Naczelnego Sądu Administracyjnego z 7 grudnia 44 ulice w Warszawie wracają do nazw, jakie nosiły przed tzw. dekomunizacją. Zapowiedział też, że choć procedura sądowa się zakończyła, w jego mniemaniu sprawy to nie zamyka.

Czyszczenie

2 września 2016 r. weszła w życie tzw. ustawa dekomunizacyjna. Zgodnie z nią m.in. nazwy ulic „nie mogą upamiętniać osób, organizacji, wydarzeń lub dat symbolizujących komunizm lub inny ustrój totalitarny, ani w inny sposób takiego ustroju propagować”. Na podstawie tej ustawy do 2 września 2017 r. samorządy lokalne miały wyczyścić swoje miasta czy gminy z niewłaściwych nazw. Ustawodawca przewidział, że samorządy mogą mieć problemy z określeniem, które nazwy podlegają ustawie. Dlatego do pomocy zobowiązał Instytut Pamięci Narodowej. Jak wynika z informacji podanych przez IPN, pracownicy instytutu na prośbę poszczególnych wojewodów przygotowali 1015 opinii o patronach ulic. Samorządy mogły, ale nie musiały ich uwzględnić. Do dziś zmieniono ok. 2,2 tys. nazw, albo całkowicie, albo częściowo, np. zamiast ulicy 9 Maja – bo tego dnia Dzień Zwycięstwa jest obchodzony w Rosji, wprowadzono ulicę 8 Maja – wtedy obchodzi się go na Zachodzie. Część zmian wprowadzili wojewodowie. Nie wiadomo, ile skarg na nie wniosły rady miast czy gmin do wojewódzkich sądów administracyjnych i na jakim etapie są te sprawy. – IPN nie ma takich informacji – twierdzi dr Maciej Korkuć z Oddziałowego Biura Upamiętniania Walk i Męczeństwa w Krakowie, który jest koordynatorem wszystkich działań dotyczących informowania samorządów w sprawach związanych z dekomunizacją. – Gminy nie mają obowiązku nas informować o zaskarżeniach. Nie jesteśmy też stroną w postępowaniach sądowych, więc w tych procedurach formalnie nie uczestniczymy.

– To, że jacyś urzędnicy IPN uważają, że niektóre nazwy propagują komunizm, nie znaczy, że musimy się z nimi zgadzać – zastrzega Jarosław Szostakowski, przewodniczący klubu Koalicji Obywatelskiej w Radzie m.st. Warszawy. Kilka lat wcześniej warszawscy radni dostali listę nazw ulic wytypowanych przez IPN do dekomunizacji i było ich znacznie mniej niż nazw, które zostały zmienione. Po wejściu w życie ustawy rada zmieniła nazwy sześciu ulic (Juliana Bruna na Giordana Bruna, Jana Kędzierskiego na Apoloniusza Kędzierskiego, Anastazego Kowalczyka na Jana Kowalczyka, Lucjana Rudnickiego na gen. Klemensa Rudnickiego, Józefa Feliksa Ciszewskiego na Jana Ciszewskiego, Gustawa Reichera na Michała Reichera – przyp. red.). – Uznaliśmy, że pozostałe nazwy nie symbolizują komunizmu. W przeciwieństwie do wojewody dokładnie przeanalizowaliśmy listę IPN. W przypadku Armii Ludowej uznaliśmy, że ta nazwa nie powinna podlegać zmianie, ponieważ żołnierze tej formacji walczyli w powstaniu warszawskim, dwóch oficerów AL zostało przez dowództwo powstania odznaczonych krzyżami Virtuti Militari, a kilku żołnierzy Krzyżami Walecznych.

Wojewoda nie był usatysfakcjonowany tak skromnym zakresem zmian. 9 listopada ub.r. wydał zarządzenia zastępcze zmieniające nazwy 47 ulic w stolicy, a 13 grudnia do listy dołożył kolejne trzy ulice. Takie narzędzie dała wojewodom ustawa dekomunizacyjna, bo normalnie nie mają oni prawa wtrącać się do tego, jak samorządowcy nazywają ulice w swoich gminach. W pierwszej turze, pod nr. 25, znalazło się przemianowanie alei Armii Ludowej na ulicę Lecha Kaczyńskiego. Ale radni warszawscy nie zgodzili się z tymi decyzjami. Zgłosili swoje wątpliwości do wojewódzkiego sądu administracyjnego. Niemal wszystkie decyzje wojewody zostały cofnięte. Ten jednak złożył skargę kasacyjną do NSA. Sądowa procedura dotycząca 44 ulic zakończyła się 7 grudnia br. Sześć ulic jeszcze czeka na rozstrzygnięcie NSA.

– NSA oddalił skargę kasacyjną wojewody, bo uznał, że nie wykazano, że nazwa propaguje komunizm – mówi Jarosław Szostakowski. – Mogliśmy mieć jedno rozstrzygnięcie więcej, ale sąd nie powiadomił o rozprawie stowarzyszenia Miasto Jest Nasze, będącego w tym wypadku stroną postępowania. Jeszcze nie ustalono terminu dwóch rozpraw, które w pierwszej instancji miasto przegrało, wobec czego złożyło skargę kasacyjną.

Odrzucenie przez NSA skargi kasacyjnej oznacza, że 44 ulice wrócą do nazw, które nosiły przez lata. Wojewoda chyba się nie spodziewał takiego obrotu sprawy. Natomiast w IPN tak bardzo przejęto się sytuacją, że już w niedzielę, dwa dni po rozstrzygnięciu NSA, pojawił się apel do władz Warszawy, aby „w poczuciu obywatelskiej odpowiedzialności, niezależnie od bieżących sporów politycznych, nowe władze samorządowe Miasta Stołecznego Warszawy odstąpiły od procedury przywracania już zmienionych nazw symbolizujących lub propagujących komunizm”. Zgoda na przywrócenie starych nazw będzie – zdaniem IPN – działaniem „szczególnie bolesnym w roku obchodów stulecia odrodzenia Państwa Polskiego”. Kiedy zabrakło argumentów merytorycznych, zagrano patriotyzmem i stuleciem niepodległości.

Apetyt wojewody

Wojewoda mazowiecki okazał się najgorliwszym wykonawcą decyzji rządzących – w Warszawie poprzez tzw. zarządzenia zastępcze zmienił nazwy aż 50 ulic, a w całym województwie wprowadził jeszcze 53 zmiany. W Sochaczewie – pięć, w Otwocku – cztery, w Gostyninie – trzy, w Łomiankach, Milanówku, Piasecznie, Radzyminie, Sulejówku, Radomiu, Płocku – po dwie, w iluś pozostałych miejscowościach po jednej. Siedem razy nowym patronem został rtm. Witold Pilecki, który okazał się gwiazdą rankingu, a po cztery razy Danuta Siedzikówna „Inka” i Zbigniew Herbert.

Różne były konsekwencje zmian. Jeśli przy danej ulicy nikt nie był zameldowany i nie prowadzono działalności gospodarczej, przemianowanie było mało uciążliwe i tanie – miasto czy gmina wymieniały tablice i tyle. W przypadku ulic w dużych miastach zmiana mogła dotyczyć tysięcy osób i kilkudziesięciu firm. Wymieniać dowodów osobistych nie było trzeba, ale mieszkańcy musieli zgłosić zmianę nazwy ulicy we wszystkich instytucjach, w których są obowiązani podawać aktualny adres, także w sądzie zajmującym się księgami wieczystymi. Tu posłowie łaskawie poszli na rękę dotkniętym dekomunizacją ulic. Konieczne zmiany np. w księgach wieczystych i innych dokumentach urzędowych są nieodpłatne. Z kolei miasta lub gminy musiały wymienić nie tylko tablice z nazwami ulic, ale też tablice na budynkach, oznaczenia przystanków komunikacji miejskiej, plany miast wolnostojące lub zainstalowane na przystankach. Jeżeli zmiana nazwy została wprowadzona zarządzeniem zastępczym wojewody, a miasto się odwoływało i wygrało, konieczne było ponowne zainstalowanie tablic ze starymi nazwami. W Warszawie jeszcze w ubiegłym roku urzędnicy twierdzili, że tablice z nazwami ulic, które zmienił wojewoda, są przechowywane w magazynie. Jeśli tak faktycznie było, wystarczy je odkurzyć i zawiesić ponownie. Teraz jedna z urzędniczek stwierdziła, że wymiana tablic potrwa do końca stycznia i – w zależności od długości nazwy – będą one kosztować od 160 do 400 zł.

Nadgorliwi i oporni

Miasta i gminy można podzielić na kilka grup. Pierwsza to takie, które były nadgorliwe we wprowadzaniu w życie ustawy dekomunizacyjnej. Te na wszelki wypadek wysyłały do IPN listy wszystkich miejscowych nazw ulic, by uzyskać jego opinię. Tak zrobiły m.in. Jaworzno i Będzin. A zdarzało się, że zmieniano nazwy nawet tych ulic, których nie obejmowała dekomunizacja, ale radnym wydawało się, że tak będzie dla nich bezpieczniej. Dlatego np. znikały ulice Ludwika Waryńskiego, mimo że IPN nie widział przesłanek, by na podstawie ustawy dekomunizacyjnej dokonywać tej zmiany.

Część gmin próbowała znaleźć wyjście jak najmniej dokuczliwe dla mieszkańców. Na przykład Rada Gminy Tuchomie w województwie pomorskim zdecydowała, że ulicę Mariana Buczka, który był działaczem stalinowskiej konspiracji w Polsce, zmieni na ulicę Buczka, czyli małego buka. Wojewodzie wydało się to podejrzane. Poprosił o opinię IPN, a ten podtrzymał wcześniejszą negatywną ocenę dla Mariana Buczka, nie chcąc przyjąć do wiadomości, że teraz chodzi o małe drzewo. Wojewoda unieważnił więc uchwałę rady gminy, nakazując wybranie innej nazwy. Radni ustąpili.

Rada Gminy Żukowo zmieniła ulicę Jana Krasickiego w Leźnie na Ignacego Krasickiego. W Sopocie ulicę 23 Marca zmieniono na… 23 Marca, znajdując inne uzasadnienie dla tej daty.

W Bogatyni w województwie dolnośląskim zmieniono nazwy 10 ze 130 ulic. Rada Miejska w Pieszycach w tym samym województwie zdecydowała, że aby iść na rękę mieszkańcom, Naftalego Botwina zastąpi się botwiną. Wojewoda dolnośląski nie wiedział, co z tym fantem zrobić, i poprosił o pomoc IPN. Otrzymał odpowiedź, że ulica Botwina nadal dotyczy tego samego Botwina, którego trzeba zdekomunizować, mimo że radni twierdzili, że chodzi o liście buraka. IPN zaproponował więc ulicę Botwinową i radni na to przystali.

Z kolei w Lwówku Śląskim rada miejska przy okazji dekomunizacji pozbyła się jako patrona właśnie Ludwika Waryńskiego. A że zmiana nie wynikała z ustawy dekomunizacyjnej, mieszkańcy nowej ulicy Polskiego Czerwonego Krzyża będą musieli zapłacić za wymianę dokumentów. We Wrocławiu rada miejska zmieniła jedynie trzy ulice, w tym 9 Maja na 8 Maja.

Potyczki

Nie tylko wojewoda mazowiecki zmieniał nazwy ulic, które jego i IPN zdaniem powinny zniknąć z mapy miejscowości. Aczkolwiek żaden z pozostałych 15 wojewodów nie zrobił tego w tak wielkiej skali. Wojewoda wielkopolski na mocy tzw. zarządzeń zastępczych zmienił nazwy 51 ulic. Cztery były w Poznaniu: 23 Lutego, Braterstwa Broni, 9 Maja i Marcina Chwiałkowskiego. Rada miasta odwołała się do wojewódzkiego sądu administracyjnego w sprawie ulicy 23 Lutego. W marcu br. sąd umorzył zarządzenie wojewody. Ale ten nie dał za wygraną – złożył skargę kasacyjną do NSA. 13 listopada br. sąd ją oddalił. Ulica 23 Lutego wróciła.

Wojewoda łódzki zmienił nazwy 26 ulic i jednego placu w samej Łodzi oraz 60 ulic w województwie. Placem, którego nazwa została zmieniona zarządzeniem zastępczym, był plac Zwycięstwa na Widzewie. Wojewoda zdecydował, że jego patronem będzie Lech Kaczyński. Nie było to co prawda miejsce zbyt godne, znacznie lepszy byłby położony w samym centrum miasta plac Wolności, od którego bierze początek słynna ulica Piotrkowska, ale cóż – nazwy plac Wolności nie udałoby się podważyć, poza tym plac Zwycięstwa przecina ważna arteria – ul. Józefa Piłsudskiego, więc jakby mimochodem prezydent mógł się przytulić do marszałka, a to bezcenne. Łódzcy radni próbowali walczyć o zachowanie placu, podjęli nawet uchwałę, która przywracała wcześniejszą nazwę i uzasadniała, że dotyczy ona nie zwycięstwa nad faszyzmem, lecz wojny polsko-rosyjskiej, i w roku 100-lecia niepodległości warto by było ją utrzymać. Ich uchwała została jednak unieważniona ze względów prawnych. Ale przecież nie o to chodziło, by radnym dać szansę. Zamysł był taki, by w Łodzi miał swój plac Lech Kaczyński. Rada miasta wniosła skargę na decyzję wojewody dotyczącą nazwy placu do wojewódzkiego sądu administracyjnego. 10 lipca br. WSA decyzję wojewody uchylił.

Podobny problem mieli mieszkańcy Katowic. Tam wojewoda zdecydował, że plac Wilhelma Szewczyka, śląskiego pisarza, zmieni patrona na Marię i Lecha Kaczyńskich. Rada miasta odwołała się do wojewódzkiego sądu administracyjnego i 20 maja br. sąd uchylił decyzję wojewody.

Wojewoda podlaski miał zastrzeżenia jedynie do ośmiu ulic, w tym trzech w Białymstoku: 1. Armii Wojska Polskiego, Leona Kruczkowskiego i Maksyma Gorkiego. Co do tego ostatniego IPN przez długi czas nie miał jasnego zdania, no bo jeśli pisarz tworzył na terenie ZSRR… Wojewoda podlaski uznał, że bezpieczniej będzie zmienić nazwę na Anatola Radziwonika. Żadna rada miejska nie zaskarżyła decyzji wojewody do WSA.

Tymczasem w Gdańsku już nie było tak słodko. Wojewoda pomorski wydał siedem zarządzeń zastępczych, m.in. w Gdańsku ulicę Dąbrowszczaków zmienił na ulicę Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W marcu WSA orzekł, że dekomunizacja ulic w Gdańsku jest bezprawna. Jednak wojewoda złożył skargi kasacyjne do NSA. 13 listopada, trzy tygodnie przed rozstrzygnięciem dotyczącym Warszawy, NSA ogłosił wyroki w sprawie Gdańska. W trzech przypadkach sąd utrzymał decyzję wojewody i ulice Dąbrowszczaków, Leona Kruczkowskiego oraz Mariana Buczka jednak zmienią nazwy, ta pierwsza na Lecha Kaczyńskiego.

Odpuszczą czy nie?

W Warszawie batalia o patronów była najbardziej zacięta. Wojewoda Zdzisław Sipiera uznał, że ustawa dekomunizacyjna daje mu jedyną szansę wygospodarowania dla byłego prezydenta jakiejś prestiżowej i ruchliwej ulicy. A tak naprawdę pula ulic do rozdysponowania po niemal trzech dekadach dekomunizacji znacznie się skurczyła. Nie ma już alei Rewolucji Październikowej – jest aleja Prymasa Tysiąclecia, ulica Juliana Marchlewskiego stała się aleją Jana Pawła II, a ulica Marcelego Nowotki – ulicą gen. Władysława Andersa. Z tak godnymi patronami trudno konkurować. Można by wprawdzie zrezygnować np. z ulicy Wołoskiej na Mokotowie, która to nazwa zastąpiła wcześniejszego patrona – kosmonautę Władimira Komarowa, i dać jej imię Lecha Kaczyńskiego, ale tego nie zrobiono. Przypuszczalnie więc wojewoda Sipiera będzie szukał jakichś kruczków prawnych, by Lech Kaczyński ulicę w Warszawie miał. Może przyjdą mu z pomocą posłowie jakąś nowelą do ustawy? A może i to nie będzie potrzebne, bo jak stwierdził 13 grudnia w RMF FM szef klubu PO w Sejmie, Sławomir Neumann, Lech Kaczyński powinien mieć ulicę w Warszawie, skoro był jej prezydentem. – Nie upierałbym się przy ulicy Armii Ludowej – dodał Neumann.

Fot. Wojciech Stróżyk/REPORTER

Wydanie: 51/2018

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy